Dominika Cieśla-Szymańska « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Baza wiedzy

Dominika Cieśla-Szymańska

13457788_1305043669523697_1164279504_ntłumaczka literacka z angielskiego, redaktorka, recenzentka, MISH na UW studiowała nauki humanistyczne, głównie kulturoznawstwo i językoznawstwo, jest autorką kilkudziesięciu przekładów z dziedziny literatury faktu, humanistyki i literatury pięknej, doświadczonym redaktorem książek i koordynatorem procesu wydawniczego

zobacz profil

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Zdecydowanie dzień, podzielony na kilka kawałków. Bardzo cenię sobie to, że mogę dostosować rytm pracy do własnego rytmu i do innych zajęć. Nigdy nie pracuję w nocy.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Biurko. Najlepiej tłumaczy mi się na laptopie odciętym od sieci, tylko ze słownikami, wtedy mogę maksymalnie się skupić. Nie lubię za długo siedzieć, więc wolę pracować krócej, a za to intensywnie. Do redagowania, szukania informacji i życia towarzyskiego używam peceta.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Jedne i drugie. Więcej korzystam z elektronicznych i dostępnych online, ale mam całą półkę papierowych słowników i poradników dotyczących polszczyzny. Ogromny słownik Webstera służy mi, wstyd się przyznać, jako podpórka pod stopy.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Na początku z różnych źródeł internetowych. Bardziej szczegółowych informacji szukam już w publikacjach z danej dziedziny (tuż za rogiem mam dobrą czytelnię naukową) albo u ekspertów. Fachowcy, hobbyści i inni wariaci bywają po prostu bezcenni. Zdarzało mi się już zasięgać konsultacji u paralotniarza, miłośnika roślin owadożernych, specjalistki od staropolszczyzny oraz dmuchacza szkła. Przy problemach typu start rakiety, pojedynek w maszynowni statku albo budowa amatorskiej katapulty pomaga mi mąż inżynier. Bardzo przydaje się też Mądrość Zbiorowa facebookowego Forum Tłumaczy Literatury i wszelkie znajomości. Ostatnio korzystałam z pomocy kolegi tłumacza, który gra w zespole rockowym i zna się na gitarach elektrycznych.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Zapisuję pierwsze rozwiązanie, które przyszło mi do głowy, oznaczam sobie to miejsce i tłumaczę dalej. Jeśli zupełnie się zablokuję, zmieniam zajęcie. Idę na rower albo umyć łazienkę. Czasem trzeba się z problemem przespać. Mózg dalej pracuje sobie w tle i podrzuca mi rozwiązanie na przykład następnego dnia.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Kiedy dostaję propozycję przekładu, przyglądam jej się uważnie, czytam fragmentami, czasem tłumaczę sobie kawałek, żeby się zorientować w rytmie narracji i w problemach i upewnić się, że udźwignę ten tekst. Ale nigdy nie czytam w całości. Trochę dlatego, że nie mam na  to czasu, a trochę też dlatego, że książki, które tłumaczę, nie wymagają obmyślania sobie zawczasu całej strategii.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Ach, sekretne przyjemności tłumacza. Lubię redagować własny tekst, spokojnie szukać rozwiązań, widzieć, jak materiał zaczyna mi się układać w rękach. Lubię zabawy językowe, neologizmy, metafory, rymowanki, które czasem cyzeluje się wiele dni. Ostatnio z dużą przyjemnością wytwarzałam rymy częstochowskie, tłumacząc wierszowany występ trupy angielskich komediantów wielkanocnych. Oczywiście lubię, kiedy przychodzą egzemplarze autorskie. I bardzo się cieszę, kiedy ktoś w metrze czyta właśnie mój przekład.

A najmniej fajny?

Nic oryginalnego. Opracowywanie przypisów i bibliografii. Tłumaczenie podziękowań. Akceptowanie niedobrej redakcji. Windykacja należności.

Redaktor to…?

Ha, sama jestem redaktorem, więc niby powinnam wiedzieć. Redagowanie wymaga dużych, różnorodnych i zazwyczaj zupełnie niedocenianych umiejętności. Ciągle aktualizowanej wiedzy, zdolności analitycznych, doświadczenia, cierpliwości i zdecydowania, a czasem sporej śmiałości, ale też elastyczności i empatii. Balansowania między dwoma językami, między normą a uzusem, między dyscypliną a twórczą swobodą, wreszcie między własnym ego i nawykami a ego tłumacza czy pisarza. Redaktor jest trochę inspektorem budowlanym, a trochę psychoterapeutą. Musi zauważyć dziurę w ścianie, zły odcień tapet i sterczącą sprężynę, i jeszcze wiedzieć, kiedy nie powinien jej ruszać, bo właśnie ma tak sterczeć. A potem przekonać tłumacza do swoich pomysłów, skupiając się na problemie, a nie na tym, kto tu jest zdolniejszy i mądrzejszy. Powinien iść o krok za tłumaczem, być wrażliwym i samokrytycznym doradcą. Musi dbać jednocześnie o interesy autora, tłumacza, czytelnika – i o własne. To jest trudne i nie zawsze się udaje. Ale wciąż próbuję.

Od kogo uczysz się przekładu?

Najwięcej od tłumaczy, których redaguję, często zresztą moich kolegów. Dlatego między innymi lubię być redaktorem – to są kolejne fascynujące i bardzo pouczające spotkania. To bardzo intymna przyjemność – obserwować, jak ktoś myśli i móc mu w tym towarzyszyć.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Wszystkim – żeby czytali umowy przed podpisaniem i nie bali się negocjować. Młodszym – żeby jak najwięcej czytali i pisali po polsku. Mam tu na myśli czytanie dobrej polskiej literatury i pisanie pełnymi zdaniami. Starszym – żeby nie bali się słowników i źródeł online oraz Facebooka. Przy wszystkich jego wadach akurat dla środowiska takiego jak nasze jest to znakomite narzędzie.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Chętnie pogadałabym i to z niejednym ministrem. STL jest w tej chwili jedną z najbardziej prężnych i kompetentnych organizacji twórców w Polsce, więc mam nadzieję, że prędzej czy później będzie okazja. Ministrowi edukacji powiedziałabym, że uczeń powinien wychodzić ze szkoły z przekonaniem, że czytanie to jedna z najlepszych rozrywek i naturalny element życia codziennego. Międzypokoleniowy przekaz nawyków czytelniczych jest w Polsce za słaby albo w ogóle go nie ma – więc rola szkoły jest ogromna. Ministrowi pracy i polityki społecznej – że bardzo by nam się przydał system ubezpieczeń dla twórców, na wzór na przykład niemieckiej kasy artystów. W tej chwili wielu twórców, również tłumaczy, pozostaje całkowicie poza systemem, nie ma prawa do opieki zdrowotnej ani do emerytur. Ministrowi kultury – że bez odbudowania w całym kraju sieci kameralnych księgarni czytelnictwo nie wzrośnie i rynek książki nie będzie się rozwijał. To świetnie, że wspiera się biblioteki, ale również księgarnia powinna być naturalnym elementem miejskiego krajobrazu, tak samo jak piekarnia i apteka. Przypomniałabym też, że w całym systemie kultury twórcy są zawsze najbardziej bezbronnym elementem i należy ich wspierać. Nie tylko najbardziej uznanych artystów, ale również tych początkujących i tych kończących karierę, oraz rzesze rzemieślników kultury, którzy tworzą większość jej rynku. Byłoby świetnie, gdyby powstał system stypendiów dla tłumaczy literackich i gdyby na przykład w warunkach przyznania ministerialnych dotacji na wydanie książki zawarto również warunki umowy, jaką wydawca powinien zawrzeć z tłumaczem. Służymy konsultacjami. Bardzo też bym chciała, żeby w Warszawie powstał Dom Literatury z prawdziwego zdarzenia – realizujący wiele różnych zadań ośrodek kultury i edukacji dla czytelników, autorów, tłumaczy, wydawców i organizacji branżowych.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Różne rzeczy. Rano kawa. Potem tlen i widok na zieleń. Współpraca z innymi. Ciekawość. Siła rozpędu. Flow. Dedlajn.

Kot czy gekon? Jakie istoty Cię w niej wspierają?

Wspiera mnie kotka Mańka, która w odpowiednim momencie przychodzi i trąca mnie w łokieć. To jest znak, że powinnam przestać gapić się w ekran i zająć się poważniejszymi sprawami. Druga istota to wspomniana już wielogłowa Mądrość Zbiorowa, a częściej Dowcip Zbiorowy Forum Tłumaczy Literatury.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję znajomym. Czasem zanoszę do osiedlowej biblioteki. Kilka zachowuję jako swoje portfolio.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Redukuję bodźce. Lubię czasem zupełnie zniknąć z radaru, nie odbieram maili ani telefonu. Wymóg stałej dostępności i bycia na bieżąco uważam za niehumanitarny. Człowiek pracuje całym ciałem, więc staram się ruszać – teraz najchętniej wsiadam na rower i jadę do lasu albo nad Wisłę. Poza tym bardzo ważna jest dla mnie muzyka, ostatnia może nawet ważniejsza niż literatura. Dużo słucham i odkrywam, chodzę na koncerty, przez pewien czas zajmowałam się śpiewem białym głosem, od kilku lat śpiewam w chórze. Pomagam też czasem przy organizacji rajdów pojazdów zabytkowych i bywam pilotem rajdowym. No i od samego początku działam w STL. Bardzo lubię wymyślać i wspólnie tworzyć coś nowego, mam też paszczacki zapał do organizowania i koordynowania, na szczęście chyba równoważony przez inne, zupełnie niepaszczackie instynkty. Lubię zajmować się wieloma różnymi sprawami, mieć kontakt z różnymi ludźmi i szukać równowagi między ciałem a duchem oraz między własnym introwertyzmem a ekstrawertyzmem.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Zabawna anegdota przypomni mi się pewnie pojutrze. Chyba najdziwniejsza pod względem translatorskim książka, jaką tłumaczyłam, to była opowieść autystycznego japońskiego chłopca, który komunikuje się za pomocą komputera. Potrójna, a może i poczwórna bariera – autyzmu, metody komunikacji, japońskiego i angielskiego – była niemal namacalna. A jednocześnie pod tym wszystkim wyczuwało się niezwykłą, bogatą i ujmującą osobowość. Zwykle tworzę sobie w głowie jakąś wizję autora/narratora, słyszę jego głos. Tym razem było mi bardzo trudno go usłyszeć i nie jestem pewna, co właściwie udało się uzyskać i czy w ogóle powinnam była się tego podejmować. Ale to było wyjątkowe świadectwo i mam nadzieję, że nawet takie echo warto było przekazać.

Twoje ważne książki?

Język, myśl i rzeczywistość Benjamina Lee Whorfa. Lektury nadobowiązkowe Wisławy Szymborskiej. Fioletowa krowa Barańczaka. Polszczyzna na co dzień. Być może to choroba zawodowa, ale literatura piękna jest dla mnie ostatnio mniej ważna. Mam poczucie, że jest jej za dużo, rynek nowości jest przeładowany i chaotyczny. Przy łóżku mam zwykle kilka napoczętych książek, ale więcej literatury faktu niż prozy. Teraz czytam Miasto szczęśliwe Charlesa Montgomery’ego, o pomysłach na nowoczesną urbanistykę i o tym, dlaczego miasto powinno być dla pieszych, a nie dla samochodów – bardzo krzepiąca lektura.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Gdyby wszyscy przeczytali Mądrość i cuda świata roślin Jane Goodall i wzięli sobie do serca to, co mówi, ludzkość miałaby szansę przetrwać. Mówię zupełnie serio. A z rzeczy bardziej rozrywkowych młodszym czytelnikom poleciłabym Nadnaturalistę Eoina Colfera. Świetnie się przy niej bawiłam, wymyślając różne neologizmy. A starszym – znakomitą i zabawną biografię Karola Marksa Francisa Wheena (nadal jestem wdzięczna, że czterdzieści tomów dzieł zebranych stoi w Narodowej w księgozbiorze podręcznym). Poleciłabym też Strażnika trumny Wenguanga Huanga, wspomnienia chińsko-amerykańskiego dziennikarza z jego dzieciństwa w Chinach lat 70. i 80. Musiałam tam przełożyć przefiltrowaną przez angielski rzeczywistość chińskiego komunizmu (miejscami bardzo bliską polskiej rzeczywistości tamtych lat), z powrotem na polski system pojęć związanych z gospodarką socjalistyczną, ówczesnym życiem społecznym, reżimem totalitarnym i tak dalej. Myślę, że mi się to udało, może dlatego, że sama pamiętam tamte czasy.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Zaraz idę do kina na Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes – polubiłam bohaterów tego całkiem zgrabnego czytadła, chętnie ich zobaczę na ekranie (ale film tłumaczył kto inny). Czekam też na ekranizację Zaginionego miasta Z Davida Granna – pułkownik Fawcett to był gość, muszę koniecznie to zobaczyć. Pod koniec lata ukaże się mroczna i klimatyczna powieść Andrew Hurleya Pustki. Spędziłam z nią dwa miesiące na smaganym wiatrem, ponurym wybrzeżu Lancashire, ale było warto i mam nadzieję, że czytelnicy to docenią. A teraz pracuję nad ciekawą, ale trudną biografią Le Corbusiera i już nie mogę się doczekać współpracy z moim konsultantem od architektury.