Aktualności

Po krótkiej przerwie wracamy do naszego cyklu „Tłumacz miesiąca STL”. Czerwcową tłumaczką została Aleksandra Weksej (zob. profil). Absolwentka lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim i studiów podyplomowych dla tłumaczy literatury w Katedrze UNESCO do Badań nad Przekładem i Komunikacją Międzykulturową UJ. Tłumaczy książki z języków angielskiego i francuskiego, a przekładem literackim zajmuje się od 2013 roku. W naszej ankiecie opowie o swojej pracy w czasach pandemii (zob. wcześniejsze).

Na początek o początkach.

Na początek chciałabym zaznaczyć, że to będzie edycja specjalna – wirusowa. Już spieszę z wyjaśnieniem: ze względu na epidemię od dwóch miesięcy mieszkam z rodziną w drewnianej chatce na zboczach Gorców. Nie pamiętam już życia sprzed wirusa, a życia po wirusie (jeśli w ogóle takie będzie) nie próbuję sobie na razie wyobrażać. Siłą rzeczy będę więc pisać tylko o tym, co tu i teraz.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Spontaniczny. Wobec tego, że mam w domu dwie dziewczynki, które ani myślą wdzwaniać się na przedszkolnego zooma, codziennie rano ustalam z mężem, kto pracuje, w których godzinach. Zmieniamy się tak, żeby jedno z nas miało względny spokój wtedy, kiedy potrzebuje, a drugie dbało o dom i czuwało nad dziecięcymi sprawami. A jeśli dziewczynkom zdarzy się zająć sobą w sposób stosunkowo bezpieczny dla nich i dla otoczenia, pracujemy oboje naraz i wtedy wieczór mamy wolny.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Wszędzie, gdzie się da. Przy sekretarzyku z widokiem na drzewa i łąkę, przy stole w jadalni, przy blacie kuchennym, na werandzie, na kanapie, w łóżku… Chyba tylko na trampolinie jeszcze nie próbowałam. Nie rozróżniam miejsc do pracy i nie do pracy. Jeśli mam otwarty komputer, to jestem w pracy, jeśli zamknięty – to nie.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Internetowy. A właściwie to wiele różnych słowników dostępnych w sieci. Poza tym Wikipedia i inne jedno ‒i wielojęzyczne źródła. Słowniki papierowe mam na półce w Krakowie i przesadnie do nich nie tęsknię. Z biegiem lat zrobiły się ciężkie i mało poręczne.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Zewsząd. Informacje potrzebne przy tłumaczeniu wyłuskuję zwykle z internetu. Za to po cytaty lubię się wybrać do Biblioteki Jagiellońskiej. Bardzo mi tego teraz brakuje. Kiedy wreszcie otworzą czytelnię, zamówię sobie stos książek, jakichkolwiek, zaszyję się na parę godzin w Lectorium i będę sobie kartkować dla samej przyjemności kartkowania.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Wstaję i idę przewietrzyć myśli. Czasem wystarczy nastawić wodę na herbatę, a słowa same wskakują na właściwe miejsca. Jeśli to nie pomaga, szperam w słownikach i innych zakamarkach internetu w poszukiwaniu inspiracji. Zdarza mi się też po prostu wpisywać cokolwiek, nawet jeśli wiem, że to nie jest najlepsze rozwiązanie – czasem łatwiej poprawić takie cokolwiek na coś dobrego niż od razu wyciągnąć piękne zdanie z rękawa.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Jak kto woli. Na pewno dużo zależy od książki. Ja zazwyczaj czytam na początek kilka rozdziałów, a potem co wieczór po parę stron do przodu, żeby wiedzieć, o czym będę tłumaczyć następnego dnia. Ale czasem książka po prostu wymaga przeczytania w całości przed tłumaczeniem albo okazuje się tak wciągająca, że doczytuję ją do końca na długo przed ukończeniem przekładu.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Mniej więcej za połową książki, kiedy styl autorki (bo zazwyczaj jest to właśnie autorka) staje się dla mnie tak wygodny i naturalny, że zdania same zaczynają się układać. Przyjemna jest też chwila, kiedy wciąga mnie sam proces tłumaczenia.

A najmniej fajny?

Kiedy nie mogę się skupić i przerzucam ekrany na komputerze, a zdań w tłumaczeniu nie przybywa. No i jest jeszcze ten dziwny moment, kiedy po kilku miesiącach wytężonej pracy odsyłam gotowy przekład do wydawnictwa i choć w pierwszej chwili czuję ulgę, w następnej pojawia się dotkliwa pustka. Mąż się ze mnie śmieje, ale ja naprawdę potrzebuję ładnych kilku dni, żeby wydostać się z takiego poksiążkowego doła.

Redaktor to…?

Zazwyczaj redaktorka. Uważna, krytyczna czytelniczka, która pomaga uniknąć wpadek i wygładza warstwę językową przekładu. Często jest to też osoba, z którą mogę się wspólnie zastanowić nad najlepszym rozwiązaniem i przy której mogę się wiele nauczyć (również wtedy, gdy muszę przekonująco uzasadnić własne rozwiązanie).

Od kogo uczysz się przekładu?

Od wszystkich, którzy mówią i piszą o przekładzie. Uwielbiam czytać książki i artykuły pisane przez tłumaczy o tłumaczeniu. Lubię też chodzić na spotkania z tłumaczami w ramach różnych festiwali i targów. Na pewno sporo się nauczyłam na studiach podyplomowych dla tłumaczy literatury na UJ, a o samej polszczyźnie – na studiach podyplomowych z redakcji tekstu na UW, które właśnie (zdalnie) kończę.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym, żeby się nie zrażali i walczyli o to, co kochają. A starszym podziękowałabym za nieustającą inspirację.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

A to już zachowam dla siebie.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Poczucie, że robię coś fajnego. Pozytywne informacje zwrotne. Zbliżający się termin. No i może jeszcze kawa.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mąż, dwie córki i wszystkie dobre dusze, które bezinteresownie zdobywają dla mnie cytaty, w czasach gdy nie mogę się wybrać do czytelni. A także: pierwiosnki, raniuszki, kosy, drozdy śpiewaki, kapturki, rudziki, gile, cierniówki i wszystkie inne ptaki, których nie znam jeszcze z imienia, a które słyszę codziennie za oknem.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję tym, którzy mogą być nimi zainteresowani. Reszta piętrzy się na najwyższej półce regału i czeka na lepsze czasy. Już dawno planowałam wynieść je do biblioteki, aż wreszcie mi tę bibliotekę zamknięto.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Rozwijam matę i rozciągam zastałe mięśnie. Sięgam po lornetkę i obserwuję raniuszki buszujące w leszczynach za płotem. Przegrywam z mężem w Na skrzydłach. Wychodzę na łąkę popatrzeć, jak dojrzewają poziomki. Czytam coś, na co mam ochotę. Słucham, jak śpiewają kosy. Idę się przebiec po okolicy. I trzymam się zasady, że w weekendy nie pracuję.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Nie potrafię opowiadać dowcipów, więc anegdoty też Wam oszczędzę.

Ważne dla ciebie książki?

Nie mam książek, które byłyby dla mnie tak ponadczasowo ważne. Mam za to parę tytułów, które są ważne na chwilę obecną. Ostatnio na pierwsze miejsce wysunął się atlas ptaków Larsa Svenssona – bez niego czułabym się w tutejszym rozświergotanym towarzystwie jak bez słownika. Od jakiegoś czasu kocham też miłością szczerą i bezinteresowną Patyki, badyle Urszuli Zajączkowskiej, a zaraz pewnie dołączy do nich Dwanaście srok za ogon Stanisława Łubieńskiego.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Wszystkim dzieciom (oraz tym, którzy pomimo upływu lat nadal się nimi czują) polecam Polę i Bustera. To piękna, momentami zabawna opowieść o przyjaźni i o tym, że nie warto uważać kogoś za gorszego tylko dlatego, że w jakiś sposób się od nas różni. W styczniu w wydawnictwie Mamania ukazał się pierwszy tom, a za jakiś czas pojawi się kolejny. Natomiast wszystkim poszukującym swojego miejsca w naszym dziwnym świecie poleciłabym książkę, którą właśnie kończę tłumaczyć.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Właśnie kończę tłumaczyć książkę Jenny Odell How to do nothing. Wbrew pozorom nie jest to poradnik o tym, jak leżeć do góry brzuchem, ale raczej pogłębiona refleksja nad rzeczywistością, w której żyjemy. I zachęta do tego, żeby oderwać czasem wzrok od ekranu i rozejrzeć się wokół siebie.