Aktualności

Znany i lubiany cykl „tłumacz miesiąca” od lutego 2021 zmienia tytuł na „tłumacze STL o sobie”. W lutym o swojej pracy opowiada Michał Filipczuk (zob. profil) – absolwent filozofii UJ. Literaturą zafascynowany od zawsze. Interesuje go zwłaszcza pogranicze dwóch światów: literatury i filozofii. Najchętniej pracuje nad tekstami tego właśnie dotyczącymi. Przekładem zajmuje się od 20 lat. Zaczął od tłumaczenia literatury piękniej, a od kilku lat zajmuje się głównie przekładem eseju filozoficznego i eseistyki dotyczącej przemian kulturowych współczesności (zob. poprzednie).

Michał Filipczuk

Na początek o początkach.

Tłumaczem zostałem zupełnie przypadkowo: zawsze chciałem być pisarzem, ale, jak powiada Czechow, „nie złożyło się”. Postanowiłem więc zostać czymś nieco gorszym od pisarza, to znaczy tłumaczem właśnie: pisarzem drugiego sortu, jakimś niedo- albo prawie- pisarzem, drugim po pisarzu autorem, jak gdyby jego gorszą wersją, jednym z jego wariantów (a jest ich tyle, ile jest języków docelowych potencjalnych przekładów jego tekstu). Tyle że teraz racjonalizuję. Bo wszystko odbyło się – jak już wspomniałem – zupełnie przypadkowo, jak wszystko co ważne w życiu: znajoma dała mi znać, że w jednym z krakowskich wydawnictw potrzebują nowego przekładu Lorda Jima. Namówiła mnie na zrobienie próbki tekstu. Byłem świeżo upieczonym absolwentem filozofii UJ z mizernym przygotowaniem filologicznym, ale chyba miałem w sobie tę pisarską żyłkę, o której już wspominałem, więc pomyślałem sobie: raz kozie śmierć. Zrobiłem tę próbkę, którą o dziwo zaakceptowano. I zaczęto mnie namawiać, żebym się tego podjął. Kiedy zacząłem mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest proza Conrada, pomyślałem – pamiętam to jak dziś – „albo polegnę na pierwszym rozdziale, albo już w tym zostanę”. To była gehenna, ale też i „tłumacka” szkoła życia. To jest jak syndrom sztokholmski: zaczynasz się solidaryzować ze swoim prześladowcą. Tak było i w moim przypadku: od czasu tamtej inicjacji minęły 22 lata, przełożyłem blisko 60 tytułów i stałem się nałogowcem.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Pracuję we dnie. Ten zawód wymaga poświęceń, ale ja już dawno sobie postanowiłem, że nocy zarywać nie zamierzam, choćbym nawet ślęczał nad arcydziełem. Natomiast pracuję dużo: cały dzień z przerwami. Zapewne jest to ze szkodą dla mojego życia rodzinnego, ale chyba tak już musi być. Ktoś pracuje w biurze, w szkole albo szpitalu i cały dzień go nie ma. Ja pracuję w domu – i też cały dzień mnie nie ma, chociaż w innym sensie.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Zdecydowanie kanapa, bolą mnie plecy od zawsze, dlatego z początku byłem sceptyczny, czy w ogóle podołam fizycznym trudom tego zawodu: godziny, całe dnie w bezruchu, nad tekstem. Ale udało mi się nabyć świetną kanapę, taką bardzo literacką sofę, dobrze wyprofilowaną – i tak współpracujemy od wielu, wielu lat. Bez niej nie wyobrażam sobie mojej pracy. 

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Przez całe lata preferowałem słowniki papierowe, ale w dobie wszechobecności Internetu  również i tutaj sieć zwyciężyła. Choć darzę dużym sentymentem słownik Stanisławskiego, zwłaszcza gdy tłumaczę prozę: tam są złoża nieco archaicznej polszczyzny, jakże przydatnej przy tłumaczeniu dobrej, starej prozy. Ale ponieważ, nad czym ubolewam, takie zlecenia są coraz rzadsze, coraz rzadziej też sięgam na półkę po ten słownik nieoceniony. Natomiast ze słowników internetowych łatwiej się korzysta, są – by tak rzec – poręczniejsze. Tak więc korzystam z jednych i drugich.     

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Raczej ze źródeł elektronicznych, mój nieżyjący już przyjaciel Marek Cegieła, świetny tłumacz, mawiał, że przekładowca to detektyw: ja od lat uprawiam tę sztukę detektywistyczną, głównie posiłkując się jednak siecią i jej niewyczerpanymi zasobami. Znaleźć tam można wszystko lub niemal wszystko. Trudno mi sobie wyobrazić ten zawód bez Internetu: nie sposób go przecenić, gdyż zmienił wszystko, w tym również pracę tłumacza. Choć gdy zaczynałem pod koniec lat 90-tych, Internet w Polsce raczkował, a w każdym razie ja raczkowałem w Internecie. Jednak wykonywania swoich obecnych zleceń bez tego narzędzia raczej sobie nie wyobrażam.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Kiedy się zablokuję, wstaję od komputera albo zaczynam myśleć o czymś innym. Potem wracam i pomysł zwykle sam przychodzi. Czasem wypróbowuję różne wersję rozwiązań, różne wersje zdania – i pomysł prędzej czy później wpada do głowy jakby znikąd. 

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Nigdy nie czytam tego, co mam do przełożenia. Jest to moja żelazna zasada. Tłumaczowi powinno towarzyszyć zaciekawienie tekstem, nad którym pracuje. A gdy tekst jest nieciekawy, zaciekawienie nim można wywołać jedynie poprzez zaskoczenie, tzn. nieznajomość tegoż tekstu.. Tak więc nigdy książki nie czytam przed zabraniem się za jej przekład. I póki co jeszcze się na tej mojej strategii – być może mało profesjonalnej – nie zawiodłem.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Kiedy czytasz całość przekładu i stwierdzasz, że jest dobry .

A najmniej fajny?

Kiedy czytasz całość przekładu i stwierdzasz, że tekst jest zły, źle brzmi, a ty straciłeś mnóstwo czasu, łudząc się, że będzie inaczej (że podołasz).

Redaktor to…?

Powinien być pomocnikiem tłumacza, sprzymierzeńcem tekstu, który się rodzi, niestety nie zawsze tak jest, choć zdarzają się znakomici, prawdziwie pomocni redaktorzy.

Od kogo uczysz się przekładu?

Od świetnych tłumaczy, których cenię, czytam ich teksty, tzn. ich tłumaczenia. Ale nie sprawdzam oryginałów: przekład musi brzmieć, brzmieć – w tym wypadku – po polsku…

Co powiedziałbyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym radziłbym dobrze się zastanowić, czy aby na pewno, chcą pakować się w wykonywanie tego zawodu: trudnego, absorbującego, niewdzięcznego. Choć ma on i swoje piękne strony: świadomość, że twój przekład – jeśli jest naprawdę dobry – przetrwa i że jesteś zaraz po autorze, a przed zgrają krytyków, komentatorów; że czytelnik – chyba że czyta w oryginale – obcuję tak naprawdę z twoim tekstem, że zatem odgrywasz jakąś tam – bez puszenia się, ale też i bez fałszywej skromności – rolę kulturotwórczą, jeśli rzecz jasna masz szczęście i tłumaczysz rzeczy ważne i wartościowe.

Starszym kolegom po fachu nic nie radzę, żeby nie wyjść na pyszałka.

A c opowiedziałbyś ministrowi kultury?

Że powinien trochę bardziej docenić w swoich rozwiązaniach instytucjonalnych i rozdaniach finansowych (dotacjach, stypendiach, nie mówiąc już o emeryturach) nas, tłumaczy, którzy mozolimy się na niwie, której on rzekomo służy.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Popijam whisky i brandy, nie pochwalam tego, ale tak już mam, jak to się mówi. Jestem też herbaciarzem i kawoszem. Sporo tych trunków…

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mój ulubiony pies, 12-letnia goldenka Sonia: kiedy mój umęczony wzrok, uniesiony znad klawiatury, spotyka się z jej wzrokiem, to oznacza, że najwyższy czas na wspólny spacer.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Wręczam znajomym albo darowuję bibliotekom. Kilka egzemplarzy zostawiam sobie na półce. Ot tak, żeby móc na czym wzrok zawiesić i się moralnie podbudować w chwilach zwątpienia.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Czytam, staram się coś tam robić fizycznie, oglądam filmy z synami. Albo też nic nie robię (co wcale nie jest takie proste).

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Mój umysł jest chyba wyprany z anegdot, mam też problem z zapamiętywaniem dowcipów, ot defekt taki.

Ważne dla ciebie książki?

Jest ich wiele: cały Faulkner, cały Dostojewski, to są pisarze, którzy jakoś mnie ukształtowali. Zwłaszcza genialne polskie przekłady pierwszego z wymienionych. Zofia Kierszys zdecydowanie zasługuje na literackiego Nobla. Bardzo żałuję, że kiedy to sobie uświadomiłem, tej wspaniałej tłumaczki nie było już między żywymi. Nie mogłem napisać listu wiernopoddańczego – o tym, jak bardzo ją cenię i o tym, że przez lata myślałem, ze obcuję z Faulknerem, a obcowałem z jej wspaniałymi przekładami. Wtedy też, dzięki jej przekładom, dzięki przekładom Kaliny Wojciechowskiej i Ewy Życieńskiej – kiedy skonfrontowałem ich pracę z oryginałami – uświadomiłem sobie, ile znaczy tłumacz i jak bardzo jest ważny.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Nie wiem, może jednak byłby to „Lord Jim” Conrada, niedoskonały, niewolny od błędów, ale jednak szczególny, bo to dzięki niemu zostałem tłumaczem.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Ostatnio w moim przekładzie ukazała się intelektualna cegła, której lektury nie życzę nikomu, bo można nią zabić konia: jest to 1000 stron licząca synteza współczesności i jej filozoficznych oraz kulturowych oblicz. Autor J. Milbank, tytuł „Przekroczyć rozum sekularny”. Odważnych zapraszam do lektury. Na własną odpowiedzialność.