Praktyka przekładu literackiego – zapis debaty « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Baza wiedzy

Praktyka przekładu literackiego – zapis debaty

Skrócony zapis panelu dyskusyjnego z udziałem Dominiki Cieśli-Szymańskiej, Rafała LisowskiegoAdama Pluszki oraz Krzysztofa Fordońskiego w roli moderatora. Dyskusja odbyła się 17 marca 2016 roku na Wydziale Lingwistyki Stosowanej UW podczas konferencji „Przekład literacki dzisiaj i jutro”.

Krzysztof Fordoński: Jeden z moich kolegów mniej więcej dwie dekady temu wygłosił zdanie, że pierwszym i podstawowym problemem tłumacza jest przeniknięcie do struktur mafijnych. Moje pierwsze pytanie brzmi zatem: od czego zacząć pracę tłumacza? Pytanie to kieruję i do wydawców, i do tłumaczy.

Adam Pluszka: Stoję niejako w rozkroku, bo jestem i redaktorem prowadzącym w wydawnictwie, i tłumaczem pracującym nie tylko dla swojego wydawnictwa. Postaram się jednak odpowiedzieć jako wydawca: cieszy mnie, kiedy trafiam na kogoś, kto już coś umie. Regularnie dostaję propozycje współpracy od tłumaczy wraz z ich CV. Takie CV zwykle drukuję i wpinam do segregatora. Wtedy mogą się wydarzyć trzy rzeczy: wszyscy sprawdzeni tłumacze są zajęci, potrzebuję przekładu z nietypowego języka lub szukam świeżej krwi. Otwieram wtedy segregator i zastanawiam się, z kim warto nawiązać współpracę. Osobę, z którą się nie pracowało, prosi się o przełożenie kilku stron na próbę. To standard, jeśli wydawnictwo szuka nowych współpracowników albo wzbogaca bazę tłumaczy. Każdy redaktor ma zwykle mnóstwo pracy i żaden nie chce się męczyć bardziej, a tak by się stało, gdyby przed podpisaniem umowy nie sprawdził zdolności młodego lub niedoświadczonego tłumacza. Zdarza się, że redaktor prosi o taką próbę kilka osób i wybiera. Po trosze jest to loteria. Wynik próbki zależy w pewnej mierze od dnia – i redaktora, i tłumacza. Oraz od tego, jak tłumacz potraktował próbkę – bo zdarza się, że po macoszemu. Jeśli państwo traktują ten zawód poważnie – zawód w ostatecznym rozrachunku trudny i niewdzięczny, choć dający momenty satysfakcji – to powinni mieć państwo świadomość, że muszą traktować poważnie i swoją pracę, i osoby, z którymi się państwo kontaktują. Ponieważ może być tak, że dostaną państwo tylko jedną szansę. Jeśli próbka przepadnie, bo była niegramatyczna, niedoredagowana, obok oryginału, to państwa CV wyląduje w koszu.

Dominika Cieśla-Szymańska: Na usprawiedliwienie okropnych, bezdusznych redaktorów, którzy wyrzucają przysłane CV do kosza, dodam, że od pewnego czasu rośnie liczba wydawanych na polskim rynku tytułów, za to spada zatrudnienie w wydawnictwach, czego efektem jest coraz mniejsza liczba osób do pracy i coraz większe obciążenie redaktorów prowadzących czy koordynujących opracowanie redakcyjne. W takiej sytuacji redaktorzy mają niestety niewielkie szanse być odkrywcami i mentorami początkujących tłumaczy.

KF: Padło stwierdzenie, że trzeba „co nieco umieć”. Jak to rozumieć?

AP: Tłumacz powinien umieć dwie rzeczy: znać język oryginału i, co istotniejsze, znać język docelowy. Na tym polega między innymi praca tłumacza – na świetnej znajomości języka polskiego. Redaktor, który będzie opracowywał państwa przekład, nie jest od pisania państwa przekładu na nowo, ale od wyłapania błędów, które na pewno się w tekście znajdą. A dlaczego na pewno się znajdą? Bo nikt nie jest w stanie utrzymać tego samego stopnia skupienia uwagi na kilkuset stronach. Autor też potrafi być nierówny. Jak wspomniałem, trzeba się uczyć polskiego, służą do tego słowniki i cała masa innych narzędzi. Tłumacz powinien mieć ucho chłonne i wyczulone, powinien wsłuchiwać się w język wysoki i ulicy, poznawać język internetu, innymi słowy przyswajać obce idiolekty. Szukać narzędzi, które można wykorzystać w pracy.

DC-S: Też jestem tutaj w dwóch rolach: czasem to ja redaguję, czasem to mnie redagują. Namawiam młodych i początkujących tłumaczy, by przez lata zanurzenia w obcej kulturze nie tracili kontaktu z własną i jak najwięcej czytali i pisali po polsku. Trzeba szukać wszelkich okazji, by nabierać wprawy w tłumaczeniu, ale też szukać okazji do pisania po polsku: recenzji, artykułów, tekstów w różnych rejestrach, choćby nawet listów do znajomych ze wszystkimi znakami przestankowymi.

KF. Co sądzicie o studiach, których celem jest kształcenie tłumaczy literackich?

Rafał Lisowski: Jest to kierunek o tyle obiecujący, co trudny. Nie ma jednej konkretnej drogi prowadzącej do tego zawodu, bo to nie jest zawód, którego można się tak po prostu nauczyć. Słuch i intuicję językową tłumacz wyrabia sobie przez osmozę. Trudno stworzyć program będący odpowiednikiem kursów kreatywnego pisania – tylko że dla tłumaczy.

AP: Zdarza mi się przeprowadzać dla magazynu „dwutygodnik.com” wywiady z tłumaczami. W ramach cyklu rozmawiałem między innymi z Sorenem Gaugerem, Kanadyjczykiem mieszkającym w Krakowie, tłumaczącym literaturę polską na język angielski, który zwrócił mi uwagę na to, że w Kanadzie są odpowiednie studia dla tłumaczy i żaden wydawca nie traktuje poważnie tych, którzy ich nie skończyli. On sam – jako ten, który ich nie skończył – traktowany jest podejrzliwie, uznawany za kogoś, kto wśliznął się do zawodu tylnymi drzwiami, choć przetłumaczył już siedem książek.

KF: Czy są jakieś cechy charakteru, które mogą wykluczać z tego zawodu, lub takie, którymi tłumacz powinien dysponować?

RL: Z pewnością wyklucza z zawodu brak tolerancji na samotną pracę we własnej jaskini. Tłumaczenie literackie to samotnicza robota, długie projekty trwające po kilka miesięcy, nad którymi pracuje się głównie w domu. Nie każdy to potrafi, chociaż w praktyce okazuje się często, że nawyki, predyspozycje i osobowości tłumaczy są bardzo różne i nie ma jednego obowiązującego wzoru.

DC-S: Potrzebna jest samodyscyplina i umiejętność organizowania sobie pracy. Po podpisaniu umowy trzeba samemu ułożyć sobie harmonogram pracy, jakoś ją sobie podzielić, czego nie skontroluje nikt oprócz wydawcy, który w umówionym terminie zacznie się dopominać o przekład.

KF: Nie wspomnieliśmy jeszcze o konieczności zapanowania nad rodziną, która uważa, że skoro człowiek siedzi i nic nie robi, to mógłby się czymś zająć… Załóżmy jednak, że nasz kandydat na tłumacza jest introwertykiem, potrafi zapanować nad rodziną i zaplanować sobie czas. Jak mógłby się przygotować do wykonywania tego zawodu? Jaką wiedzę warto posiąść, chcąc przejść od etapu tłumaczenia tego i owego do etapu, w którym tłumaczenie staje się najważniejszym zajęciem?

DC-S: Ważne, by tłumacz zrozumiał, że jest nie tylko twórcą, również w świetle prawa, ale przede wszystkim rzemieślnikiem przemysłu kultury – branży wydawniczej będącej częścią rynku, częścią biznesu. Tłumacz oprócz kompetencji literackich i językowych musi mieć podstawową orientację w regułach działania rynku i własnych prawach. Musi wiedzieć, co mówi ustawa o prawie autorskim w kwestii autorskich praw majątkowych i osobistych. Przy pierwszym kontrakcie z wydawnictwem dostaniemy do ręki umowę, którą powinniśmy przeczytać i zrozumieć, zanim ją podpiszemy. Jako Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury staramy się uzbroić tłumaczy w tę wiedzę. Między innymi w tym celu stworzyliśmy cenny naszym zdaniem dokument, tzw. umowę modelową, która może służyć jako rodzaj poradnika czy też punkt odniesienia. Taką idealną umowę podpisuje się rzadko, ale ten ideał, do którego staramy się dążyć, jest cennym zasobem.

RL: Dobrze jest, choćby dzięki materiałom STL, mieć na starcie wiedzę o tym, co na rynku uchodzi, a co nie; co jest w umowie zapisem przyzwoitym, a co nie. Dobrze wiedzieć, czy proponują nam stawkę najniższą z możliwych albo jeszcze niższą, czy może taką, która ma sens, przynajmniej  na początku. Warto zgromadzić wiedzę na temat realiów rynku.

AP: Zawód tłumacza jest zawodem jak każdy inny. Jeśli chcą się państwo z tego utrzymywać, należy wiedzieć, jak to robić. Bardzo istotna jest kwestia umów. Wraz z jej podpisaniem zostajecie wciągnięci w tryby biznesu, co można rozumieć tak, że wydawca chce zarobić na książce, którą państwo tłumaczą. I w państwa przypadku wydawca może pomyśleć: mam tłumacza świeżynkę, który nic jeszcze nie wie, to może zaproponuję mu niską stawkę i gorszą umowę, zaoszczędzę na przekładzie. STL próbuje informować młodych tłumaczy, czego mogą żądać i na co nie powinni się godzić. Otrzymując pierwsze zlecenie, łatwo pomyśleć, że złapało się Pana Boga za nogi i pogodzić się z tym, że choć próbka jest w porządku, to dostaniemy dwieście złotych za arkusz. W porządku? No, nie. I taka powinna być państwa pierwsza reakcja – mówicie „nie”. Nie po to poświęcacie dwa, trzy miesiące ciężkiej pracy, żeby dostać dwa tysiące. Co dalej: są dwa rodzaje umów – przeniesienia praw i licencyjna. W skrócie pierwsza jest zła, druga jest dobra. Bardzo wielu wydawców na dzień dobry proponuje umowę przeniesienia praw. Z czym to się wiąże? Przekład, czyli wasz utwór, przestaje do was należeć. I może się zdarzyć, że minie piętnaście lat i pojawi się jakiś wydawca, który zechce wznowić wasz przekład. Tyle że nic z tego nie dostaniecie, bo pozbyliście się do niego praw, zarobi właściciel praw – wydawca, z którym podpisaliście umowę przeniesienia praw. Umowa licencyjna, ta lepsza, jest szeroko omówiona na stronie STL, ale powiem jedną rzecz. Zdarza się, że wydawcy proponują umowę licencyjną na piętnaście lat. Tyle że wydawca zwykle kupuje prawa do książki na góra siedem lat; w gruncie rzeczy nie ma dłuższych umów. Jeśli wydawca ma kilka lat nadwyżki w umowie z tłumaczem i  jeśli zdecyduje się przedłużyć licencję u właściciela praw, to nie będzie musiał od was odkupywać praw do dalszego eksploatowania tłumaczenia. Standardowa umowa z tłumaczem powinna trwać pięć–siedem lat. Stawki zależą od języka – są języki duże i małe. Kiedyś szwedzki był językiem egzotycznym, ale po boomie na skandynawskie kryminały rynek tłumaczy ze szwedzkiego się wypełnił i w tej chwili szwedzki to już język duży, co wpłynęło również na stawki. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że na niektóre książki są różne granty. Wydawca ambitnej szwedzkiej powieści na pewno będzie się starał o grant. Istnieje sporo grantodawców, którzy wspomagają wydawanie książek i w ten sposób promują swoją kulturę. Taki grant może przełożyć się na wysokość wynagrodzenia.

KF: Można też pomóc wydawcy, co dotyczy zwłaszcza przekładów z hiszpańskiego – wiele lokalnych funduszy promocji literatury hiszpańskiej wspieranych jest przez rządy wspólnot autonomicznych, na tej zasadzie promuje się na przykład literaturę katalońską czy baskijską. Proponując książkę wydawcy, można dorzucić informacje o możliwym dofinasowaniu.

AP: Grantów można też szukać choćby w fundacji Letterenfonds promującej literaturę holenderską i flamandzką w Polsce. Po to jednak, by zostać wpisanym na listę tłumaczy, którzy taki grant mogą uzyskać, należy zdać egzamin. Najtrudniej przebić się z językiem angielskim, ponieważ wielu osobom, które znają ten język – a przecież wszyscy niby go znają – wydaje się, że mogą być tłumaczami. To błędne rozumowanie.

DC-S: Z czego wynika, że najlepiej być tłumaczem małego języka bogatego kraju, który hojnie dofinansuje naszą pracę. Z drugiej strony tylko angielski i może jeszcze niemiecki daje szanse na utrzymanie się wyłącznie z przekładu. Tylko tu mamy szansę – po kilku latach pracy i wyrobieniu sobie marki – na ciągłość zleceń we współpracy z kilkoma zleceniodawcami. Tylko tłumacze z dużych języków mogą być tłumaczami w pełni zawodowymi.

KF: Chyba że ktoś ma absolutny monopol na jakiś język. Podobno opłacalnym kierunkiem jest Izrael.

DC-S: Jako Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury badamy obowiązujące na rynku stawki. Jakiś czas temu zrobiliśmy ankietę, której wyniki są dostępne na naszej stronie. Ze względu na prawo o ochronie konkurencji nie wolno nam proponować stawek minimalnych czy sugerowanych – w gruncie rzeczy byłoby to bardzo trudne ze względu na różny charakter publikacji, zróżnicowanie warunków umów, proponowanych terminów itd. – ale możemy gromadzić wiedzę i wymieniać się informacjami o sytuacji rynkowej.

AP: Choć na przykład Szwecja ma umowę standardową. Tamtejsze stowarzyszenie tłumaczy wywalczyło sobie odpowiednie prawo i każdy wydawca musi podpisać właśnie taką umowę według konkretnych, ustalonych stawek.

DC-S: W Szwecji są jednak inne warunki: jest tam komu z kim rozmawiać. Jest silna, od lat działająca organizacja tłumaczy i silna, od lat działająca organizacja wydawców. I zupełnie inne tradycje działalności związkowej i negocjacji. W naszych warunkach takie porozumienie jest jak na razie niemożliwe. Zaproponowaliśmy natomiast umowę modelową: wzór dobrych praktyk z komentarzem. Umowa wisi na naszej stronie, można ją wydrukować, można się nią posłużyć w rozmowie z wydawcą.

RL: Jesteśmy realistami. Trudno sugerować, żeby początkujący tłumacz wydrukował sobie umowę, wypełnił dane i zaproponował wydawcy – prawdopodobnie w ten sposób zrobiłby sobie jedynie krzywdę, bo większość wydawców po prostu parsknęłaby śmiechem. Nasza wersja umowy z komentarzem może jednak pomóc w uświadomieniu sobie pewnych zjawisk. Im większa będzie świadomość, co jest dobrą, a co złą praktyką, tym większa szansa, że pewne fragmenty umowy modelowej zaczną się pojawiać w umowach podpisywanych faktycznie przez tłumaczy.

DC-S: Zachęcamy tłumaczy do tego, by przynajmniej próbowali negocjować. Pewnie nie uzyskają wszystkiego, ale, co bardzo ważne, może wypracują sobie partnerską relację z wydawcą. Nie da się ukryć, że wydawca jest stroną silniejszą, ale domagałabym się od niego otwartości na negocjacje.

RL: Jak najbardziej istnieją wydawcy otwarci na negocjacje, ale często słyszy się od tłumaczy, że serwowana jest im sentencja: „Nie możemy wprowadzić żadnych zmian, taki mamy wzór umowy”. A przecież wzór nie jest święty.

DC-S: Jako STL chcielibyśmy nauczyć tłumaczy pewnej asertywności. Dlatego w ten weekend odbywa się pilotowe szkolenie z negocjacji dla humanistów. Jeśli się uda, będziemy je powtarzać.

KF: Jak zdefiniowalibyście sukces tłumacza?

DC-S: Dla części tłumaczy to może być kolejka zleceń: dobrych, atrakcyjnych, ambitnych książek u najlepszych wydawców. Ale bywa, że sukces wygląda zupełnie inaczej.

RL: Tak wyglądałby sukces stricte zawodowy, zwłaszcza w przypadku większości tłumaczy, którzy tłumaczą książki ze średniej półki i czują się rzemieślnikami – choć rzemieślnikami ambitnymi i zdolnymi. Wiadomo też, że w tym zawodzie – było nie było kreatywnym – człowiek lubi być mile połechtany, dostrzeżony i uznany. Każdy tłumacz chciałby, żeby wspomniał o nim chociaż recenzent książki, zamiast stwarzać wrażenie, że obcojęzyczny pisarz swoje piękne zdania pisał po polsku.

KF: Mam wrażenie, że kiedy w tekście recenzji pojawia się nazwisko tłumacza, to wyłącznie po to, by go skrytykować.

RL: Toteż staramy się zwracać uwagę redakcjom, które pomijają nazwiska tłumaczy i nie wymieniając ich choćby pod tekstem recenzji.

DC-S: Miarą sukcesy tłumacza może być też nagroda, a szczęśliwie nagród dla tłumaczy jest coraz więcej. Najnowsza to Nagroda im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego, mamy też nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego dla tłumaczy literatury faktu. Jest Nagroda Literacka Europy Środkowej „Angelus”, jest Nagroda „Pióro Fredry”.

KF: A jak wydawca widzi sukces tłumacza?

AP: W gestii wydawcy jest wysyłanie książki na rozmaite konkursy i redaktor wysyła swoje najbardziej udane pozycje z nadzieją, że jury podzieli jego zdanie. Nie wspomnieliśmy jeszcze o Nagrodzie Literackiej Gdynia, która w jednej z kategorii nagradza przekład. To wszystko jest bardzo ważne, podkreśla pozycję tłumacza, który niezależnie od tego, jaki jest ceniony, zawsze stoi w cieniu autora. Jerzy Jarniewicz uważa, że tłumacz jako współtwórca powinien znaleźć się na okładce, w końcu to on napisał tę książkę – tyle że po polsku. Profesor Aleksander Wirpsza mówił dziś, że tłumacz pisze swój utwór w języku docelowym. Piętno tłumacza odciska się na utworze, nawet jeśli jest to literatura wagonowa – wszystkie jego idiosynkrazje, znienawidzone i ulubione słowa. Jako wydawca zgłaszam do nagród, co tylko mogę, i serce mi rośnie, kiedy okazuje się, że zgłoszona książka dostała wyróżnienie. Inną satysfakcją jest świadomość, że na własnej piersi wyhodowałem zdolnego debiutanta albo udało mi się namówić do współpracy tłumacza z najwyższej półki.

DC-S: Tłumaczowi zdarza się również stać się obiektem uwielbienia czytelników. W świecie fantastyki takim obiektem uwielbienia jest Piotr W. Cholewa, tłumacz Terry’ego Pratchetta.

AP: Publio robi czasem dzień tłumacza, kiedy książki w jego przekładzie można kupić ze zniżką. Był już Piotr W. Cholewa, była Paulina Braiter. Pozycja tłumacza się zmienia i mamy nadzieję, że również dzięki nam.

Pytanie z sali: Skoro zawód tłumacza literackiego przynajmniej na początku jest tak trudny, to w co zainwestować swój czas: w naukę redakcji i korekty, w tłumaczenia specjalistyczne?

DC-S: Trudno doradzać, to bardzo indywidualne wybory życiowe. Nie można zakładać, że będziemy się od początku utrzymywać z przekładu, więc trzeba sobie znaleźć jakiś zawód. Redakcja i korekta to zajęcia bardzo słabo opłacane, więc wspomaganie budżetu dochodami z korekty może się nie udać.

RL: Łączenie tłumaczeń specjalistycznych, szeroko pojętej komercji, z tłumaczeniem literatury jest częste, zwłaszcza tam, gdzie trudno o ciągłość zleceń literackich. Wszystko zależy od predyspozycji i zainteresowań zawodowych, nie ma jednej drogi.

Pytanie z sali: Lepiej wysłać do wydawnictwa, z którym chcielibyśmy nawiązać współpracę, próbkę tłumaczenia czy samo CV?

AP: Lepiej samo CV. Redaktor jest nieufny. Kiedy dostaje fragment, którym ktoś się rekomenduje, z założenia nie wierzy – w końcu ten ktoś może być czyimś protegowanym i tłumaczenie może wcale nie być jego, a przynajmniej nie w stu procentach, może być na przykład wynikiem wspólnej pracy na seminarium.
Mówiliśmy wcześniej o cechach, które powinien posiadać tłumacz. Zdecydowanie powinien być cierpliwy. Tłumacz spędza parę miesięcy z tekstem, od którego nie odchodzi – do tego trzeba mieć cierpliwość i twardy tyłek. Druga kluczowa cecha to nieufność. Tłumacz powinien być nieufny wobec autora na poziomie faktów, związków frazeologicznych, wszystkiego, co autor w artystycznym szwungu napisał. Nierzadko dostaje się książki niedoredagowane, niedorobione, czasem wręcz bez redakcji, co najczęściej zdarza się w książkach włoskich czy francuskich. Szczególnie w literaturze popularnej tłumacz musi wykazywać się czujnością.

KF: Czasem dostaje się po prostu do tłumaczenia wersję książki będącej na jakimś etapie „produkcji”.

AP: No i zdarzają się książki zwyczajnie źle napisane.

Pytanie z sali: Co zrobić w takim przypadku: walczyć o poprawienie złej książki w tłumaczeniu czy odstąpić od tłumaczenia?

AP: To zależy od sytuacji tłumacza. Jeśli jego kot miałby chodzić głodny, to lepiej, żeby tłumacz zrobił ją najlepiej jak potrafi. Jeśli nie jest to istotna pozycja, warto się zastanowić, czy nie podpisać jej pseudonimem. Jeśli tłumacz ma komfort nieprzyjmowania zlecenia, nie powinien go przyjmować. Walka ze złą książką potrafi być bolesna.

RL: Często jednak fatalna jakość książki ujawnia się dopiero w trakcie tłumaczenia. Tłumacz jest najwnikliwszym czytelnikiem i nieraz dopiero pracując nad przekładem zdanie po zdaniu, odkrywa to, czego nie dostrzegł we wstępnej lekturze. Nie można jednak wystawić do wiatru wydawcy, z którym podpisało się już umowę.

AP: Czy ze złej książki robić dobrą? To nie jest zadanie tłumacza. Tłumacz może wskazać redakcji ewentualne błędy, zasugerować, co można w niej poprawić, ale to w gestii wydawcy leży zapytanie właściciela praw o to, czy poprawki można wprowadzić. Mówię o grubszych sprawach, oczywiście, drobne pomyłki oczywiście się poprawia.

**

dr hab. Krzysztof Fordoński – filolog angielski specjalizujący się w historii literatury angielskiej i przekładzie literackim. Nauczyciel akademicki, tłumacz literatury pięknej, m.in. powieści Flanna O’Briena, Paula Austera i Williama Whartona. Od 2012 roku redaktor naczelny „Language and Literary Studies of Warsaw”, od 2015 roku współredaktor naczelny „Polish Journal of English Studies”.

Adam Pluszka – poeta, prozaik, tłumacz, redaktor, krytyk literacki i filmowy. Autor kilku tomów wierszy (m.in. nominowanego do Nagrody „Silesius” oraz Nagrody Literackiej Gdynia „Zestawu do besztań”) oraz prozy. W jego przekładzie ukazały się książki Helene Deutsch, Esther Woolfson, Julii Blackburn, Johny’ego Casha, Sue Townsend, Sy Montgomery czy Elizabeth Pisani. Redaktor prowadzący w Wydawnictwie Marginesy.

 

Dominika Cieśla-Szymańska – tłumaczka literacka z języka angielskiego, redaktorka. Absolwentka MISH UW i studiów podyplomowych IBL PAN. Członkini założycielka Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Autorka kilkudziesięciu przekładów z dziedziny literatury faktu, humanistyki i literatury pięknej. Tłumaczyła między innymi książki Johna Searle’a, Robina Dunbara, Nancy Etcoff, Juliana Bagginiego, Marka Rowlandsa, Davida Granna i Jane Goodall.

 

Rafał Lisowski – absolwent Instytutu Lingwistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczy głównie literaturę popularną, książki dla młodzieży, thriller i kryminał, fantasy i literaturę faktu. Ma na koncie około czterdziestu wydanych przekładów literackich, w tym przekłady Trumana Capote, Kurta Vonneguta, Stephena Kinga, Brandona Mulla i Eoina Colfera.
Zapis debaty i opracowanie redakcyjne: Dorota Konowrocka-Sawa