Maria Gołębiewska-Bijak « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Baza wiedzy

Maria Gołębiewska-Bijak

MAGB_do_STLZ wykształcenia germanistka, z zamiłowania norwegolożka, kulturoznawczyni, była lektorka niemieckiego i norweskiego w Towarzystwie Polsko-Norweskim i na UW, obecnie tylko tłumaczka, za to w pełnym wymiarze, recenzentka, czasami jurorka.

zobacz profil

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Noc, zdecydowanie noc. Jestem absolutną sową, albo – w moim języku, norweskim – typem B. Za dnia dużo się dzieje, trzeba funkcjonować wśród ludzi, zadbać o dom i rodzinę… To nie sprzyja tak potrzebnej przy tłumaczeniu koncentracji. Ostatnio jednak, gdy już nie mam do czynienia z akademią, udaje mi się czasami wystartować koło południa i grzecznie przepracować do trzeciej nad ranem.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Biurko ze stacjonarnym komputerem, klawiaturą i myszką. Laptop mnie ogranicza wzrokowo – muszę już mieć duży ekran i krople do oczu pod ręką:)

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Na szczęście są już wersje elektroniczne słowników narodowych, choć czasem korzystam też ze specjalistycznych polskich na papierze.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Informacje najpierw sprawdzam w sieci – bo wygodniej z tego samego fotela. Wikipedię traktuję bardzo nieufnie, zwykle sprawdzam dane hasło w wielu wersjach językowych, a potem weryfikuję w innych wiarygodnych materiałach w sieci. Oprócz tego są znajomi, przyjaciele i członkowie rodziny, którzy często są kopalnią wiedzy. Narodowa lub Uniwersytecka (albo inne) są ostatnimi deskami ratunku przy poszukiwaniu cytatów.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Na ogół całkowicie się nie blokuję. Bywa, że mam gorszy dzień – z mniejszym „urobkiem” stron albo jakościowo nieudanym tekstem. Wtedy bywa różnie – albo wracam i poprawiam następnego dnia, albo zostawiam i zapamiętuję miejsce, by poprawić po przetłumaczeniu całości, przy ostatecznej autoredakcji.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Mam doradzić? No to radzę: rób, jak uważasz. Ze mną zwykle jest tak, że kiedy dostaję propozycję przetłumaczenia książki, czytam recenzje, o autorze (jeżeli nieznany) i zaglądam do tekstu (jeżeli zostanie przesłany wraz z propozycją, albo szukam fragmentów na stronie wydawnictwa), głównie po to, żeby się zorientować, jakim językiem jest napisany (dobrym, ciekawym czy takim sobie). Raczej nie czytam całości, daję się zaskoczyć treści, inaczej proces tłumaczenia ograniczałby się do warsztatu i przypominał pracę etatową. Ciekawość tego, co jest na następnej stronie, to takie uczucie jakie miewam w górach, gdy z wierzchołka spoglądam na kolejny, już się zastanawiając, co się za nim kryje.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Może sam moment, kiedy pojawia się propozycja? Może pierwsze przełożone zdania? Albo rozwiązanie jakiegoś szczególnie trudnego problemu, jakieś Eureka!? Czasem też, przy szczególnie długich tekstach, świadomość, że się skończyło tłumaczyć i można się zabrać za czyszczenie i redagowanie.

A najmniej fajny?

To zawsze moment oddawania przekładu do wydawnictwa. Przecież tekst zawsze można jeszcze samodzielnie ulepszyć…

Redaktor to…?

Najczęściej przyjaciel i pomocnik, z którym wspólnie cyzelujemy ostateczny kształt książki. Na ogół miałam szczęście do mądrych i wymagających redaktorek, choć – podkreślę – na ogół. Zwykle jestem wdzięczna za wyłapanie w tekście usterek – tłumacz nie maszyna ani  żaden wszechwiedzący Bóg i czasami coś mu umknie. Zawsze warto, żeby tekst krytycznie przeczytał ktoś „z zewnątrz”.

Od kogo uczysz się przekładu?

To trudne pytanie dla osoby w moim wieku:) Mnie nikt nigdy nie oferował nauki przekładu. Nie było translatoriów. W zamierzchłej przeszłości koleżanka polonistka zredagowała w mojej obecności jedną stronę z pierwszej tłumaczonej przez mnie książki. Bolało! Teraz chyba przede wszystkim uczę się od redaktorek. Zazwyczaj wypisuję sobie ich uwagi i przy następnym tekście staram się unikać tych błędów. Jeżeli czytam książki w przekładzie, to na ogół z wyczuleniem na jakość tłumaczenia. Z definicji nie czytam przekładów koleżanek tłumaczących z norweskiego, chyba że mnie o to poproszą:) Dla tłumacza ważna jest piękna polszczyzna, tej uczę się od najlepszych stylistów – Myśliwskiego, Tokarczuk, Dehnela, Kuczoka…

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

A muszę coś mówić? Mam się wymądrzać? Mając świadomość własnych niedostatków? No to może właśnie to – by mieli świadomość własnych niedostatków i chęć ciągłego doskonalenia siebie, warsztatu, języka docelowego, wiedzy o języku wyjściowym i kulturze, którą przenoszą na polski grunt. I żeby się nie spieszyli, bo pośpiech w tłumaczeniu jest zabójczy. Starszym wolałabym się nie narzucać ze swoim zdaniem. Ale ponieważ należę już do starszych, mogę sobie szeptem na ucho napomknąć o niebezpieczeństwach popadania w rutynę.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

No cóż… raczej wątpię, by jakikolwiek minister kultury zechciał mnie słuchać. Gdyby jednak kiedyś stał się cud… Może to, by zwołał naradę podmiotów reprezentujących rynek książki (fuj, jak to brzmi!) i nie wypuszczał ich z sali obrad, póki nie uzgodnią powszechnie obowiązującej ramowej umowy na przekład, która wzorem norweskiej uwzględniałaby prawa i interesy, a nie tylko obowiązki tłumaczy, a także by patronował negocjacjom między organizacjami wydawców a organizacjami tłumaczy w kwestii ustalania stawek. Organizacje tłumaczy nie są u nas, w przeciwieństwie do Norwegii, traktowane jak związki zawodowe i nie negocjują tzw. umów taryfowych, a jakaś ujednolicona norma powinna istnieć.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Mocna herbata (czasy kawy się skończyły), poczucie obowiązku i – jak wspomniałam – ciekawość, co będzie dalej.

Kot czy gekon? Jakie istoty Cię w niej wspierają?

Hm… najbardziej mąż, który pilnuje, żebym jadła i piła podczas tłumaczenia, a także interweniuje, kiedy przyjaciel komputer ma dość moich niezrozumiałych komend i pokazuje swoje mroczne oblicze. Z oddali kibicują rodzina i przyjaciele. Psy ograniczają się do nieprzeszkadzania. I przegoniły wszystkie koty i gekony. Myszy też.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Dwa archiwizuję na zgubę potomków. Resztę rozdaję wedle zainteresowań krewnym i przyjaciołom.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Jestem kobietą bez zasad… tłumackiego BHP. Jak tłumaczę, to na umór. Żyję książką i w książce. Dom zarasta. Mąż i psy głodują. Mnie po prostu nie ma. No, może przesadzam. Funkcjonuję, ale na pół gwizdka. I póki nie skończę, nie potrafię się relaksować.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Właściwie z każdą tłumaczoną książką wiążą się jakieś historie albo przeżycia. Czasami bywa to świetny kontakt z autorem, najpierw korespondencyjny, potem osobisty, takie porozumienie jak z przyjacielem. Czasami są to perypetie ze znalezieniem jakiejś specjalistycznej polskiej nazwy. Obecnie tłumacz nie musi się czuć jak odkrywca nieznanych lądów. Wrzuca hasło w wyszukiwarkę i klika. Przed dobą Internetu dotarcie do wielu informacji wymagało czasu i pomysłowości. Pamiętam, że przy tłumaczeniu Psalmu u kresu podróży Erika Fosnesa Hansena wydzwaniałam m.in. do Związku Lutników Polskich, żeby się upewnić co do terminologii, wreszcie pofatygowałam się tam osobiście. Pierwsza sieć telefonii komórkowej pojawiła się u nas w październiku 1996 roku. Wtedy też wysiadywałam po bibliotekach, tym bardziej, że ta erudycyjna proza o członkach fikcyjnej orkiestry na „Titaniku” roiła się od specjalistycznych informacji. To mi przypomina, że na sierpień 1996 roku, kiedy kończyłam tłumaczenie, przypadła kolejna próba podnoszenia wraku – nieudana. Kadłub ponownie osiadł na dnie niemal jednocześnie z pracą nad końcowymi stronami przekładu. Przy okazji wyszło na jaw, że w moim domowym zbiorze nut wszelakich na fortepian (bo kiedyś grałam) znajduje się przedwojenny oryginał utworu wykonywanego na „Titaniku” rzekomo jako ostatni. Z tą książką wiąże się jeszcze jedna, tym razem smutna historia. Otóż powieść miała swoją promocję w Klubie Księgarza w 1997 roku. Fragmenty tekstu czytał Krzysztof Kolberger. Mąż nagrywał spotkanie na wideo. Na przełomie 2010 i 2011 roku porządkowaliśmy stare taśmy DVD i mąż robił z nich kopie cyfrowe. Przy okazji odtworzyliśmy sobie nagranie tej pierwszej promocji w mojej karierze tłumaczki i wsłuchaliśmy się w aksamitny głos aktora. Cztery dni później media podały informację o jego odejściu…

Twoje ważne książki?

Każda. Każda na swój sposób. Nie potrafię podać wybranych tytułów i autorów. Są książki ważne zawodowo, te muszę mieć. Są książki z ważną treścią albo pięknie wydane, te chcę mieć. Każdy pretekst jest dobry, by ściągnąć książki do domu i się nimi otoczyć, by o każdej porze móc wracać do ulubionych, przeglądać niczym liczykrupa swoje skarby, ustawiać, przestawiać, zerkać między okładki, czuć pod palcami gładkość bądź szorstkość papieru, cieszyć oczy pięknem ilustracji lub odległą w czasie datą wydania, niekiedy z poplamionych i postrzępionych egzemplarzy czytać ich pogmatwane losy. Nie ma książek nieważnych.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Ten najgrubszy – ponad półtora kilo wagi:) No, może za całe półtora kilo nie ponoszę odpowiedzialności, bo jest to antologia i „inni tłumacze byli tam czynni”. Mówiąc jednak serio – znów nie potrafiłabym podać jednego tytułu. Może więc zaproponuję ten, który się dopiero ukaże w Wydawnictwie Literackim? Osaczenie Carla Frodego Tillera?

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Ostatnie półtora roku było bardzo pracowite i teraz powoli ukazują się owoce tego wysiłku. W marcu wyszła wspomniana antologia Droga na Północ, zaraz po niej Naśladowcy Ingara Johnsruda, w połowie kwietnia – Sowietstany Eriki Fatland, a na swoją kolejkę czeka Tiller. W tej chwili staram się zregenerować zwoje w ramach BHP:)