Baza wiedzy

Katarzyna Sosnowska

Katarzyna Sosnowska (czytaj poprzednie), przekłada z angielskiego, hiszpańskiego, niemieckiego i baskijskiego oraz na angielski. Pracuje także jako redaktorka, recenzentka, proof-readerka. Jest absolwentka filozofii UW, studiowała tam także historię oraz medieval studies w Central European University w Budapeszcie.  Skończyła też podyplomowe studia z przekładu audiowizualnego na SWPS. Interesuje się współczesną literaturą hiszpańską i hispanoamerykańską. Stypendystka programu Nowi Tłumacze zorganizowanego przez Baskijski Instytut Etxepare i Baskijskie Stowarzyszenie Tłumaczy w ramach programu San Sebastian Europejska Stolicy Kultury 2016 (zobacz profil). Zapraszamy do lektury!

Na początek o początkach.

 Pierwszy translatorski zew poczułam na początku liceum, to była połowa lat dziewięćdziesiątych. W moim rodzinnym miasteczku mało osób znało angielski, a ja byłam bardzo dobra z tego przedmiotu. W maju do lokalnego ośrodka dla niepełnosprawnych przyjechała delegacja z Holandii i ośrodek na gwałt szukał kogoś, kto pomoże im się dogadać z gośćmi. Zadzwonili do mojej szkoły, a ponieważ wszyscy maturzyści siedzieli w domach i przygotowywali się do egzaminów, nauczycielka angielskiego wysłała mnie, pierwszoklasistkę, i dwóch kolegów z drugiej klasy. Tak więc zadebiutowałam jako tłumaczka konsekutywna. To doświadczenie nie tylko pomocy w bieżącej komunikacji, ale także wyjaśniania Holendrom pewnych aspektów naszej rzeczywistości tak mi się spodobało, że pomyślałam, że powinnam w przyszłości zająć się tłumaczeniem, a że od zawsze kochałam czytać, że powinien to być przekład literacki. Zabrałam się za wprawki na kilku egzemplarzach anglojęzycznych książek, jakie miałam w domu. Pamiętam, że był wśród nich „Folwark zwierzęcy” Orwella. Na szczęście, efekty się nie zachowały. Potem były translatoria na studiach filozoficznych. To świetna szkoła przekładu, po tekstach takiego choćby Immanuela Kanta nie możesz się prześliznąć, musisz dobrze poznać kontekst, odwołać się do już istniejących tłumaczeń, sporo też rzeźbić w języku, żeby osiągnąć jak najwyższy poziom zrozumiałości. Trzy lata chodziłam na te translatoria – niemieckie i hiszpańskie. Ale zaczęłam pracować w angielskim, pierwsze drobne zlecenia trafiały do mnie po znajomości, to były jakieś materiały informacyjne, listy, potem już poważne artykuły naukowe. W końcu dostałam pierwszą książkę, a właściwie jej sporą część, bo zakontraktowany tłumacz nie mógł ukończyć przekładu, a terminy goniły. I tak to się zaczęło.

 Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

 Pracuję w dzień. W czasach warszawskich zaczynałam rano i starałam się skończyć koło 15-16, żeby mieć jeszcze czas na inne prace, które często przeciągały się do późna. W zeszłym roku dostałam stypendium w Kraju Basków na naukę baskijskiego. Zakwaterowali mnie w szkole z internatem, gdzie od 9.30 do 17.30 trwały zajęcia. Tłumaczeniem musiałam się więc zajmować po południu i wieczorem. Udało mi się tak skończyć jedną książkę, ale kolejnej już nie wzięłam do końca czerwca, gdy opuściłam szkołę. Nie dałabym tak dłużej rady. Teraz kontynuuję naukę baskijskiego, ale zajęcia mam tylko rano, tłumaczę więc po południu. Być może w październiku odwrócę ten rytm – praca rano, nauka po południu.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Raczej przy biurku, choć zdarzały mi się ciągi łóżkowe. Z powodu remontu u sąsiadów spędziłam tej zimy jakieś trzy tygodnie, tłumacząc w knajpie z widokiem na morze. To było fajne doświadczenie, zauważyłam, że lepiej się skupiam poza domem, w ciągu takiego samego czasu robię więcej, choć wydawałoby się, że w takim miejscu jest więcej „przeszkadzaczy”.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Elektroniczny. Internet to kopalnia wiedzy. Moje papierowe słowniki raczej kurzą się na półkach. Chociaż jak nabyłam kindle’a, to znalazłam tam ich elektroniczne wersje: PWN Oxford, La Real Academia de la Lengua Española, Duden. I bardzo je polecam: szybkie wyszukiwanie jak na komputerze, a jednocześnie dostęp do tego, co w papierze, który ma swoje zalety. Słownik elektroniczny nie pokazuje sąsiednich haseł, w papierze możemy sobie przy okazji przejrzeć listę słów o tym samym rdzeniu, co czasami bywa bardzo inspirujące.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

 Wikipedia jest bardzo pomocna, może też służyć jako słownik terminów, choć oczywiście nie dla każdego języka i nie dla każdego tematu. Internet jest też zwykle najszybszą metodą znalezienia informacji. Dwa przykłady z ostatnich miesięcy. Nie ma co chyba wspominać o tym, jak Internet pomaga przy cytatach, kryptocytatach, enigmatycznych kulturowych odniesieniach. Czasami zastanawiam się, czy w ogóle by mi się chciało wykonywać całą tę researchową pracę, gdybym miała do dyspozycji tylko encyklopedie i biblioteki.

Kiedy się zablokujesz, to…?

 Opuszczam fragment i zaznaczam do przemyślenia, konsultuję z naszym wspaniałym Forum Tłumaczy Literatury. W najgorszym razie kończę pracę na ten dzień, bo oznacza to, że na dzisiaj już dość.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

 Zazwyczaj nie mam na to czasu, chociaż kilka książek przeczytałam zanim zabrałam się do ich tłumaczenia – były to albo moje propozycje albo utwory, które recenzowałam dla wydawnictwa.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

 Bardzo lubię postawić ostatnią kropkę w pierwszej wersji (przed autoredakcją). Czuję wtedy ulgę, że dobrnęłam do końca. Lubię też nanosić autopoprawki na skończonym tekście, cyzelować go i, uwaga!, lubię współpracę z redaktorką nad ostateczną wersją. Co dwie głowy to nie jedna (o ile oczywiście ta druga głowa też lubi współpracować).

A najmniej fajny?

 Tłumaczenie podziękowań. Lecą zwykle według jednego wzoru. Trzeba odmieniać obce nazwiska, , albo uniknąć jakoś odmieniania, zastanawiać się nad hermetycznymi dowcipami autora, tymi mrugnięciami oka do wymienionych osób, których często są całe listy. Czy naprawdę cały świat musi się dowiedzieć o wszystkich osobach, które przewinęły się przez życie autora w czasie powstawania książki?

Redaktor to…?

 Redaktorka (bo najczęściej jest to kobieta) to wsparcie, dobry duch, ostatnia instancja, która spojrzy świeżym okiem bez wpływu oryginału, w którym tłumacz po skończeniu przekładu jest jeszcze przez jakiś czas zanurzony. Dużo się uczę z pracy nad korektą autorską, to lepsza szkoła niż wszelkie kursy.

Dobra redaktorka z wyczuciem literackim, ale także ludzkim podejściem to prawdziwy skarb. Sama staram się być taką redaktorką. Przekazywać, że nawet jak tekst jest pokreślony na czerwono, to nie znaczy, że wszystko jest źle, tylko po prostu, że może być lepiej. Jak trafię na jakieś fajne sformułowanie, to daję komentarz, że bardzo mi się podoba.

Od kogo uczysz się przekładu?

 Trudno powiedzieć, że uczę się od kogoś konkretnego. To taka praca, która polega na nieustannym uczeniu się – z przeczytanych przekładów, z dyskusji na forach i konferencjach, z warsztatów od redaktorów, współtłumaczy, współuczniów na kursach językowych, z życia również.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

 W domu moich rodziców (gdzie, swoją drogą, na przykład w wakacje panują prawie idealne warunki do pracy) wspierają mnie koty. W czasach warszawskich zdarzało mi się też opiekować zaprzyjaźnionym psem, którego jego właścicielka, moja przyjaciółka nazywała nawet „asystentem tłumacza”.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję znajomym, którzy mogliby być zainteresowani danym tytułem.


Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

 Nie tłumaczyć na siłę. Próbowałam i nie za dobrze się to zwykle kończy. Raz na ileś dni zrobić sobie dzień przerwy – nie tłumaczyć, nie redagować, nie myśleć o książce, którą mam na tapecie. Zająć się czymś innym. Po skończonym przekładzie wyjechać na kilka dni – w końcu kończy się pewien etap.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

 Coraz bardziej wciągam się w literaturę baskijską, tego lata przygotowuję próbki najciekawszych powieści i szukam wydawców. Nie jest łatwo, ale mam nadzieję, że w końcu ten temat i u nas zaskoczy. Ostatnio pojawia się coraz więcej tłumaczeń z baskijskiego na angielski, być może w ramach szerszego zainteresowania, czy nawet mody na literatury bardzo niszowych języków. Liczni pisarze i w ogóle intelektualiści stamtąd, których poznałam, mają wręcz czuły stosunek do literatury polskiej, chciałabym, żebyśmy kiedyś mogli odpowiedzieć im podobnym uczuciem.