Aktualności

Październikowym tłumaczem miesiąca został Jakub Michalski (zob. profil), absolwent filologii angielskiej na Uniwersytecie Łódzkim (specjalizacja: przekład literacki). Radomszczanin, od 18 lat dzielący życie między Łódź i Radomsko. Literaturę tłumaczy od 2012 roku. Do tej pory zajmował się głównie biografiami muzyków, ale w ostatnich latach dąży do poszerzenia specjalizacji. Twórca muzycznych audycji radiowych (dawniej Studenckie Radio Żak Politechniki Łódzkiej, obecnie RockSerwis FM), autor bloga muzycznego (zob. poprzednie).

Na początek o początkach.

Chyba na trzecim roku studiów zacząłem chodzić na spotkania reaktywowanego koła studenckiego, które zajmowało się właśnie przekładem literackim. Analizowaliśmy przekłady, przygotowywaliśmy własne, panowała dość luźna atmosfera, towarzystwo było zacne, więc mi się spodobało. Przez dłuższy czas skupialiśmy się na polskim fantasy i science fiction. Wymyśliliśmy, że wydamy te opowiadania w tłumaczeniach na angielski w formie antologii. Zdobyliśmy stosowne pozwolenia – nawet o dziwo od Andrzeja Sapkowskiego – ale ostatecznie i tak się to jakoś „rozlazło” i nigdy tego nie wydaliśmy, mimo ze wszystkie teksty były już gotowe. Chyba poszło o dofinansowanie, ale mogę się mylić. Trochę szkoda, ale i tak utwierdziło mnie to w przekonaniu, że chciałbym zajmować się przekładem. Po studiach najpierw pracowałem kilka lat w szkole językowej, ale to była sytuacja mocno przejściowa, bo nigdy nie chciałem być nauczycielem. Jakieś pięć lat po studiach udało się w końcu dostać pierwszą ofertę książkową. Wyszło trochę przypadkowo. Znajomi z polskiego fanklubu pewnego zespołu współpracowali z wydawnictwem przy poprzedniej książce o tym zespole wydawanej przez to wydawnictwo. Jedna z osób wspomniała im, że jestem fanem tego zespołu, a przy okazji tłumaczem z wykształcenia. Skontaktowałem się z nimi, wysłałem im CV, o dziwo – mimo w zasadzie zerowego doświadczenia zawodowego – uznali, że warto dać mi szansę. I tak to się już toczy od nieco ponad ośmiu lat. Niestety zostałem trochę zaszufladkowany jako gość od tłumaczenia muzycznych biografii, ale staram się ostatnimi czasy udowodnić, że radzę sobie też z tekstami z innych dziedzin.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Funkcjonuję w trybie mocno nocnym od czasów studiów, co ma też związek z oglądaniem od wielu lat meczów NBA. Chodzę spać około 3-4 (czasem później), wstaję w „godzinach dwucyfrowych”. To oczywiście dość mocno wpływa na system pracy. Przy swoich pierwszych książkach pracowałem najczęściej późnym wieczorem i nocą. Nikt nie zawracał głowy, nikt nic nie chciał, w telewizji – poza ewentualnie meczem wspomnianej NBA – nie było raczej nic ciekawego. Można było w spokoju pracować. Ale jakiś czas temu jednak dotarło do mnie, że noc bardziej nadaje się na granie w Cywilizację albo na oglądanie od nowa wszystkich odcinków Przystanku Alaska, niż na pracę, więc ostatnie książki robię raczej na zmianę popołudniową – od 12/13 do 17/18, w zależności od potrzeb. Choć od czasu do czasu zmiany nocne praktykuję.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Tylko biurko. Nie jestem w stanie pracować na leżąco. Ewentualnie mogę sczytywać książkę na kanapie od czasu do czasu, żeby nie tkwić w jednej pozycji, ale tłumaczenie w pozycji innej niż przy biurku absolutnie odpada.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Przy pierwszych książkach, 8 lat temu, korzystałem jeszcze całkiem sporo z papierowego słownika poprawnej polszczyzny i ze słownika synonimów, ale obecnie – bądźmy szczerzy – wszystko to znajdę dużo szybciej w internecie, nie wstając od biurka. Jako zdecydowany zwolennik książek drukowanych powinienem się pewnie wstydzić, ale fakty są, jakie są. Ale jestem jeszcze zdecydowanie z pokolenia, które potrafiło posługiwać się papierowymi słownikami. Obecnie jest to chyba coraz rzadsza umiejętność wśród uczniów i studentów.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Nie znoszę jakichkolwiek miejsc publicznych, stąd i bibliotek unikam jak ognia i korzystam w ostateczności, gdy wyczerpią się możliwości dotarcia do czegoś bez bezpośredniej rozmowy z obcym człowiekiem i wypełniania papierków. Na szczęście mam znajomych w bardzo wielu miejscach Polski i czasem, gdy okazuje się, że potrzebna mi książka znajduje się w bibliotece miejskiej albo uczelnianej gdzieś na drugim końcu kraju, mogę posłać do boju kogoś z tamtejszych znajomych, żeby skserował kluczowy fragment. Wikipedia natomiast jest dobrym pierwszym źródłem, zwłaszcza jeśli to samo hasło jest dostępne zarówno po angielsku, jak i po polsku, ale oczywiście wszystko i tak trzeba weryfikować w nieco pewniejszych źródłach. Zazwyczaj zostawiam to na koniec, żeby nie wybijać się z rytmu przy tłumaczeniu. Często źródłem informacji są znajomi, którzy akurat się znają na danej dziedzinie (pozdrawiam np. kumpelę jeżdżącą na desce, która służyła fachowym spojrzeniem na kilka zwrotów związanych z tym właśnie sportem).

Kiedy się zablokujesz, to…?

Zaznaczam problematyczny fragment i idę dalej, a wracam do wszystkich tych zaznaczonych miejsc na sam koniec. Nie chcę wypadać z rytmu, a często okazuje się, że dwa czy trzy tygodnie później miejsca, których wcześniej nie mogłem rozgryźć, nagle nie stanowią już żadnego problemu. Czasami konsultuję się na bieżąco z dwiema członkiniami STL-u, które znam od miliona lat (pozdrawiam machaniem). Często od razu wpadają na oczywiste, wydawałoby się, rozwiązania, które mnie do głowy nie przyszły.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

To zapewne zależy od rodzaju tłumaczonej literatury. Akurat taki typ książek, które ja do tej pory tłumaczyłem, nie wymaga dobrej znajomości treści. Przeglądam pobieżnie przed podjęciem decyzji, żeby zorientować się, z jakim rodzajem języka będę miał do czynienia. Raz zdarzyło mi się bardzo żałować, że przyjąłem zlecenie. Książka bardzo w mojej tematyce, ale napisana koszmarnie. Ale w sumie byłem wtedy w takiej sytuacji, że i tak nie za bardzo mogłem wybrzydzać, więc pewnie i tak bym ją wziął, nawet gdybym wiedział, na jakie męczarnie się wystawiam.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Moment wejścia w odpowiedni rytm, po którym pracuję trochę jak na autopilocie i nie zauważam nawet, kiedy zlatują kolejne strony. Podobnie mam z bieganiem. Pierwsze 3-4 kilometry idą opornie, jest nudno i myślę tylko, ile jeszcze do końca, a potem już się o tym nie myśli, tylko połyka się kolejne kilometry i to w coraz lepszym tempie.

A najmniej fajny?

Nie znoszę wszelkich „dogrywek”, kiedy już po skończonym tłumaczeniu, po akceptacji zmian itd. dostaję jeszcze a to podpisy wkładek ze zdjęciami, a to teksty okładkowe. Wiem, że to też nasza robota, ale wolałbym dostawać je od razu, a nie miesiąc czy dwa po skończeniu pracy. A już najbardziej nienawidzę zmian w oryginale w ostatniej chwili, zazwyczaj jeszcze źle oznaczonych. To oczywiście dotyczy książek, które w polskiej wersji ukazują się w podobnym terminie, co po angielsku, więc to, co ja dostaję na początku pracy, jest często wersją niby skończoną, ale jeszcze bez właśnie takich rzeczy jak wkładka ze zdjęciami czy teksty biograficzne albo przedsłowie.

Redaktor to…?

Pas bezpieczeństwa. Oczywiście, jak każdy pewnie, byłem w szoku, gdy zobaczyłem mnóstwo zmian w mojej pierwszej książce. W ostatnich jest ich o wiele mniej, więc albo ja się uczę, albo trafiam na bardziej wyrozumiałych redaktorów 🙂 Próbuję się od każdego z nich przy okazji kolejnych książek czegoś uczyć, choć bądźmy szczerzy – często bardzo szybko zmienia się to w masowe akceptowanie drobnych poprawek językowych, bo często jest tak, że wydawnictwo chciałoby dostać tekst po akcepcie za kilka dni. Więc najwięcej jednak korzystam, dopytując o konkretne rzeczy znajomych specjalistów od języka (ponownie pozdrawiam machaniem). Generalnie zazwyczaj nie dyskutuję w sprawach czysto językowych, wychodzę z założenia, że to redaktor jest specjalistą. Ale zdarzyło mi się kilka razy buntować, kiedy sygnały od redaktora były sprzeczne z wytycznymi wydawnictwa, kiedy redaktor próbował włożyć w usta autora książki jakieś słowo, którego szczerze w polskim języku nie znoszę (a ma mnóstwo synonimów, które nie kaleczą moich uszu – ostatni przykład: „dżaga”), albo gdy czułem, że redaktor traktuje czytelników jak idiotów i chce wyjaśniać w przypisach, kim są największe legendy branży, której dotyczy książka (fanom muzyki rockowej, którzy czytają biografię pewnego legendarnego rockowego muzyka, naprawdę nie trzeba tłumaczyć, że Brian May jest gitarzystą Queen. „Oni to wiedzą, Kocie”).

Od kogo uczysz się przekładu?

To ten etap, kiedy – czytając jakąś tłumaczoną na nasz język książkę – wytykam błędy tłumaczowi i myślę, jak sam bym to zrobił. A czasem zauważam jakieś dobre rozwiązanie i zastanawiam się, czy ja bym na to wpadł. Zdecydowanie lepiej wychodzi mi nauka w trybie praktyki niż teorii.

Co powiedziałbyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym – żeby szukali innej pracy, bo jest nas zbyt wiele 😉 A tak poważnie, no niestety, trzeba się przygotować na to, że na początku wiele zależy od szczęścia i od tego, czy zna się kogoś, kto poleci albo da szansę. Potem już jakoś najczęściej się kręci – lepiej lub gorzej. Ale warto pracować nad systematycznością, no i przede wszystkim mieć w sobie to coś, co pozwala na pracę w domu bez nadzoru szefa i to często w tym samym pomieszczeniu, w którym się śpi i je. Nie wszyscy tak potrafią, co pokazały ostatnie miesiące. Dość często słyszałem pytanie: „Jakim cudem ty tak wytrzymujesz?”. A starszym? A co ktoś z tak marnym jak mój dorobkiem i doświadczeniem może mówić starszym? Hmm… „dzień dobry”? 🙂

A co powiedziałbyś ministrowi kultury?

W tym kraju nie ma ministra kultury.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Jeśli chodzi o wspomagacze, to głównie kawa. Co ciekawe, przez 29 lat życia kawy prawie nie piłem. Zacząłem dopiero, gdy zostałem tłumaczem. Obecnie nie siadam do roboty bez kawy. Trudne dni wymagają dwóch, zwłaszcza że jestem meteopatą i każdy zbliżający się deszcz skutecznie mnie usypia, a zmiana kierunku wiatru to bankowy ból głowy. No i obowiązkowo muzyka. Może jej nie być przez kilkadziesiąt minut, ale na dłuższą metę muszę jednak coś włączyć w tle. Ale musi to być coś po angielsku (lub po szwedzku czy norwesku, bo słucham wielu zespołów ze Skandynawii) albo instrumentalnego, bo jak tylko włączam cokolwiek po polsku, to równie dobrze mógłby mi ktoś stać nad głową i cały czas gadać prosto do ucha.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Kot… ów siedem. Ale nie mieszkają w domu. Przychodzą na jedzenie, wylegują się na tarasie albo parapecie. Więc żaden nie kręci się w trakcie pracy pod nogami, nie wchodzi na klawiaturę i nie zasłania ekranu, za to kiedy robię przerwę i potrzebuję się odstresować, najczęściej trafi się w ogródku jakieś mruczące futro do głaskania. A, no i jest jeszcze od prawie 25 lat żółw, ale on pół roku spędza w oczku wodnym na dworze, a drugie pół w akwarium, więc interakcja jest ograniczona.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden zatrzymuję, inne czasem komuś daję, a czasem przeznaczam na konkursy w moich audycjach, jeśli akurat jest to książka muzyczna. Zdarza mi się podrzucić coś na aukcje charytatywne organizowane przez znajomych.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Biegam. Zacząłem 10 lat temu. Na początku, po kilku latach bez uprawiania sportu, dusiłem się i umierałem po 2-3 kilometrach, obecnie zaliczam „dyszki” bez większej zadyszki 😉 Nie dość, że pozwala to zachować jako taką formę fizyczną, to i psychicznie czuję się po bieganiu dużo lepiej. Lubię też wyskoczyć na spacer po mieście późnym wieczorem albo w nocy. System pracy, który pozwala nie zwariować, dostosowuję do książki i czasu, który na nią mam. Jeśli tylko mam taką możliwość, staram się nie przemęczać, żeby nie znienawidzić książki, choć raz zdarzyło się, że termin gonił mnie mocno i pracowałem przez pięć tygodni dzień w dzień. Dodatkowo mam dziwną przypadłość – relaksuje mnie układanie playlist moich audycji 🙂 Jestem wręcz od tego uzależniony.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Chyba na razie nic ciekawego nie mam tu do napisania, jeśli nie liczyć żenującej wpadki z wzięciem „recordera” za magnetofon – a nie flet – w jednej z pierwszych książek. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, ani jak nikt po drodze tego nie wyłapał (wraz z redaktorką naprostowaliśmy mnóstwo wtop autora, ale tego – jak wiadomo – nikt nie zauważy). Dostało mi się za to w internecie od pewnego czytelnika, który… jest w zasadzie moim znajomym (a przynajmniej dobrym znajomym dobrych znajomych) i nie wiedział, że to ja tłumaczyłem.

Ważne dla ciebie książki?

Dużo łatwiej byłoby odpowiedzieć na pytanie o ważne dla mnie płyty. Mógłbym z marszu napisać esej. Nie będę udawał fana literatury z najwyższej półki, który zachwyca się wspaniałymi, znanymi nielicznym autorami, a na dobranoc czyta traktaty filozoficzne. Książkę traktuję głównie jako rozrywkę. Z czasów młodości najprzyjemniej wspominam Mistrza i Małgorzatę – z klasyki najczęściej wracam właśnie do tej książki, choć obecnie chyba przyznawanie się do tego jest obciachem, bo internet od jakiegoś czasu na zmianę atakuje 2-3 cytatami z MiM, co sprawia wrażenie, jakby w tej książce niczego więcej nie było poza tekstem o spirytusie. Jestem wielkim fanem kryminałów Agathy Christie, uwielbiam poczucie humoru Pratchetta, bardzo lubię Orwella czy Huxleya, choć często złoszczę się, czytając tego typu historie, no i High Fidelity Nicka Hornby’ego, bo to trochę o mnie. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że jakaś konkretna książka miała wielki wpływ na moje życie i odmieniła je jakoś dramatycznie. Tu jednak bardziej Dark Side of the Moon, Rumours, Appetite for Destruction

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Taki chyba jeszcze nie powstał. Choć mam wrażenie, że obecnie tłumaczona książka to coś, co może być interesujące dla dużo szerszej grupy odbiorców niż te wcześniejsze, nastawione raczej na fanów danego wykonawcy czy dyscypliny sportowej.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

We wrześniu wychodzi autobiografia Adriana Smitha – gitarzysty Iron Maiden. Nie jest to jednak typowa książka o gwieździe rocka, bo w zasadzie jakieś 80% treści to przygody wędkarskie Adriana, a jedynie gdzieś na drugim planie przewijają się anegdoty z tras koncertowych czy studiów nagraniowych. Natomiast obecnie siedzę przy wspomnianej w poprzedniej odpowiedzi książce opowiadającej historię pewnej znanej firmy azjatyckiej produkującej bardzo różne rzeczy. Niby nie moja działka, ale okazało się, że to całkiem ciekawa lektura, nie tylko dla maniaków nowych technologii, ale także dla tych, którzy chcieliby się co nieco dowiedzieć o pewnych korporacyjnych i kulturowych zwyczajach w tamtych rejonach. Premiera pewnie jakoś pod koniec roku.