Aktualności

Majowym tłumaczem miesiąca został Maciej Studencki (zobacz profil). Copywriter, dziennikarz, krytyk sztuki, redaktor i tłumacz. Współpracuje m.in. z wrocławskim wydawnictwem Bukowy Las i krakowską Astrą. Tłumaczy zarówno literaturę faktu (biografie, monografie, eseje), jak i beletrystykę (zobacz poprzednie).

Na początek o początkach.
Na początku były translatorskie ciągoty na studiach polonistycznych (UAM, w Poznaniu) – fakultet, na którym rozmawialiśmy o przekładach poezji, a potem semestralna praca zaliczeniowa z teorii literatury u Piotra Śliwińskiego. Spośród różnych form do wyboru zdecydowałem się na przekład artykułu z „London Review of Books”. Potem był koniec studiów, rozmaite próby dziennikarskie, kilkanaście lat pracy w reklamie w charakterze copywritera… aż zacząłem tłumaczyć książki. Nie byłoby mnie-tłumacza bez Iwony Michałowskiej-Gabrych, tłumaczki z Poznania, która zarekomendowała mnie do pierwszego wydawnictwa, a także bez Grażyny Górskiej, tłumaczki z Warszawy, która wspierała mnie bezcennym doświadczeniem – i tak się zaczęło, od 2011 roku.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Jeszcze parę lat temu noc, kiedy wszyscy w domu szli spać i miałem spokój. Pracowałem wtedy nawet do drugiej, trzeciej w nocy. Stopniowo to się zmieniło, w tej chwili zdecydowanie dzień, ale nie od świtu. Na co dzień zaczynam pracę od 8.30-9.00, około 13.00 robię przerwę obiadową, nawet jeżeli nie na obiad, i od 14.00 pracuję już do „tamtego drzewa”, tzn. do wyrobienia normy. Dziennie staram się przełożyć porcję około 18-20 tys. znaków, weekendy zostawiam na odpoczynek – i to mi się bardzo sprawdza. W razie pilnej, niespodziewanej potrzeby system ulega drobnym zmianom, ale najogólniej rzecz biorąc, staram się utrzymywać taki rytm. Próbowałem kiedyś zwiększyć dzienną normę, ale po trzech dniach musiałem zrobić dzień przerwy. Ostateczny efekt był taki, że w skali tygodnia zrobiłem tyle samo, tyle że po drodze zaliczyłem jeszcze ból głowy i przymusowy całodzienny odpoczynek.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Biurko i komputer stacjonarny, od samego początku. Laptop tylko w wyjątkowych okolicznościach. Trudno mi się skupić z ekranem tuż przed nosem. Poza tym kanapa kojarzy mi się wyłącznie z wypoczynkiem, gdybym miał na niej tłumaczyć, chyba bym zasnął.

Słownik elektroniczny czy papierowy?
Słowniki przede wszystkim elektroniczne, najpierw PWN-Oxford i rozmaite angielsko-angielskie dostępne w sieci, czasem Wikisłownik, czasem Urban Dictionary. W przypadku książek historycznych również słowniki dawnej polszczyzny (XVI, XVII i XVIII w.), dostępne online. Dopiero kiedy wyczerpię źródła online, sięgam po papierowe słowniki z bogatej kolekcji żony-anglistki, polsko-angielskie i angielsko-angielskie. W przypadku złożonych pojęć jako „słownik” podpowiedziami służy także Wikipedia – sprawdzam wtedy wersję angielską i polską, o ile istnieje.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
No tak, słowo się rzekło, przede wszystkim Wikipedia. Chyba że coś mi się już bardzo nie zgadza, wtedy inne źródła.

Kiedy się zablokujesz, to…?
Robię przerwę, przynajmniej kilka-kilkanaście minut, wychodzę na balkon, dotleniam się, mimo że to balkon nad ruchliwą ulicą. W przypadku nieco poważniejszego bloku w grę wchodzi przechadzka (do plaży w Gdyni mam kilkanaście minut spacerem). Po zakończeniu codziennej porcji pracy dobrze jest się trochę odmóżdżyć – obejrzeć coś nieskomplikowanego w telewizji czy na Netfliksie.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?
Zwykle nie czytam, z lenistwa i braku czasu między zleceniami, ale czasem żałuję, jak wtedy, kiedy w trzech czwartych powieści dla młodzieży autorka postanowiła pobawić się nazwiskiem jednego z bohaterów jako znaczącym. Na szczęście problem udało się rozwiązać, ale teraz staram się czytać w wolnych chwilach tak, żeby być z lekturą przynajmniej na kilkadziesiąt stron przed przekładem. Aha, w sytuacji, kiedy przejąłem po innym tłumaczu cykl, oczywiście przeczytałem poprzednią część w oryginale i przekładzie, a potem jeszcze „swoją” w oryginale. Na szczęście terminy na to pozwalały.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?
Pewnie nie będę oryginalny – kiedy uda się znaleźć zgrabny polski odpowiednik nieoczywistego angielskiego oryginału – określenia, frazy, zdania. Im trudność większa, tym większa i satysfakcja. Poza tym – tak jak u Kubusia Puchatka, który (w przekładzie Ireny Tuwim) mawiał, że najprzyjemniejsza jest chwila tuż przed zjedzeniem miodku: dla mnie najprzyjemniejsza jest chwila tuż przed zakończeniem przekładu i odesłaniem tekstu do wydawnictwa. Takie poczucie dobrze wykonanej roboty… przynajmniej dopóki nie wezmę do ręki gotowej książki i nie zacznę znajdować miejsc, w których można było zrobić coś lepiej.

A najmniej fajny?
Wtedy, gdy ma się poczucie zmarnowanego czasu, z najróżniejszych powodów. Można np. przez godzinę szukać cytatu w istniejącym polskim przekładzie tylko po to, żeby zorientować się, że – nie wiadomo dlaczego – oryginał jest o kilka akapitów dłuższy, a cytat, o który nam chodziło, znajduje się w tej części, której po polsku brakuje. Albo wtedy, gdy kilka tygodni po rozpoczęciu pracy wydawca przysyła plik z „tym razem już najostatniejszą wersją” oryginału i trzeba to porównać, wychwycić różnice i uwzględnić w tekście już przełożonym.

Redaktor to…?
Na ogół najlepszy sprzymierzeniec w pracy nad tekstem. Nabrałem już tyle zawodowego doświadczenia, że jestem w stanie ocenić poprawki pod względem ilościowym: ile jest w sam raz, żeby poprawić moje ewentualne niedociągnięcia, rozbić schematy językowe, sprawić, żeby tekst brzmiał lepiej, a ile za mało (uwaga, redaktor myśli zbyt podobnie do mnie!) lub za dużo (uwaga, redaktor na siłę usiłuje udowodnić swoją przydatność!). Większość redaktorów znakomicie mieści się jednak w tych widełkach, a ja przyklepuję zwykle 80-90% ich poprawek.

Od kogo uczysz się przekładu?
Od kogo tylko mogę. Wracam do literatury z dzieciństwa i młodości, do przekładów Marii Skibniewskiej (Władca pierścieni), Macieja Słomczyńskiego (Alicja w krainie czarów), ale czytam także rzeczy bliższe współczesności, nominowane i nagradzane. Bardzo pomagają mi teksty o teorii i praktyce przekładu – szkice Jerzego Jarniewicza czy wykłady Małgorzaty Łukasiewicz… Dobrze jest się zastanowić, co dzieje się w głowie tłumacza, dobrze też móc porównać to, co robię sam, z tym, co (i jak!) robią inni. W tym względzie niezastąpione jest również Forum Tłumaczy Literatury na Facebooku.

Co powiedziałbyś młodszym tłumaczom? A starszym?
Jednym i drugim zazdroszczę. Starszym – wszystkich wspaniałych rozwiązań przekładowych, które czytałem, przez większą część życia nawet nie zastanawiając się nad tym, że był jakiś oryginał, który wymagał tłumacza, interpretatora. Młodszym – wszystkich wspaniałych rozwiązań przekładowych, na które nie wpadli jeszcze starsi, w tym również ja. Tyle jeszcze przed nimi! A jeżeli czasem dopada ich poczucie, że powstało już tak wiele znakomitych przekładów, niech pamiętają, że dobra literatura powstaje cały czas, a poza tym co jakiś czas kanon trzba odświeżyć – i tu pojawia się pole do popisu dla młodszych.

A co powiedziałbyś ministrowi kultury?
Przykro mi, nie podejmuję się rozmów na tym szczeblu.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Kawa. Regularnie, dwa razy dziennie, rano i po południu. W przypadkach skrajnych (wyjątkowo senne, jesienne lub zimowe dni) – trzy.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Niestety jestem alergikiem i dłuższe przebywanie w towarzystwie kotów, psów i innych domowych zwierząt wiąże się u mnie z koniecznością zażywania leków. A szkoda, bo je uwielbiam, zwłaszcza psy, zwykle z wzajemnością. Z kotami się wzajemnie szanujemy, ale raczej na dystans.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Najczęściej prezentuję rodzinie i najbliższym ludziom. Jeżeli to z różnych względów niemożliwe (bo trudno obdarować kogoś tylko drugim lub trzecim tomem trylogii), niosę do biblioteki.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Po kilku – ośmiu, czasem dziesięciu – godzinach pracy z tekstem ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, jest lektura. Dlatego wciąż rosnące zaległości odrabiam w weekendy i podczas urlopów, również w pociągach. Natomiast na co dzień, tak jak już wspominałem, siadam przed telewizorem i daję odpocząć częściom mózgu odpowiedzialnym za przetwarzanie tekstu. Kiedy pogoda sprzyja, nie od rzeczy jest również spacer.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Całkiem niezła wydaje się historia związana z biografią Roksolany, zwanej również Hürrem. Profesor Leslie Peirce, autorka angielskiego oryginału, odwołała się w jednym z rozdziałów do poematu Samuela Twardowskiego Przeważna legacyja Krzysztofa Zbaraskiego od Zygmunta III do sołtana Mustafy, w którym czytamy o Roksolanie: „Podłego z Rohatyna popa była córą”. Profesor Peirce przełożyła „podłego” na angielski tak, jakby to była cecha charakteru, podczas gdy kontekst jednoznacznie wskazuje, że chodzi o pochodzenie popa, „podłe”, „niskie”, lub „z gminu”. Na szczęście kontekst pozwolił na w miarę bezbolesną poprawkę w przekładzie, a autorka podziękowała mi za wkład w dzieło. Co swoją drogą potwierdza po raz kolejny, że tłumacze są czujniejsi niż niejeden redaktor oryginału.

Ważne dla ciebie książki?
Głównie beletrystyka, ale nie tylko. Dzięki facebookowym łańcuszkom mogę wymienić siedem, wybranych po dojrzałym namyśle: M. Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata” w przekł. I. Lewandowskiej i W. Dąbrowskiego – ważna ze względu na całokształt; St. Lem, „Summa technologiae” – podsumowanie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości; R. Kapuściński, „Cesarz” – trafne obserwacje polityczne; R.A. Heinlein, „The Number of the Beast” (jeszcze się nie doczekała polskiego przekładu) –koncepcja świata jako mitu; J. Heller, „Paragraf 22” w przekł. L. Jęczmyka – paleta ludzkich charakterów i zachowań, pełnych rozkosznego absurdu; J. Głowacki, „Powrót hrabiego Monte Christo” – wzór intelektualnej ironii. No i na koniec G. Simsion, „Lista przebojów Adama Sharpa” w przekł. moim – bo idealnie trafiła w życiorys.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Zapraszam do lektury biografii Robina Williamsa, zatytułowanej po prostu Robin, wydanej przez Agorę. To książka nie tylko dla miłośników tego aktora i kina w ogóle – to również ważny dokument amerykańskiej kultury popularnej od lat 70’, opowiadający także o Williamsie – stand-uperze (w Polsce od tej strony niemal nieznanym). Przy okazji czytelnicy poznają portret twórcy, dręczonego ciągłymi wątpliwościami co do własnego talentu i osiągnięć – jakże podobnego w tych wątpliwościach do tłumaczy, cierpiących na syndrom oszusta (impostor syndrome)!

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Czytelnikom lubiącym żeglugę po oceanie bogatych odniesień kulturowych polecam drugi już zbiór esejów medycznych Gavina Francisa Przemiany ludzkiego ciała z końca lutego tego roku (pierwszy, równie dobry, to Podróże po ludzkim ciele sprzed roku, oba wydane przez Bukowy Las), a miłośnikom sensacyjnej fantastyki – Vicious: Nikczemni Victorii E. Schwab (z We Need YA), przekład świeżutki jak bułeczki z piekarni (premiera 24 kwietnia). Tych ostatnich zapewne ucieszy informacja, że na warsztacie mam właśnie następną część…