Aktualności

Lipcową tłumaczką miesiąca STL została Aleksandra Brożek-Sala (zob. profil), trójmieszczanka, rocznik 1979. Absolwentka filologii angielskiej (specjalizacja translatoryczna) na Uniwersytecie Gdańskim. Tłumaczeniami zajmuje się od 2009 roku (zob. poprzednie).

Na początek o początkach.

W zerówce chciałam koniecznie zostać piosenkarką, taką jak Sandra, a nieco później instruktorką jazdy konnej, ale mniej więcej w siedemnastym roku życia wyklarowały się wyraźne plany na przyszłość – chcę tłumaczyć. Sama się dziwię tej determinacji.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Kilka lat temu potrafiłam siedzieć nad tłumaczeniem przez całą noc, do białego rana, teraz nie kładę się później niż o północy. Łączę pracę tłumacza z pracą nauczyciela, więc w dzień muszę być przytomna i jakoś wyglądać.


Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Kiedyś wszędzie, ale po nabawieniu się dyskopatii siedzenie w pozycji zadziwionego żółwia czy też przyczajonej żaby przeszło do historii. Dobre krzesło, odpowiednie ustawienie ekranu
i częste przerwy to podstawa.


Słownik elektroniczny czy papierowy?

Zdecydowanie elektroniczny. Po papierowy sięgam w ostateczności, z reguły w przypadku tekstów specjalistycznych. Nie wyobrażam sobie, ile trwałoby przetłumaczenie arkusza, gdyby co chwilę trzeba było wertować jakiś tom. Z drugiej strony Internet bardzo rozprasza i niestety kradnie czas.


Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Skąd się da. Każde źródło informacji jest mile widziane, a jednocześnie traktowane z należytą podejrzliwością. Bardzo lubię zaglądać do korpusu języka polskiego.


Kiedy się zablokujesz, to…?

Zostawiam dany fragment w spokoju i wracam do niego za kilka dni.


Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Prawidłowa odpowiedź brzmi: czytać. Nie tylko przed tłumaczeniem, ale i przed podjęciem decyzji o przyjęciu danego zlecenia. W praktyce niestety rzadko jest na to czas i mało kto to robi. Szczerze mówiąc, chyba tylko raz przeczytałam książkę przed rozpoczęciem tłumaczenia. Myślę, że w grę wchodzi tu jeszcze jedna kwestia. Często jest tak, że nie mogę się doczekać, aż zacznę tłumaczyć nowy tekst, więc nawet jeśli jest czas na czytanie, niecierpliwość bierze górę i decyduję się od razu przystąpić do pracy.


Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Rozpoczęcie tłumaczenia nowej książki. Wiąże się z tym całkiem przyjemny dreszczyk emocji.


A najmniej fajny?

Czytanie opublikowanego już tekstu i odkrywanie przegapionych „kwiatków” lub co gorsza – „kwiatków” dodanych przez kogoś innego.


Redaktor to…?

Dobry redaktor to superbohater, który ratuje z opresji, wyciąga pomocną dłoń, służy radą. Mówią, że co dwie głowy, to nie jedna i to zdecydowanie się sprawdza w pracy nad przekładem książki.

Od kogo uczysz się przekładu?

Jeśli chodzi o podstawy, swojego czasu wiele mi dały książki A. Belczyka, które być może zawierają to, co dla wielu jest „oczywistą oczywistością”, ale przydają się bardzo na samym początku pracy w tym zawodzie.  Cenię też  Tabakowską czy Barańczaka, ale najwięcej się uczę nie tyle czytając teorię przekładu czy anegdoty na jego temat, ale na przykład porównując tekst źródłowy z  tłumaczeniem, analizując różne rozwiązania i pomysły innych tłumaczy.


Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym powiedziałabym, że upór popłaca. Upór, ciężka praca i punktualność. Dziś młodzi ludzie mają wiele zapału, który w wielu przypadkach okazuje się zapałem słomianym. Podejmują zobowiązanie, po czym o nim zapominają, coś obiecują, po czym ignorują wskazany termin. Trudno przy takim podejściu przetłumaczyć na czas i dobrze książkę liczącą kilkaset stron.

Starszych stażem podziwiam.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Stawki tłumaczy są niskie, praca nad przekładem przez większość społeczeństwa uważana jest za hobby, którym zajmujemy się po godzinach, młodzież nie chce czytać książek.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Kawa.

Zaraz, wróć.

Deadline. Nic nie mobilizuje tak jak zbliżający się nieuchronnie ostateczny termin oddania tłumaczenia.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mam dwa koty, ale nie jestem pewna, czy bieganie za usiłującą wskoczyć na żyrandol bestią ułatwia pracę. W przyszłości pomyślę o gekonie. Najlepiej plastikowym.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Jeden stawiam na półce, resztę rozdaję znajomym.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Jeśli chodzi o BHP, bardzo ważne są krótkie przerwy na rozprostowanie kości. Miała być joga, ale okazałam się zbyt leniwa. Troszeczkę pływam, troszeczkę spaceruję. Najprawdopodobniej relaksowanie się nie jest moją mocną stroną, bo choleryczne wybuchy należą do codzienności.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Pewnego dnia spotkałam dawno niewidzianą znajomą. Gadka szmatka. Zapytała, czy mam już normalną pracę, czy dalej tylko bawię się w tłumaczenia. Wiadomo, bawię się. Po grzecznościowej wymianie zdań każda poszła w swoją stronę, ale za dziesięć minut ta sama osoba dzwoni do mnie rozgorączkowana. Ach, bo właśnie weszła do kiosku i kupiła sobie książkę, a tam – moje nazwisko! Laboga, ona nie wiedziała, że ja takie prawdziwe książki tłumaczę, a w ogóle, to powinnyśmy częściej się spotykać.


Ważne dla ciebie książki?

Myślę, że jest ich wiele, a wszystko z innej mańki, przykładowo „Gra w klasy” Cortazara, „Jedenaście” Świetlickiego, powieści Vonneguta, „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya. Ostatnio skarżyłam się komuś, że nieraz przeczytam jakąś książkę, a za pół roku jej nie pamiętam. Wymienione wyżej pozycje należą jednak do tych, które zdecydowanie zapadły mi w pamięć.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać twój jeden przekład – to który?

Nie mam na koncie dzieł światowej literatury, ale gorąco polecam książkę „Ostatni koczownicy” autorstwa W.J. Peasleya. Opowiada historię dwojga Aborygenów, kobiety i mężczyzny, którzy pomimo podeszłego wieku postanowili trzymać się z dala od „dobrodziejstw” białego człowieka i cywilizacji, żyjąc na pustyni, tak samo jak ich przodkowie. Ciekawym zbiegiem okoliczności niedługo po ukazaniu się tej pozycji miałam okazję brać udział w ciekawym projekcie tłumaczenia książki „Anglicy na pokładzie” M. Kneale’a, również powiązanej tematycznie z Australią i jej zajęciem przez Europejczyków. W książce pojawia się dwudziestu jeden narratorów, a za przekład było odpowiedzialnych dwudziestu jeden tłumaczy. Mój udział w całym przedsięwzięciu jest minimalny, ledwie kilka stron, jednak projekt uważam za ciekawy, a książkę za godną uwagi. Warto przeczytać.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Niedawno ukazał się poradnik o… chodzeniu na randki. Jak już wspomniałam, przekład dzieł światowej literatury wciąż jeszcze przede mną 🙂