Aktualności

W marcu w cyklu „Tłumacze o sobie „o swojej pracy opowiada Anna Wziątek [zob. profil] – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego (germanistyka, italianistyka), przez kilka lat redaktorka w popularnym tygodniku dla kobiet, lektorka jęz. niemieckiego, a od 2000 r. niezależna tłumaczka. Wielokrotna stypendystka Fundacji Roberta Boscha (1998 Nagroda Promocyjna za Baśnie Wilhelma Hauffa), DAAD, Kunststiftung NRW, 2006 Translator in Residence w Europäisches Übersetzer-Kollegium w Straelen [zob. poprzednie].

Na początek o początkach.

Na samym początku był wiersz Josepha von Eichendorffa, którego tytułu dziś już nie pamiętam, ponieważ był to chyba drugi lub trzeci rok studiów. Ale to właśnie wtedy poczułam, że podoba mi się zabawa słowem. Pierwszą „prawdziwą” książkę do przetłumaczenia dostałam w 1995 r.: „Pustynie” z serii wydawniczej dla młodzieży „Co i Jak”. Byłam wtedy na stypendium w Niemczech i spędziłam długie godziny w bibliotece, próbując zidentyfikować nazwy zwierząt i roślin po łacinie, żeby je później przełożyć na polski (całe szczęście, że trafił mi się tom o pustyniach, a nie o lasach deszczowych!). Potem była druga książka i trzecia… i nagle zrozumiałam, że nie chcę robić w życiu niczego innego.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Raczej późne popołudnie i wieczór, kiedy nikt już niczego ode mnie nie chce, czasem noc. Kompletnie nie potrafię się zmobilizować przed południem, kawa ani goniący termin nie pomagają.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Kiedyś było to biurko z kotem śpiącym obok laptopa lub za mną na krześle (zwykle lądowałam na twardym taborecie, żeby kicia miała wygodniej). Od kilku lat wędruję między biurkiem, kanapą i fotelem, przy czym ten ostatni wydaje mi się najwygodniejszy. I laptop na kolanach. Biurko wtedy, kiedy muszę się obłożyć książkami.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Elektroniczny. Choć oczywiście w domu jest mnóstwo słowników papierowych i w razie wątpliwości zawsze po nie sięgam.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Najczęściej Wikipedia i bezkresne zasoby internetu. Z bibliotek korzystam zwykle wtedy, kiedy trzeba znaleźć cytaty.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Biegam z psem po lesie albo wymyślam sobie jakąś pracę w ogrodzie. Czyli: wietrzę głowę. Prawie zawsze pomaga.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Przerzucam kilka stron, żeby sprawdzić, czy tekst mi się podoba, ale w całości nie czytam nigdy. Trochę z braku czasu, trochę z lenistwa, a trochę dlatego, że lubię być tłumaczem i czytelnikiem w jednej osobie. Poza tym ciekawość zwiększa tempo mojej pracy.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Chyba ten, kiedy czuję, że złapałam nić porozumienia z autorem, kiedy padam na twarz ze zmęczenia, ale chciałabym tłumaczyć dalej. I kiedy uważam, że znalazłam świetne rozwiązanie jakiejś arcytrudnej kwestii. Moment wpłynięcia na konto honorarium też jest bardzo przyjemny.

A najmniej fajny?

Najmniej fajny moment to taki, kiedy mniej więcej w połowie tłumaczenia zdaję sobie sprawę, że za żadne skarby nie powinnam była przyjąć tej książki (efekt nieczytania!). I nie znoszę tłumaczyć podziękowań.

Redaktor to…?

Dobry redaktor to prawdziwy skarb! Pierwszy uważny czytelnik tłumaczenia, który patrzy na nie świeżym, krytycznym okiem. I wynajduje błędy, które przecież widziałam, ale ich nie zauważałam.

Od kogo uczysz się przekładu?

Od innych tłumaczy i czytając książki. I jeszcze od wspomnianych wyżej dobrych redaktorów.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Starszym: dziękuję za te niezliczone przekłady, którymi zaczytywałam się od dziecka. A młodszym, żeby mieli dużo pokory i uczyli się od tych starszych.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Z obecnym ministrem kultury nie chciałabym zamienić ani słowa.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Zdecydowanie kawa, choć ostatnio rozsmakowuję się w zielonej herbacie. Natomiast po skończonej pracy nad przekładem nie wzgardzę czymś mocniejszym.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mąż, pies i kot. Chyba nawet w tej kolejności.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden zostaje w domu, resztę rozdaję znajomym albo zanoszę do pobliskiej biblioteki.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Odpowiedzialny za mój relaks jest pies, a że to border collie, to relaksuję się kilka razy dziennie i dość intensywnie.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Żadna nie przychodzi mi w tej chwili do głowy.

Ważne dla ciebie książki?

Jest ich całe mnóstwo, ale taka najważniejsza to „Mistrz i Małgorzata” w przekładzie W. Dąbrowskiego i I. Lewandowskiej.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Gdyby byli dziećmi, to radziłabym im przeczytać „Krainę duchów” Isabel Abedi.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaśalbo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Niedawno ukazała się książka „Inny koniec Historii. O wielkiej transformacji” Philippa Thera. A przymierzam się do autobiografii byłego niemieckiego ambasadora w Rosji.