Tłumaczka miesiąca – Anna Bańkowska « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Aktualności

Listopadową tłumaczką miesiąca jest Anna Bańkowska (czytaj poprzednie). Od ponad 20 lat przekłada literaturę anglojęzyczną dla różnych wydawnictw, ma na koncie ponad 60 opublikowanych książek. Najchętniej tłumaczy ambitną beletrystykę, nie stroni od kryminałów, uchodzi za znawczynię życia i twórczości Agathy Christie (współtworzyła jej polską stronę internetową) i Daphne du Maurier. W wolnych chwilach tłumaczy „do szuflady” poezję brytyjską i studiuje mowę swoich kotów. Jeden z nich pomógł jej ułożyć antologię My mamy kota na punkcie kota (Znak 2006). W r. 2013 odznaczona brązowym medalem Gloria Artis (Zobacz profil). Zapraszamy do lektury!

Na początek o początkach.

Początek był jeszcze na studiach. W roku 1961 na warszawskiej polonistyce powstało seminarium edytorskie, prowadzone przez jedną z najwybitniejszych polskich redaktorek – Zofię Lewinównę, która wtedy pracowała w PIW-ie i zaprosiła studentów do wykonywania – za niewielkim wynagrodzeniem – drobnych prac pomocniczych, takich jak sczytywanie czy wykonywanie indeksów. Zgłosiłam się od razu i od pierwszej chwili wsiąkłam w klimat PIW-u. Pani Zofia stała się moją mentorką i przyjaciółką – do końca życia będę jej wdzięczna, za to, co wtedy dla mnie zrobiła. Wkrótce zaproponowano mi etat w korekcie, gdzie spędziłam kolejne cztery lata. Z PIW-u odeszłam, ponieważ zaproponowano mi samodzielne stanowisko redaktora biuletynu w pewnym przemysłowym ośrodku informacji, co wiązało się ze znacznie wyższą pensją. Niemal na drugi dzień zorientowałam się, jak wielki popełniłam błąd, ale powrotu już nie było. Do wydawnictwa książkowego udało mi się wrócić wiele lat później i chociaż straciłam na tym finansowo, nie wahałam się ani chwili, gdyż była to praca wymarzona dla językoznawcy: stanowisko redaktora w Redakcji Słowników Języka Polskiego PWN, gdzie właśnie powstawał trzytomowy słownik pod kierunkiem prof. Szymczaka. Po kilku latach obowiązki rodzinne zmusiły mnie do przerwania pracy, wiedziałam jednak, że jeśli sytuacja ulegnie zmianie, będę mogła wrócić. Niestety okazało się to niemożliwe i tak zostałam frilanserką. Odtąd redagowałam na zlecenie różnych wydawnictw cudze przekłady, a w wolnych chwilach szlifowałam angielski i tłumaczyłam „do szuflady” ulubione wiersze. Kiedy po raz kolejny przepisałam zdanie po zdaniu prawie całą książkę za tłumaczkę od siedmiu boleści, po raz pierwszy zaświtała mi myśl, że mogłabym to robić pod własnym nazwiskiem. Okazja szybko się nadarzyła, gdyż Danuta Wawiłow, moja koleżanka ze studiów, która właśnie zaczęła pracę w redakcji wydawnictwa Alfa, na gwałt poszukiwała tłumaczy. Miałam wiele wątpliwości, ale ostatecznie podpisałam umowę na przekład powieści zapomnianego już dziś klasyka kryminału AEW Masona, która ukazała się pod tytułem Uwięziony w opalu w roku 1993. A potem poooszło! Okazało się, że dopiero po pięćdziesiątce odkryłam swoje prawdziwe powołanie, bo chociaż zawsze lubiłam redagować książki, to dopiero tłumaczenie dało mi największą satysfakcję, a nawet sukces. Ani się obejrzałam, jak minęło 20 lat i moja praca doczekała się oficjalnego uznania. W roku 2013, na wniosek Zarządu STL-u zostałam odznaczona medalem Gloria Artis. Obecnie spis moich przekładów liczy (wraz z kilkoma „półkownikami”) 73 pozycje prozą i około 30 wierszy.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Zdecydowanie dzień, chociaż nie blady świt.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Fotel. Na kolanach drewniany pulpit, na nim mały komputerek.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Teraz już prawie wyłącznie korzystam ze słowników elektronicznych. Te papierowe trudno mi już utrzymać w ręku. Wyjątek stanowią te bardzo specjalistyczne, np. Tysiąc słów o morzu i okręcie, czy ukochany Słownik synonimów Dąbrówki, Geller i Turczyna, który ciągle jeszcze istnieje tylko na papierze.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Bardzo nie lubię Narodowej, bo nie znam tych nowych (przynajmniej dla mnie) procedur, a pracownicy bywają nieprzyjemni i zawsze mnie za coś ochrzanią. Ponieważ tłumaczę głównie beletrystykę, wystarcza mi wiedza pozyskana nie tyle z Wikipedii, co w ogóle z Internetu. Nie zawsze jednak tak było, pamiętam czasy, kiedy spędzałam długie godziny w różnych specjalistycznych bibliotekach, np. Instytutu Zoologii czy Botaniki.


Kiedy się zablokujesz, to…?

Zaglądam na różne portale, gapię się w okno, pytam o zdanie kota… Bardzo pomaga mi też Forum Tłumaczy Literatury na Facebooku, przyjazne miejsce o niespotykanym gdzie indziej klimacie.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Nigdy na to nie ma czasu, ale staram się chociaż powierzchownie zapoznać z treścią i zawsze czytam z wyprzedzeniem kilka kolejnych rozdziałów. W przypadku kryminałów muszę wiedzieć, kto zabił, żeby wychwycić w tekście wszystkie, czasem bardzo subtelne wskazówki. No i nie dać się wciągnąć fabule, gdyż grozi to opustkami.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Nie tyle moment, co cały etap. To ten, kiedy po zakończeniu pracy nad pierwszą wersją przekładu przestaję być tłumaczką i zaczynam czuć się pisarką. Włączam wtedy w głowie tryb głośnomówiący i wsłuchuję się w muzykę frazy. Zmieniam koncepcje, tropię powtórzenia, przebieram w słowach jak sukienkach, świadoma pełni władzy nad ostatecznym brzmieniem tekstu.  Zawsze ze szczególną uwagą przyglądam się pierwszemu i ostatniemu zdaniu, zdarza mi się zmieniać nawet po kilka razy.

A najmniej fajny?

Nie będę się silić na oryginalność: to podziękowania i różne głupawe zachwyty z ostatniej strony okładki, służące wyłącznie celom marketingowym. Dawniej tego u nas nie wymagano. Czasem trudno się zorientować w płci adresata podziękowań, co wymaga tropienia w guglach nazwiska, albo dokonywania cudów, żeby nazwisko miało formę mianownika. Wszystko to na końcu, kiedy dedlajn wisi nad głową.

Redaktor to…?

Po latach współpracy z niektórymi wydawnictwami mam zwykle wpływ na wybór redaktora. Dla mnie to przyjaciel – nie tyle mój, co książki. Nigdy nie spotkałam się z kąśliwymi uwagami, chociaż zdarzały się zażarte dyskusje, którym przyświecał jednak tylko jeden cel: dobro książki, a nie zaspokojenie własnych ambicji. Ale redaktor czy redaktorka to także „pan/pani od polskiego”. Czuję się przy nich zawsze jak uczennica, która czeka z biciem serca na rozdanie klasówek, zwłaszcza jeśli mam do czynienia z nowym wydawnictwem. W głowie z reguły kołacze się myśl: No, teraz wreszcie się wyda, że ja w ogóle nie znam angielskiego…

Od kogo uczysz się przekładu?

Teraz wiem, że cała moja droga zawodowa była jedną wielką nauką przekładu. Najwięcej dała mi lektura książki Ocalone w tłumaczeniu Barańczaka, chociaż później nie zawsze zgadzałam się z jego rozwiązaniami. Za niedościgniony wzór uważam Annę Przedpełską-Trzeciakowską i Barbarę Kopeć-Umiastowską.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym, żeby nie bali się otrzepywać z kurzu zapomnianych, choć bynajmniej nie archaicznych wyrazów. I przywiązywali więcej wagi do interpunkcji – jeśli redaktor nie będzie musiał wstawiać przecinków, to skupi się na swojej właściwej robocie ad maiorem libri gloriam. Starszym, żeby uważnie śledzili zmiany – trzeba uważnie wsłuchiwać się w język własnych i cudzych wnuków i uczyć nowych słówek. Wszystkim życzę przede wszystkim więcej pokory, bo wpadki  zdarzają się każdemu.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

W ogóle nie mam ochoty z nim rozmawiać. W stanie silnego wzburzenia nie jestem w stanie wydobyć głosu.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Na pewno żadna z wymienionych używek. Największego kopa daje mi wkurw (tak, żadne inne słowo tu nie pasuje). Przekonałam się o tym kilkakrotnie po lekturze tego, co nazywam „sfałszowanym przekładem” – takim, który wypacza zamysł lub styl autora, a potem latami funkcjonuje w obiegu. W stanie wkurwu potrafię w ciągu dwóch dni przełożyć na nowo trudny wiersz, sama nie wiem, kto podsuwa mi wtedy właściwe słowa.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Koty, zawsze koty. Moja pierwsza kotka Natalia sprowokowała mnie do debiutu literackiego; to o niej napisałam swoje pierwsze opowiadanie. Potem był Jeremi (imię po TYM Jeremim, gdyż urodził się w piwnicy domu, w którym Mistrz kiedyś mieszkał), kot tak mądry, że potrafił nawet udawać głupka. Jeremi nadzorował powstawanie mojej autorskiej antologii My mamy kota na punkcie kota (Znak 2006), co zostało odnotowane na stronie tytułowej: „Komentował, wtrącał się, wymądrzał i przeszkadzał kot Jeremi”. Sformułował też kilka praw, z których jedno brzmi: „Człowiek pióra, który bierze do domu kota, prędzej czy później poda ten fakt do wiadomości publicznej”. Jeremi nie doczekał publikacji książki. Po zażartych walkach z wetami, którzy wbrew jego woli usiłowali mu pomóc, odszedł po dziesięciu latach życia za Tęczowy Most, a nam od czternastu lat towarzyszą łagodne, kochane bliźniaki Musia i Mufek,

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Zawsze muszę je dokupywać. Dwa z reguły zostawiam sobie – jeden nie ma prawa opuścić domu, drugi służy do wypożyczania. Resztę rozdaję chętnym – mam stałych odbiorców w rodzinie i wśród przyjaciół.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Co to jest relaks?

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Pierwszym wierszem, który tłumaczyłam sobie do szuflady jeszcze w latach 80., był Mandalay Kiplinga. Wymagało to sprawdzenia pewnych szczegółów historycznych, więc wiele czasu spędzałam ryjąc w  Britannice w bibliotece British Council. Przy okazji zerknęłam sobie na mapę tego kraju i tu aż mi się zrobiło gorąco: okazało się bowiem, że Mandalay, które w moim wyobrażeniu leżało na wybrzeżu, „by the old Moulmain Pagoda”, „where the flying fishes play”, w istocie znajduje się 400 km w głąb lądu! Wprawdzie wiersza nie przeznaczałam do publikacji, nawet mi się wtedy o tym nie śniło (przerabiany pierdylion razy, ukazał się drukiem dopiero w tym roku, w „Podglądzie” nr 10), ale sam fakt popełnienia takiego błędu na długo wbił mnie w ziemię, przypominając starą redaktorską zasadę: „Sprawdzać. WSZYSTKO sprawdzać”.   

Ważne dla ciebie książki?

Och, było ich tak wiele w moim długim życiu… No dobrze. Pierwsze to baśnie Grimmów – czytane już samodzielnie w wieku pięciu lat. Z nich dowiedziałam się, że każde zło musi doczekać się kary. Czytałam je w kółko, aż wreszcie mi je odebrano („Nie będziesz czytać tych głupich bajd”). Ale wkrótce potem dostałam równie ważne baśnie Andersena, które już nie budziły we mnie takiego poczucia winy. To był przekład Czesława Kędzierskiego – długo szukałam go na Allegro, aż w tym roku udało mi się go kupić. Do dziś tkwią mi w pamięci całe zdania.

W wieku dziewięciu lat przeczytałam Anię z Zielonego Wzgórza (i następne książki z tego cyklu – ostatnie udało mi się zdobyć, kiedy byłam już matką). Bardzo utożsamiałam się z bohaterką – też nie lubiłam swojego imienia, też miałam przyjaciółkę, która wyglądała zupełnie jak Diana i miała podobne imię – Danusia. Poza tym w domu często mówiło się o Księdze dżungli, którą uwielbiał i często cytował mój ojciec, ale dopiero po kilku latach udało mi się ją przeczytać. Do dziś ją kocham, podobnie jak cały cykl Loftinga o doktorze Dolittle.

Lata licealne, spędzone w internacie szkoły klasztornej, to fascynacja literaturą religijną – przede wszystkim Dziejami duszy  św. Teresy z Lisieux. Jedynymi śladami sentymentu do tej lektury jest  imię od bierzmowania – Teresa – i egzemplarz książki, kupiony po latach w antykwariacie, sama nie wiem, po co, bo „dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara”.

Na prawdziwą książkę życia musiałam czekać 35 lat, bo wtedy właśnie ukazało się w Polsce pierwsze (okrojone) wydanie Mistrza i Małgorzaty . Zawsze mówię, że to dzieło jest odpowiedzią na każde zapotrzebowanie czytelnika. Można je polecić zarówno miłośnikom romansu, jak literatury fantastycznej, jak satyrycznej, politycznej, historycznej, a nawet religijnej. Książka jest też kopalnią cytatów i przykładem znakomitego przekładu – mówię o tym pierwszym, Lewandowskiej i Dąbrowskiego.

Na koniec muszę wspomnieć o poezji, obecnej w moim życiu od najmłodszych lat. Należę do pokolenia, które musiało – niektórzy wspominają to jako traumę – deklamować wierszyki na wszystkich rodzinnych uroczystościach. Ja nie znałam wtedy uczucia tremy – uwielbiałam się popisywać i do tego miałam doskonałą pamięć. Prawie wszystkie wiersze, których uczyłam się i w najwcześniejszym dzieciństwie, i później w szkole, do dziś umiem na pamięć. Z wiekiem zaczęłam się tych ulubionych, tych poważniejszych, uczyć dla przyjemności. Teraz, kiedy cierpię czasem na bezsenność, recytuję sobie w głowie np. ballady Mickiewicza czy Grób Agamemnona, co nie zawsze mi pomaga: jeśli zapomnę jakiegoś słowa, tym bardziej nie mogę zasnąć. Lista ulubionych poetów jest długa, zaczyna się banalnie, od Mickiewicza i Słowackiego, ale jest na niej także Wyspiański, Liebert, Iłlakowiczówna i Artur Międzyrzecki, a z obcojęzycznych Kipling i Tennyson.

 Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Może Dziób księżyca Philippa Templa, nowozelandzkiego ornitologa, który dwadzieścia lat poświęcił keom, papugom z Wyspy Południowej, po czym napisał o nich dwie książki z gatunku tzw. fantastyki zwierzęcej. Przetłumaczyłam je obie w latach 90., czyli wtedy, kiedy taki gatunek jak kea był u nas całkowicie nieznany. Być może dlatego pierwsza książka słabo się sprzedała, wobec czego wydawnictwo Alfa zrezygnowało z wydania drugiej. Wiem jednak skądinąd, że egzemplarze Dzioba, dostępne w bibliotekach, cieszą się wciąż wielkim powodzeniem. Dla mnie praca nad tą książką była ogromnym wyzwaniem, gdyż wymyśliłam do niej około setki ptasich imion i drugie tyle nazw geograficznych. Tłumaczyłam ją z wielkim podziwem dla inwencji autora, który stworzył całe papuzie państwo wraz z historią, tradycjami, mitologią i religią. Jeszcze nie do końca straciłam nadzieję, że wydruk drugiej części („mam go dotąd w biurku”) ujrzy kiedyś światło dzienne, zwłaszcza że piękne, oliwkowe papugi kee można oglądać w warszawskim ZOO.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Ja już powoli przechodzę w stan spoczynku, do czego zmusza mnie konieczność opieki nad ciężko chorym mężem. W tym roku nakładem Marginesów ukazała się jedna z nielicznych moich książek non-fiction – Żądła rządzą Dave’a Goulsona, a w Złotej Różdżce Hoffmanna (wyd. Egmont) mam swój udział w postaci dwóch wierszyków: Piotruś Czupiradło  Straszna historia o Hani i zapałkach. Kwartalnik literacki Warszawskiego Oddziału SPP zamieszcza też stopniowo, ku mojej wielkiej radości, wszystkie moje przekłady poetyckie, jak wspomniany już wiersz Kiplinga Mandalay, Tennysona Pani z Shalott  czy Fleckera Bramy Damaszku. Dwa ostatnie to  „praprzekłady” na język polski, nikt poza mną nie przełożył ich w całości.