Aktualności

Sierpniowym tłumaczem miesiąca jest Rafał Lisowski (zobacz profil), absolwent Instytutu Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego, tłumacz prozy literackiej, literatury popularnej, książek dla młodzieży, thrillerów, kryminałów, fantasy i literatury faktu. Ma na koncie około 60 przekładów. Od 2017 roku jest członkiem zarządu STL, w którym pełni funkcję skarbnika. (Zobacz poprzednie)

Na początek o początkach.
Zaczynałem na studiach, tłumacząc poradniki o odchudzaniu i wychowywaniu dzieci dla wydawnictwa, które książki wypuszczało bez redakcji, a swój model biznesowy opierało na niezorientowanych na rynku studentach, skłonnych pracować za kilkanaście złotych za stronę bez spacji (!). Nawet te kilkanaście lat temu to były psie pieniądze, ale ja nie miałem o tym pojęcia. Choćby dzięki temu dziś wiem, jak ważne jest pozyskiwanie wiedzy o naszym rynku, jeszcze zanim na niego wejdziemy. Po jakimś czasie postanowiłem „pójść w literaturę”, bo właśnie taka praca mi się marzyła; zrobiłem sobie listę wydawnictw, do których mógłbym się zwrócić, i miałem mnóstwo szczęścia, bo przygarnęło mnie już pierwsze, które poprosiłem o możliwość wykonania próbki: Albatros, z którym owocnie współpracuję do dziś. Jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę STL-owskiej reklamy, więcej opowiadam o tym w naszym poradniku „Miłe złego początki”.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Zawsze starałem się upodabniać swój harmonogram pracy do „dnia biurowego”, ale stwierdzam, że z wiekiem staje się to dla mnie jeszcze ważniejsze, bo coraz trudniej mi pracować wieczorami – choć oczywiście jeśli trzeba, to trzeba. W zasadzie niemal od początku pracy w zawodzie w pełnym wymiarze godzin święte są też dla mnie weekendy: jeśli mam czas, w sobotę i niedzielę pracuję lajtowo godzinkę, ale nigdy więcej, bo odpoczynek jest najważniejszy w każdym zawodzie, również naszym. Regularne „biurowe” godziny są istotne również ze względów rodzinnych: stałe funkcjonowanie z najbliższą osobą w dwóch różnych strefach czasowych byłoby koszmarem. Co oczywiście nie znaczy, że jeśli z tych czy innych względów w ciągu dnia nie wyrobię się z normą, nie dokończę jej wieczorem (o ile nie padnę). Na co dzień ogromnie mi tzw. system Pomodoro, który doskonale organizuje pracę.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Mam fazy i krążę między jednym a drugim. Posiadam i laptopa, i komputer stacjonarny (a cała praca zawsze jest zsynchronizowana na Dropboxie), więc mogę wybierać, gdzie wygodniej mi pracować danego dnia. Kilka miesięcy temu znów przeprosiłem się z biurkiem, ergonomicznym fotelem i podnóżkiem i pracuję przy takim stanowisku, ponieważ kanapa zaczynała na mnie działać dekoncentrująco. Nie wykluczam jednak, że za jakiś czas mi się zmieni. Latem lubię również pracować na balkonie, choć akurat w tym roku z zapałem neofity jestem wierny biurku. Tryb kanapa+laptop jest natomiast znacznie lepszy podczas autoredakcji.

Słownik elektroniczny czy papierowy?
Nad biurkiem mam trzy półki pełne słowników, ale sięgam po nie niezwykle rzadko – tylko wtedy, gdy nie wystarczają wersje elektroniczne. Przydają się zwłaszcza opasłe Wielki słownik ortograficzno-fleksyjny Wielki słownik poprawnej polszczyzny PWN. Kiedyś często korzystałem również ze Słownika dobrego stylu, ale dziś używam go rzadziej, odkąd polubiłem się z internetowym Narodowym Korpusem Języka Polskiego, gdzie mogę sobie wyszukać dowolne kolokacje. Zresztą NKJP często przydaje się również jako swoisty słownik poprawnej polszczyzny, by udowodnić nadgorliwemu redaktorowi, że z frazę, którą poprawił z preskryptywnym zapałem, znajdziemy u najwybitniejszych polskich pisarzy XIX, XX czy XXI wieku, więc skoro oni mogli, to my też. Nie pamiętam natomiast, kiedy ostatnio sięgnąłem po papierowy słownik języka angielskiego. Na komputerze korzystam oczywiście z żelaznego duetu Wielki słownik PWN-OxfordNowy słownik Fundacji Kościuszkowskiej, które częściej niż do sprawdzania nieznanych słów przydają się jako swego rodzaju słowniki synonimów i przyśpieszają myślenie nad właściwymi odpowiednikami słów, których jako takie znaczenie znam. W tym samym celu nieocenione są również internetowe Synonimy.pl. Ogólnie spokojnie mogę powiedzieć, że możliwość szybkiego wyszukiwania teoretycznie znanych sobie słów w celu znalezienia przekładowych inspiracji to największa zaleta elektronicznych słowników. W papierowych szkoda byłoby czasu na szukanie każdej drobnostki.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Po odpowiedzi na poprzednie pytanie pewnie nikogo nie zaskoczę, że moim obszarem poszukiwań wiedzy potrzebnej przy pracy zdecydowanie jest internet. Biblioteka – choć ostatnio chętniej ta na Koszykowej niż Narodowa – to oczywiście niezastąpione źródło potrzebnych cytatów, ale w codziennej pracy internet otwiera przed nami możliwości, bez których ja nie wyobrażam sobie pracy tłumacza. Zwykle wyszukuję informacji jednocześnie z tłumaczeniem. Bywa, że do przełożenia kilku słów otwieram trzydzieści różnych kart w przeglądarce, które potem trzeba mozolnie zamykać. Ponieważ tłumaczę zwykle albo literaturę popularną, albo taką traktującą o dobrze udokumentowanej rzeczywistości (najczęściej są to książki o Ameryce), zgrabnie sformułowane zapytanie Google’a pozwala na parę chwil się w nią zanurzyć, a potem wyłonić bogatszym o niezbędną wiedzę. Oczywiście wszystko ma swoje minusy: w tym przypadku największym jest to, że szybko zapominamy zdobytą w ten sposób wiedzę. To tłumacki odpowiednik studenckiego „zakuć–zaliczyć–zapomnieć”.

Kiedy się zablokujesz, to…?
Zdejmuję okulary i przecieram dłonią twarz – to taki podświadomy odruch. Nawet jeśli natchnienie nie przychodzi, zwykle staram się napisać cokolwiek, nieraz w kilku różnych wersjach oddzielonych ukośnikami, dodaję znak {?} ułatwiający późniejsze wyszukiwanie kłopotliwych fragmentów, zostawiam to w takiej wersji i idę dalej. Oczywiście nie poddaję się natychmiast, ale uważam, że nie warto zawieszać się na zbyt długo (a już na pewno zastanawiać się tak długo, aż w końcu się wymyśli), bo to strata czasu. Często bywa przecież tak, że później odpowiedź przychodzi sama i aż się dziwimy, że nie wpadliśmy na nią od razu. Czyli – nic na siłę. Choć oczywiście druga strona medalu jest taka, że nierozstrzygnięte znaki zapytania zostają na sam koniec i dla mnie to właśnie jest najbardziej wyczerpująca intelektualnie faza całego cyklu spędzonego z daną książką.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?
Po tylu odsłonach naszego cyklu odpowiedź „zasadniczo nie czytać” chyba już nie szokuję, więc i ja jej udzielę. Dziś wiem, że to na pewno kwestia indywidualna, zależna od naszego sposobu obcowania z tekstem. Ja jestem mało uważnym czytelnikiem, za to – tak mi się wydaje – bardzo uważnym tłumaczem, dlatego żeby naprawdę analitycznie wgryźć się w przekładany tekst, muszę zacząć na nim pracować. Tak samo ze znajdowaniem właściwego języka: to wychodzi dopiero w praniu, zwykle po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Nie bez kozery właśnie początkowe fazy książki podlegają u mnie najmocniejszej obróbce w autoredakcji: trzeba nanieść wszystko, co odkryłem podczas pisania reszty przekładu. Uważam, że nie do przecenienia jest czytelnicze zaskoczenie: być „jak zwykły czytelnik” można tylko raz, podczas pierwszej lektury, dlatego warto zarejestrować ten stan we wstępnej wersji tłumaczenia. A jeśli z perspektywy całej książki okaże się, że coś trzeba zmienić? No to się zmieni; po pisaniu surówki przychodzi przecież pracochłonny etap autoredakcji, podczas którego wiemy już wszystko nie tylko o samej książce, ale także – z autopsji – o tym, jak chcemy ją przełożyć. Jedno niezwykle ważne zastrzeżenie: takie podejście oczywiście wymaga ogromnej uwagi. Trzeba mieć pewność, że nie przepuści się żadnego elementu, który należy zmienić. I jak ze wszystkim w przekładzie, trzeba wiedzieć, kiedy odejść od przyjętych przez siebie reguł. Ja na przykład za kilka miesięcy zacznę tłumaczyć autobiografię transpłciowej artystki. Wiem, że najpierw muszę przeczytać ten tekst w całości, poznać ją, dowiedzieć, jak sama o sobie mówi, przemyśleć, jak mówiłaby po polsku, i oczywiście przedyskutować to z innymi osobami trans. Dopiero wtedy powinienem być gotów, żeby napisać pierwsze zdanie. A zatem – do każdego zadania trzeba dobrać odpowiednią metodę.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?
Bluzganie! Tłumaczenie książek to naprawdę wyborna wymówka, żeby sobie soczyście i kreatywnie poprzeklinać na piśmie. A mówiąc ogólniej: lubię tłumaczyć język żywy, dowcipny albo taki, który „coś robi” czytelnikowi. Najprzyjemniejsze jest właśnie to, gdy czuję, że „mam to”, że znalazłem właściwy język, postać ożywa na stronie a narrator zdobywa swój głos.

A najmniej fajny?
Kiedy ma się świadomość, że ile by się człowiek nad powyższym nie nabiedził, to i tak na nic, bo autor nie zadbał, żeby jego bohaterowie czy narrator w ogóle jakiś indywidualny głos mieli. Gdy trzeba prostować koślawe zdania z oryginału (a przede wszystkim koślawe myśli), szukać lekarstw na językowe (i – znów – myślowe) powtórzenia. Innymi słowy: kiedy nie opuszcza nas to megalomańskie, ale czasem nieuniknione poczucie, że potrafimy pisać lepiej niż nasz autor. Jest nieporównywalnie korzystniej, gdy autor swym talentem zostawia nas w tyle i cała praca polega na stałym usiłowaniu dotrzymania mu tempa.

Redaktor to…?
Partner na końcowym etapie pracy nad tekstem. Czasem wspaniały i niezastąpiony, czasem kłopotliwy, a czasem po prostu obecny. U redaktorów najbardziej cenię i podziwiam czujność, spostrzegawczość, analityczność. To, że potrafią dostrzec w tekście niespójności, niezręczności czy błędy (moje bądź autora), których sam w życiu bym nie wypatrzył, choćbym się nie wiem jak wytężył. Bywa, że ratują nam cztery litery od krępującej wpadki albo błyskotliwie ulepszają tekst. Choć oczywiście współpraca z pozbawionym polotu redaktorem może być drogą przez mękę, gdy czas korekty autorskiej, zamiast na dalsze doskonalenie dzieła końcowego, poświęcamy na odkręcanie niepotrzebnych zmian. Na szczęście mnie zdecydowanie częściej zdarza się współpracować z tym pierwszym typem redaktorów (czy – znacznie częściej – redaktorek), których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i dziękuję za wszystko.

Od kogo uczysz się przekładu?
Od innych tłumaczy, z którymi o nim rozmawiam – w realu i w internecie. Ze znajomymi z STL i z Forum Tłumaczy Literatury potrafimy bez końca dzielić się doświadczeniami z gatunku „a ja to robię tak…”. Dowiadywanie się (również z innych odsłon niniejszego cyklu), jak wiele istnieje różnych sposobów pracy z tłumaczonym tekstem, jest bardzo inspirujące. W naszym samotniczym zawodzie bardzo łatwo zamknąć się w ciasnych ramach własnych przyzwyczajeń, więc tym cenniejsza jest jak najczęstsza wymiana doświadczeń.

Co powiedziałbyś młodszym tłumaczom? A starszym?
Jednym i drugim powiedziałbym właśnie to, żeby wymieniali się doświadczeniami, uczyli się od siebie… i nigdy nie byli zbyt pewni siebie, bo niemijający tzw. syndrom oszusta, który towarzyszy wielu z nas, sprawia, że nigdy nie spoczywamy na laurach i zawsze staramy się jeszcze bardziej.

A co powiedziałbyś ministrowi kultury?
Jako członek zarządu STL akurat miewam okazję zwracać się do ministra kultury bezpośrednio, głównie jako współautor naszych oficjalnych pism, czy też raz – do obecnego w pierwszym rzędzie widowni – wprost ze sceny. Niestety mimo naszego zaangażowania w prace nad ustawą o statusie artysty zawodowego projekt wciąż nie trafił do sejmu, więc dziś powiedziałbym krótko: środowisko twórców włożyło w to sporo wysiłku, więc proszę doprowadzić ten projekt do końca jeszcze przed jesiennymi wyborami.

Yerba mate czy spirytus? Co daje ci energię do pracy?
Bez porannej kawy wyglądam raczej jak zombi niż jak tłumacz gotowy do rozpoczęcia dnia pracy, ale potem w ciągu dnia najczęściej piję wodę i soki. Po pracy (lub – w wyjątkowych przypadkach – w ramach motywacji na nocnej sychcie) kraftowe piwo, a na szczególne okazje dobra whisky.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Oprócz przywożonych z podróży sów i sówek, które patrzą na mnie z biurka i półek nie mam zwierząt, przymierzamy się natomiast do corgiego.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Staram się rozdawać rodzinie i znajomym, którym sprawią przyjemność. Te niezagospodarowane czekają cierpliwie na swoją kolej, ale kiedy zbiera się ich za dużo, zanoszę je do bibliotek. Dzięki temu one żyją, bo są czytane, a mnie może skapnie jakiś grosik z PLR.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Nie mam wyjątkowych, oryginalnych hobby. Odpoczywam, czytając te książki, których nie muszę czytać zawodowo, oglądając filmy i seriale, grając na konsoli, słuchając muzyki. Sztampa, prawda? Moją zasadą tłumackiego BHP, którą ostatnio zaczynam coraz surowiej wprowadzać w życie, jest trzymanie się podczas tłumaczenia z dala od Facebooka (nawet podczas przerw w „pomidorach”). To trudne, zwłaszcza jeśli czasem trzeba o coś zapytać na forum, ale brak internetowej dyscypliny potwornie rozsadza dzień pracy.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Mam kilka anegdot o swoich wstydliwych tłumackich wpadkach – na przykład gdy dawno temu myślałem, że „picture window” to nie okno panoramiczne, ale… namalowane na ścianie, i tak przetłumaczyłem cały fragment, w którym ktoś przez nie wpada, żeby pasowało do mojego wyobrażenia. Najciekawsza jednak jest dla mnie chyba całkiem inna historia, najbardziej wzruszająca. Dostałem kiedyś maila od matki dziecka z poważną dysleksją, które mimo starań rozmiłowanej w książkach rodziny nie było w stanie uporać się z żadną książką, chociaż podsuwali mu wszystkie najciekawsze. Aż tu nagle w prezencie dostało Baśniobór – i stał się cud, dzieciak się odblokował, zamykał się w swoim pokoju i pożerał kolejne tomy. Nie wiem, jaki był dalszy ciąg, ale mam nadzieję, że był to początek trwającej do dziś czytelniczej przygody. I że oprócz porywających magicznych przygód w jakimś stopniu przyczynił się do tego język polskiego tekstu, do którego przyłożyłem rękę. Takie maile dodają tłumaczowi ochoty do codziennych starań.

Ważne dla ciebie książki?
Niezwykle trudno wskazuje mi się cokolwiek z etykietką „ulubiony” albo „najważniejszy w życiu”. Może to moja niezdecydowana natura wiecznego dyletanta, a może po prostu na żadnym etapie życia nie przeczytałem tyle, ile naprawdę bym chciał. Dawne fascynacje nie wydają mi się dziś aż tak ważne, żeby na nie wskazywać, teraz zaś chyba już za późno na książki, które zmieniają życie. Chociaż chciałbym nie mieć racji.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Kiedy przetłumaczyło się kilkadziesiąt niezwykle różnych książek, trudno dokonać wyboru, ale jedna od razu przychodzi mi do głowy. Chodzi o Głębię Challengera Neala Shustermana, poruszającą opowieść (teoretycznie dla młodzieży, ale moim zdaniem dla wszystkich) o chłopcu pogrążającym się w schizofrenii, którą postrzega on jako fantasmagoryczny rejs po oceanie. Od strony językowej wymagała stworzenia rozchwianego świata głównego bohatera, ale przede wszystkim niesamowicie dużo nauczyła mnie o naturze choroby psychicznej. Uważam, że właśnie dlatego każdy powinien ją przeczytać.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie? 
U mnie na szczęście zawsze dużo się dzieje. Niedawno wyszedł Księżycowy pył Andrew Smitha, reportaż o późniejszym życiu astronautów, którzy stąpali po Księżycu. Nie tak dawno skończyłem komiks dla dzieci o Holokauście, a także nową powieść Stephena Kinga pod tytułem Instytut, która 10 września ukaże się na świecie, a dzień później – w Polsce. Oczywiście niczego nie wolno mi zdradzić!