Aktualności

Marcową tłumaczką miesiąca STL została Kamila Jansen (zob. profil) –
absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej oraz Podyplomowego Studium dla Tłumaczy Literackich i Audiowizualnych Lingwistycznej Szkoły Wyższej w Warszawie. Tłumacz przede wszystkim z zamiłowania. Jest autorką polskich wersji filmów i seriali (głównie dokumentalnych), a także przekładów amerykańskich i brytyjskich sztuk teatralnych (zobacz poprzednie)

Na początek o początkach.

Na początku były tłumaczenia audiowizualne, to od nich wszystko się zaczęło. Trochę przypadkiem, jak to często bywa. Ktoś mnie polecił komuś w zaprzyjaźnionym studiu nagrań, które akurat szukało tłumaczy. Po kilku latach współpracy pomyślałam, że skoro tłumaczenie dialogów tak dobrze mi idzie, a jestem przecież z wykształcenia teatrologiem, to właściwie czemu nie dramaty? I wtedy moja przygoda z przekładem zaczęła się na dobre. Teraz to już praktycznie uzależnienie.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Ze względu na pracę etatową tłumaczę trochę w czasie ukradzionym, czyli kiedy tylko mogę. Nie zawsze mam wybór: noc czy dzień. Gdybym miała, to zdecydowanie wolałabym dzień. Jestem skowronkiem, najlepiej myśli mi się przed południem, późnym wieczorem zwykle jestem nie do życia. Ale może to dlatego, że rano trzeba wstać do pracy skoro świt. Przy tłumaczeniu dramatów mam pewną dowolność, nie gonią mnie terminy. Wyjątkiem była „Casa Valentina” Harveya Fiersteina, którą tłumaczyłam na zamówienie. Poznałam wtedy znaczenie słowa deadline.


Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Biurko. Marzy mi się wielkie, ciężkie biurko z prawdziwego zdarzenia, na którym można porozkładać wszystko, co potrzebne do pracy. Na szczęście nie mam na nie miejsca, więc praktykuję minimalizm. Zdarzało mi się lądować z komputerem na kanapie, a nawet w łóżku, ale jednak sporadycznie.


Słownik elektroniczny czy papierowy?

Teraz już najczęściej elektroniczny, choć papierowe czasami przychodzą z nieodzowną pomocą, kiedy nie mogę czegoś znaleźć albo wpaść na właściwe słowo. Korzystam tak naprawdę z czego się da.


Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Wikipedia. Generalnie Internet. Szalenie ułatwia i przyspiesza pracę. A rolę Narodowej pełni z powodzeniem nieocenione Forum Tłumaczy Literatury. Podejrzewam jednak, że pewnego dnia przyjdzie moment, kiedy trzeba się będzie pofatygować i do Narodowej.


Kiedy się zablokujesz, to…?

Zaznaczam miejsce w tekście i jadę dalej, a potem do niego wracam. Kiedy się całkiem zablokuję, to robię przerwę, żeby dać głowie odetchnąć.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Czytać albo nie czytać, jak kto woli. Rozumiem kolegów, którzy nie czytają, bo lubią niespodzianki, ale ja bym jednak wolała przeczytać. Raz mi się zdarzyło nie przeczytać całości tekstu przed przekładem, ale doczytałam do końca w trakcie pracy. Nie wiem, czy to się liczy. Ponieważ jednak tłumaczę te teksty, które z jakichś względów mnie zainteresowały, to tak naprawdę nie mam tego dylematu.


Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Kiedy nagle zaczyna „klikać” – wgryzam się w tekst na tyle, że praca zaczyna płynąć. Słyszę, z jaką intonacją mówią postaci i widzę, jak się poruszają. Zwykle wyobrażam sobie jakiegoś aktora czy aktorkę w danej roli, co bardzo ułatwia pracę, a czasami wręcz popycha ją do przodu.


A najmniej fajny?

Sczytywanie. Nie cierpię tego! Wydaje mi się wtedy, że wszystko jest źle, zdania brzmią koślawo i nienaturalnie. Zawsze bardzo dużo czasu poświęcam na szlifowanie wersji ostatecznej (zwykle jest tych wersji bardzo dużo), zanim jestem zadowolona z efektu końcowego. Czytam wiele razy wszystkie kwestie, przestawiam szyk, zmieniam, poprawiam. Ufff… strasznie żmudna robota.


Redaktor to…?

Zdarzyło mi się pracować z redaktorem tylko przy okazji współpracy z jednym ze studiów nagrań, dla którego przygotowywałam polskie wersje filmów. Bardzo sobie wtedy tę współpracę ceniłam i dużo się dzięki niej nauczyłam. Tłumaczenia audiowizualne to jednak trochę inna para kaloszy, chodzi w nich przede wszystkim o skróty.

Od kogo uczysz się przekładu?

Moim pierwszym mistrzem był zmarły rok temu Marek Cegieła, który prowadził warsztaty z przekładu literackiego przy Stowarzyszeniu Tłumaczy Polskich. Uczęszczałam na nie przez parę lat. Marek uczył nas unikania wielu błędów, bo głównie na błędach się uczyliśmy. Potem było studium z przekładu literackiego i audiowizualnego w Lingwistycznej Szkole Wyższej i genialne zajęcia z Adamem Wiedemannem. Ich efektem była publikacja minipowieści Gertrudy Stein „Krew na posadzce jadalni” w „Literaturze na Świecie”. Kosztował nas ten grupowy przekład krew, pot i łzy, ale to była bardzo dobra lekcja na początek drogi zawodowej. Zdarzyło mi się też uczestniczyć w warsztatach z przekładu dramatu anglojęzycznego, które prowadziła Małgorzata Semil, niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie. Fantastyczne doświadczenie! Starałam się zawsze korzystać z wszelkich możliwych okazji, żeby czerpać z wiedzy mądrzejszych od siebie. Teraz uczę się przede wszystkim od innych tłumaczy, czytając ich przekłady, także od kolegów i koleżanek ze Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, śledząc burze mózgów na wspominanym forum.


Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?


Młodszym, żeby się nie zniechęcali. Ja na swój „debiut sceniczny” czekałam wiele lat, ale byłam zdeterminowana. I że trzeba być pasjonatem, żeby to robić; żeby jak najwięcej czytali i korzystali ze wszystkich możliwych okazji, by się w tej dziedzinie dokształcać, podglądać warsztat doświadczonych mistrzów, czerpać z ich wiedzy. Ja miałam to szczęście i bardzo to doceniam. A starszym – podziękowałabym za przecieranie szlaków, wyznaczanie wzorców, inspirowanie i za podniesioną wysoko poprzeczkę.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Hm… raczej nie miałabym mu wiele do powiedzenia.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Filiżanka kawy i hektolitry herbaty. Od jakiegoś czasu też chadzam na siłownię (zalecenie lekarskie), choć niezbyt regularnie. To dopiero daje power!

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mój chłopak, który też jest tłumaczem. To pierwszy czytelnik, redaktor i recenzent moich przekładów. Często surowy, ale zazwyczaj ma rację, więc jego krytyczne uwagi tylko służą tekstom. Zawsze też miałam wsparcie przyjaciół, którzy we mnie wierzyli, trzymali kciuki, doradzali i popychali do pracy. Bez niektórych z nich pewnie dziś nie mogłabym się nazwać tłumaczką.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

O siłowni już było. Pomagają też spacery i muzyka. Zwykle mnie zbyt angażuje, więc przy samym tłumaczeniu niekoniecznie, ale w przerwach już bardzo. Od czasu do czasu muszę też potańczyć i/albo pójść na koncert – wszystko jedno, czy do filharmonii, czy do klubu – chodzi po prostu o muzykę na żywo.


Ważne dla ciebie książki?

Ojej… strasznie trudno wybrać. Dosyć wcześnie zaczęłam czytać „poważne” książki, nie przeszłam praktycznie w ogóle przez etap „dziewczyński” (może z wyjątkiem „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz), zamiast tego w okresie nastolęctwa czytałam Kafkę, Camusa i Dostojewskiego. Moja mama była polonistką w szkole średniej, dom był zawsze pełen książek. To mnie na pewno w dużej mierze ukształtowało. Pierwszą ważną książką był „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Miałam wtedy chyba z czternaście lat. Trudno potem wrócić do „Ani z Zielonego Wzgórza”…

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Sztukę „Bea” Micka Gordona. Zakochałam się w tym tekście jeszcze zanim go przeczytałam i znałam jedynie z doniesień. To mój ulubiony gatunek, czyli tragikomedia. Temat poważny, a nawet ciężki, ale podany w lekkiej, dowcipnej formie. A na końcu wszyscy płaczą. Trudno trafić na utwory, które by jednocześnie bawiły i zarazem tak bardzo poruszały, a „Bea” to wszystko ma. Praca nad przekładem była dla mnie wielkim wyzwaniem, miałam trudność zwłaszcza ze sposobem mówienia jednej z postaci. Nie brak też w tekście gier słownych. „Bea” czekała na polską prapremierę wiele lat, ale się doczekała. Obecnie można ją zobaczyć na scenie Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, w reżyserii Andrzeja Bubienia i wspaniałej obsadzie. Jestem przeszczęśliwa, bo to wspaniały, bardzo poruszający spektakl. Chwalą go zarówno widzowie, jak i recenzenci, co nie jest takie znowu częste. Wcześniej się trochę obawiałam, że nie istnieje aktorka, która mogłaby zagrać rolę tytułową, a tymczasem Ola Bogulewska zrobiła to fenomenalnie. Wyciska widzom łzy z oczu. Jest naprawdę cudowna.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Kilka ciekawych tekstów czeka na przychylnych reżyserów i dyrektorów teatrów. Niektóre z nich wzbudziły zainteresowanie, ale teatr to potężna machina – wszystko bardzo długo trwa, plany repertuarowe zwykle wybiegają na kilka lat w przód. Potrzeba w tej branży cierpliwości, więc cierpliwie czekam. Właśnie skończyłam pracę nad sztuką o oszustce, podającej się za lekarkę, która stosuje terapię głodówką. Niestety zdarza się, że pacjenci umierają. To postać autentyczna, a rzecz dzieje się na początku ubiegłego stulecia. Ludzie zawsze są skłonni zawierzyć teoriom niepopartym naukowo, jak dzisiaj np. antyszczepionkowcy. Dlatego też ten tekst wydał mi się aktualny. Ma dosyć mroczny klimat. Bardzo mi zależało, żeby oddać ten mrok i atmosferę grozy w przekładzie. Mam nadzieję, że się udało.