Tłumacz miesiąca – Krzysztof Zabłocki « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Aktualności

Lutowym tłumaczem miesiąca jest Krzysztof Zabłocki (zobacz profil). Autor licznych przekładów z języków francuskiego i angielskiego, w tym drukowanych w „Literaturze na Świecie” (m.in. Cioran, współcześni pisarze francuscy i anglosascy). Tłumaczył też wiersze, m.in. takich autorów jak Emily Dickinson, Walt Whitman, Philip Larkin, Kingsley Amis. Opublikował szkice literackie dotyczące zwłaszcza literatury i kultury angielskiej i francuskiej, tematyki przekładu literackiego, czy autobiografizmu (m.in. w „Literaturze na Świecie”, „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczypospolitej”, „Akcencie”, „EleWatorze” „OderÜbersetzen”) (zobacz poprzednie) .

Na początek o początkach.

Zachwyciłem się tekstami Ciorana – wtedy  (w drugiej połowie  lat osiemdziesiątych)  nie było prawie  żadnych przekładów  tego  francuskiego  eseisty  filozoficznego pochodzącego z Rumunii. Zgłosiłem się z tym do „Literatury na świecie” – na próbę otrzymałem zadanie przełożenia eseju  Ciorana o Eliadem (do numeru poświęconemu temu drugiemu wielkiemu Rumunowi z Paryża, ale ów numer nigdy w końcu nie powstał), mój przekład się spodobał,  i zlecono mi przygotowanie większego bloku o  Cioranie. Odwiedziłem także Ciorana na  jego mansardzie w paryskiej Dzielnicy Łacińskiej  i napisałem o nim dłuższy tekst, który ukazał się wraz z moim wyborem  jego  esejów i aforyzmów w numerze 11/1990  „LnaŚ”. Ale właściwym debiutem okazał się wcześniejszy, tzw. „biały” numer „LnaŚ” (7/1990),  poświęcony współczesnym prozaikom i poetom francuskim,  gdzie było sporo moich przekładów, a także esej o paryskich księgarniach. Ba, a teraz, sprawdzając te numery, odkryłem, że do numeru 5-6/1990  przełożyłem szereg angielskich wierszy, w tym nieco bluźnierczy Kingsleya Amisa o Chrystusie („Potrzeba nowego podejścia”)…  jest  także  w Internecie, zachęcam więc do przeczytania  go,  myślę  że  jest  bardzo ciekawy … Natomiast moim debiutem książkowym był przekład sławnej powieści Geneta, który ukazał się pod tytułem „Matka Boska Kwietna” w 1994 roku.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Dzień, myślę wtedy klarowniej,  wieczorem mózg,  jak to bym ujął,  zwija mi się niekiedy w trąbkę, a późną nocą zaczynają mnie piec oczy (a staram się dbać o wzrok i dzięki temu nie mam wysokiego dioptrażu…)

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Tylko biurko, a raczej spory stół (biurko kojarzy mi się z biurem … ). W ogóle czytam, piszę i funkcjonuję  tylko przy blacie – jednym z powodów są nasze trzy koty, które na ogół leżą przy mnie na tejże płaszczyźnie, albo tuż obok – na regale, łóżku… zwłaszcza Lady Coco, Niwa Maskaradnaja (Neva Masquerade), podgatunek  kota syberyjskiego, która zwykle leży tuż przy klawiaturze  (czasem coś trafnego dopisze, ulepszając tekst czy przekład),  i która domaga się ciągłych pieszczot… moja ukochana kotka, której dałem się zdominować…

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Jedno i drugie – mam sporą kolekcję słowników „międzyjęzycznych” – np. angielsko-francuskie, francusko-niemieckie, itp.,  zebranych  w ciągu lat, i nadal przydatnych (a poza tym lubię  ich fizyczną postać), ale jeśli chodzi o slang czy najnowsze neologizmy, itp., to zdecydowanie   Internet,  co chyba oczywiste…

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Tu podobnie  „jak wyżej”… papier to papier, więc książka (encyklopedia, słownik, leksykon) w swej postaci cielesnej  jest niezastąpiona, ale to, co „najnowsze” jest,  rzecz jasna, w Wikipedii, czy w ogóle w necie…

Kiedy się zablokujesz, to…?

Zabawy z kotami, spacerek, mały drink (Żołądkowa z sokiem pomarańczowym, ewentualnie Beherovka, Jägermeister  lub wegierskie Unicum) – ale najlepszy jest basen!

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Zależy – na pewno muszę się z książką  wpierw zapoznać, choć nie musi to być dokładna lektura, strona po stronie; zawsze ważny jest także kontekst , a że tłumaczę  na ogół tzw. literaturę ambitną, to i obudowy krytycznej też jest niemało. Tyle że na ogół są to albo książki, które zawsze chciałem tłumaczyć, albo utwory, które sam zaproponowałem wydawcy, więc poznałem je dobrze już wcześniej…

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

 Jest ich kilka –  oczywiście „WTEM”, czyli moment, kiedy wreszcie kończę (to nieraz rodzaj oszołomienia, wali się świat, życie traci sens, a co najmniej rytm – przez chwilę… a potem kiedy otrzymuję egzemplarze autorskie… i  jeszcze  potem, jak są recenzje, zwłaszcza z dobrym  słowem o tłumaczu…).

A najmniej fajny?

Gdy widzę, że przełożyłem  dopiero  jedną dwudziestą, czy jedną dziesiątą tekstu – to trochę jak z długą podróżą, na przykład tegorocznymi moimi lotami do Singapuru czy Australii – upłynęły już trzy godziny, a pozostaje wciąż jeszcze dziewięć i pół (i ten lęk, czy aby samolot ma aż tyle paliwa, czy aby silnik się nie „zmęczy”? – czytaj: czy w międzyczasie nie  padnie wydawnictwo, a raz tak się zdarzyło!)… ale wiem, że jednak kiedyś nastąpi WTEM…).

Redaktor to…?

Miałem szczęście do wspaniałych redaktorów-nauczycieli, do prawdziwych Mistrzów, nieraz o pokolenie starszych, którzy byli moimi Nauczycielami – ale patrz niżej… (tak było dawniej, a teraz redaktor to bardzo inteligentna, młodsza ode mnie osoba, która sama pisze i tłumaczy, która czuje literaturę i z którą rozumiem się niemal bez słów, zwłaszcza „taki jeden znany redaktor z charakterystycznym nakryciem głowy”, który pewnie siebie tutaj rozpozna, jeśli przeczyta tę rozmowę…).

Od kogo uczysz się przekładu?

Patrz wyżej: miałem więc  to szczęście, że terminowałem u prawdziwych Mistrzów – Aleksandry Olędzkiej-Frybesowej (nieżyjącej już redaktorki „Literatury na świecie”)  i  Aleksandry Ambros  z  „Czytelnika, z którą obecnie  jestem zaprzyjaźniony.  A także nieżyjącego już Józefa Waczkówa, też  z „Literatury na Świecie”. Czytanie tekstów o sztuce przekładu (co też zawsze czyniłem) na pewno jest pożyteczne, ale uczenie się na konkretnych zleconych tekstach to prawdziwy „real”, a wskazówki Osób, cenionych za ich „fachmistrzostwo”, zapamiętuje się na zawsze.

Co powiedziałbyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Starszym – tym, których cenię i podziwiam – powiem krótko: chapeau bas, a młodszym nic nie powiem, bo każdy musi się sam odnaleźć w życiu i na swojej zawodowej drodze. No, może  powiem: podchodź do wszystkiego cum grano salis, tak w życiu, jak i w zawodzie (a praca to też przecież część życia).

A co powiedziałbyś ministrowi kultury?

 A czy muszę…?

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

 Jeśli „drink”, to tylko kawa z mlekiem,  po prostu: żadne latte, cappuccino, macchiato  czy inne ekstrawagancje,  ewentualnie  Żołądkowa z sokiem pomarańczowym, tudzież trunki wymienione jeż wcześniej…

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Kot, tylko kot, patrz  powyżej…

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję, a potem dokupuję i znów rozdaję, ale zachowuję dwa… jeden tylko dla mnie, a drugi na pożyczanie…

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

 Patrz powyżej: ale przede wszystkim basen, kino, podróże, spotkania towarzyskie, czyli korzystanie z uroków życia…

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Dotyczy mojego znajomego, który przełożył przed laty „Filadelfię” –  powieść,  która powstała  na podstawie scenariusza głośnego  filmu  o filadelfijskim prawniku chorym na AIDS. Jest to powieść o homoseksualistach zapadających na tę chorobę – do lat 90-tych niemal bez wyjątku śmiertelną, więc w tekście oryginału co chwila pojawiają się słowa „gay” i „straight”. Z „gejami” nie było chyba problemów, natomiast słowo „heteryk”, polski odpowiednik określenia „straight”, był wtedy określeniem znanym jedynie w środowisku homoseksualistów, więc biedna pani korektorka zapewne pomyślała, że widać tłumacz  jest niedokształcony i nie wie, że powinno być „heretyk” – i wszędzie pozmieniała mu heteryka na heretyka. Było to już po ostatecznej akceptacji zredagowanej wersji. I otóż tłumacz otrzymuje egzemplarze autorskie, rozpakowuje je przy mnie – taki mały zbieg okoliczności – i niemal osuwa się na ziemię trzymając się za serce… Dopiero po chwili był w stanie powiedzieć, co go tak wzburzyło… Podziwiałem go – na jego miejscu chyba bym popełnił sepuku, bo też ten koszmarny lapsus szedł zapewne na konto ”ignorancji”  tłumacza. Jest  takie  słynne w Anglii powiedzenie  „mała  wiedza to niebezpieczna rzecz” –  cytat z poematu Alexandra  Pope’a, angielskiego poety z XVIII wieku, którego  nazwisko już parokrotnie widziałem w polskich tekstach pod postacią  Papież  Aleksander…

Ważne dla ciebie książki?

Jest ich niemało – więc może tak spontanicznie kilka z brzegu, i raczej te, które czytałem z wielką przyjemnością, a nie te, które były niewątpliwie  „ważne”,  typu „Ulisses”, ale czytałem  je raczej z poznawczego obowiązku (często samemu sobie narzuconego)  – więc tak od Sasa do lasa, i sięgając do lat młodości:  „Dawid Copperfield”, „Buszujący w zbożu”,  „Śmierć Iwana Iljicza” Lwa Tołstoja,  „Biesy”,  „Czarodziejska góra”,  „Obcy”,  nowele Friedricha Dürrenmatta, opowiadania Petera Handkego,  „Szklany klosz” Sylvii Plath, „Pełnia życia panny Brodie” Muriel Spark, itp., itd.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

 To pytanie typu „które dziecko kochasz najbardziej”, bądź „mamusię czy tatusia”…  proszę zajrzeć na mój profil STL-u…nie, nie mogę wybrać, wszystkie z tych, które tam wymieniłem, lubię „jednako”…

Ale dobrze, więc jeśli ma być „lajtowo”, to może „I remember” Joe Brainarda  – zostawiłem  tytuł oryginału, jedynie w polskiej wersji „r” jest z małej litery… ale ponieważ  często jestem określany jako „tłumacz Geneta”, to OK., niech i tak będzie: więc „Matka Boska Kwietna” tegoż…

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

 Właśnie się ukazała się w moim przekładzie książka o przewrotnym  tytule  „Dlaczego nie napisałem żadnej z moich książek” Marcela Bénabou – francuskiego pisarza należącego do eksperymentalnej  grupy OULIPO – czyli „Pracowni Literatury Potencjalnej”. „Eksperyment” OULIPO trwa już bez mała sześćdziesiąt lat, ale członkom grupy przychodzą do głowy wciąż to nowe, twórcze i „eksperymentalne” pomysły. Książeczkę  tę odkryłem przed laty w „eksperymentalnym” paryskim Centrum Pompidou i zakochałem się w niej; wpierw zarekomendowałem  ja nieocenionemu Panu Lechowi Budreckiemu z „Literatury na świecie”, i przełożyłem jej fragment do wspomnianego „białego” numeru, a teraz całość ukazała się nakładem krakowskiego Lokatora – wydawnictwa bardzo osobnego, po trosze „eksperymentalnego”, które stało się już znaczącym ośrodkiem kulturalnym na mapie nie tylko Krakowa.