Aktualności

Lipcową tłumaczką miesiąca została Dobromiła Jankowska (zobacz profil) – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego (filologia angielska i filologia polska), nauczycielka, tłumaczka literatury angielskiej m.in. dla wydawnictw Marginesy, Czarne, Pauza, GW Foksal, W.A.B., Książnicy, Wydawnictwa Dolnośląskiego, Bukowego Lasu i Remi. Od czternastu lat koordynuje prace związane z festiwalem Opowiadania we Wrocławiu. W 2009 roku jurorka konkursu na najlepszy zbiór opowiadań im. Franka O’Connora (Cork, Irlandia), jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie. Obecnie kierownik Działu Organizacji Wydarzeń we wrocławskim Muzeum Pana Tadeusza. Z angielskiego na polski przełożyła ponad sześćdziesiąt pozycji (zobacz poprzednie).

Na początek o początkach.

Miałam szczęście – albo wbrew obawom mojej mamy jednak nie wybrałam studiów tak źle – bo ukończyłam dwie filologie: polską i angielską. Byłam więc od zawsze dobrym kandydatem na tłumacza, posługiwałam się bowiem poprawną polszczyzną, właściwie nie robiłam błędów, sprawnie pisałam, a jednocześnie znałam dobrze język, z którego miałam przekładać (choć angielskiego nauczyłam się na kursach w Wielkiej Brytanii, nie na studiach, oczywiście). Zaczynałam od pisania recenzji książek anglojęzycznych dla Wydawnictwa Dolnośląskiego (napisałam ich łącznie dla WD i innych wydawców ponad trzysta przez dziesięć lat) i po kilku zaproponowano mi tam pierwszy przekład – powieść „Wtorkowy Klub Erotyczny” Lisy Beth Kovetz z wówczas jeszcze nowej serii kobiecej „Do torebki” (książkę absolutnie nieerotyczną). Dzięki Małgosi Wróblewskiej, Elżbiecie Kaczorowskiej i Ani Rojkowskiej z Wydawnictwa Dolnośląskiego, które pracowały ze mną nad tekstem i nie bały się zlecać mi kolejnych przekładów, miałam naprawdę dobry start, za co do dziś jestem im wdzięczna. Los widać nade mną czuwa, bo nie tylko łatwiej było mi zadebiutować przyzwoitymi, ciekawymi, kobiecymi powieściami, ale również pracować z mądrymi redaktorkami (z którymi do dziś na szczęście mam kontakt). Przełożyłam kilkanaście książek dla Dolnośląskiego, a potem drugie tyle dla Bukowego Lasu (założonego przez dwie z trzech wspomnianych wyżej pań). W międzyczasie, w trakcie pracy przy Festiwalu Opowiadania, poznałam Monikę Sznajderman, właścicielkę Czarnego, która pomogła mi zadebiutować „na wyższej półce” i dzięki niej mam w dorobku naprawdę doskonałe pozycje non-fiction.

 Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Pracuję na etacie w Muzeum Pana Tadeusza, więc od poniedziałku do piątku, a czasami również w weekendy, od 8:00 do 16:00 tłumaczyć nie mogę. Wtedy pozostają wieczory i noce oraz długo wyczekiwane wolne weekendy. Tłumaczę również na urlopie od pracy etatowej, w przerwach działań związanych z koordynacją Festiwalu Opowiadania, ale zwykle to jednak wieczór i noc. Moce przerobowe na szczęście mam podobne o każdej porze dnia, więc chwytam po prostu wolną chwilę.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Oczywiście biurko – duże, mieszczą się na nim książki, laptop, drukarka, dwie lampki (koniecznie!), kubek i zdjęcia bliskich; krzesła często zmieniam, jeszcze nie odkryłam idealnego; zamiast podnóżka mam drewnianą skrzynkę po piwie, a kręgosłup pokrzywiony i bolący jak każdy „biurkowy” pracownik. Na kanapie mogę ewentualnie tylko podczytywać. Na biurku – podstawka na książki marki na F (polecam!), tej samej marki podkładka pod mysz z dokładką na nadgarstek, komputer tylko z 14-calowym monitorem (mniejszy za mały, większy za duży, a testowałam od 12 do 17 cali). Obok okno na świat, gdzie zwykle jest zielono i odpoczywają oczy, z drugiej strony telewizor zwykle włączony na transmisje sportowe (piłki nożnej, tenisa, snookera).

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Teraz już głównie elektroniczne, nie mam ulubionego, czasami sięgam do klasycznych Longmanów czy Encyklopedii Webstera. Podziwiam tłumaczy, którzy nie mieli dostępu do Internetu, uważam, że wtedy sztuka translatorska była prawdziwą sztuką, wymagającą dużo więcej czasu i pracy „pozakomputerowej”. Teraz research można zrobić raz, dwa, a jeśli nie słownik, to zostają Forum Tłumaczy na Facebooku i forum STL. Po pomoc słownikową bardzo nie lubię się zwracać do innych tłumaczy, bo się tego wstydzę. Zdarzało mi się z własnej kieszeni opłacać konsultantów-native speakerów przy przekładzie książek stanowiących większe niż zwykle wyzwanie (np. „Instrukcji dla pań sprzątających” Lucii Berlin). O drobiazgi pytam znajomych Amerykanów czy Anglików, choć okazuje się, że często mają takie same wątpliwości jak ja. Bardzo chciałabym umieć zapamiętywać całe słowniki, bo największą tłumaczeniową porażką jest dla mnie nie zauważyć, że czegoś nie zrozumiałam (czasami wskazuje to redaktor, korektor, czasami dopiero znajomy czytający już wydrukowaną książkę). Straszny to horror pomylić kwiaty, ryby, nie zrozumieć, zdawałoby się oczywistego, zdania.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Zależy czego dotyczą – jeśli chcę sprawdzić ogólne informacje, może być Wikipedia. Jeśli specjalistyczne – najbardziej godny zaufania jest papier, albo sprawdzony konsultant (czasami zaprzyjaźniony, czasami wyznaczony przez Wydawcę). Zawsze mam z tyłu głowy, że Internet to wielki śmietnik i pokutuje we mnie przekonanie z dawnych lat, że to, co w książce, to święte. Zdarza mi się szukać źródeł (w nocy, bo biblioteki zamknięte, wiadomo) w zamieszczonych w sieci pdf-ach, ale tylko w skanach lub legalnych plikach, nigdy w „chomikowych” ocr-ach, za duże ryzyko.

Kiedy się zablokujesz, to…?

…to zwykle cały przekład staje, dopóki się nie odblokuję. Nienawidzę (mocne słowo, ale pasuje) zostawiać tłumaczeniowych dziur, zaznaczać „na żółto” i myśleć, że do tego wrócę. Im lepsze tłumaczę książki, tym częściej muszę tę metodę modyfikować i jednak zostawiać – czekać, sprawdzać, prosić o pomoc – ale by nie tracić czasu, to jednak tłumaczyć dalej. Nie działają na mnie metody w rodzaju gimnastyki, drzemki, spaceru z psem, kawy/herbaty, serialu – kiedy się zablokuję, to ogarnia mnie potworna irytacja, że czegoś nie mogę zrobić i nie uspokoję się, dopóki nie pójdę dalej. Ta przypadłość na pewno ma jakąś nazwę w wykazie jednostek chorobowych…

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Od pierwszej tłumaczonej mam tę samą zasadę – nie czytać. Udaje mi się jej trzymać. Przed przyjęciem przekładu czytam zwykle początek, plus recenzje, spis treści, ale nigdy całość. Uważam, jak wielu tłumaczy, że to pomaga związać się z książką na dłużej, szczególnie jeśli chodzi o te fabularne. Do tej pory nie zdarzyło się, bym żałowała takiego wyboru, bo np. początek był super, a potem tekst stracił na jakości.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Kiedy honorarium wpływa na konto… (czy ktoś już tak odpowiedział?), ale to jednak już po tłumaczeniu. W takim razie moment wysłania do wydawcy gotowego przekładu, już przeczytanego, wychuchanego, kosztującego wiele pracy; kiedy arkusze podliczone, wiadomo, jak gruby będzie grzbiet i jak książka będzie wyglądać na półce. Potem – redakcje, korekty itp. – to już jednak jest „po tłumaczeniu” i tak bardzo się nie liczy.

A najmniej fajny?

Kiedy książka z jakiegoś powodu wraca nie po raz drugi czy trzeci (redakcja + dwie korekty), ale po raz piąty lub szósty – bo np. trzeba coś przejrzeć, po decyzji redakcji ujednolicić dialogi, bo autor coś dopisał (najgorzej!), ale nie zaznaczył w którym miejscu; bo korekta była zła i ktoś zlecił kolejną, więc lepiej ją zaakceptować u tłumacza… Zwykle wtedy zdążam już zapomnieć o tym przekładzie, albo i o następnym, tymczasem on wraca i wraca. Najmniej fajnie jest też wtedy, kiedy przekład w ogóle się nie ukaże – mnie zdarzyło się to jak dotąd raz na 65 przełożonych książek, ale wciąż uwiera jak kamyk w bucie. Wydawca kupił, zlecił, zapłacił (choć tyle!), ale uznał, że się nie sprzeda i zrezygnował z publikacji. Smuteczek.

Redaktor to…?

Wiadomo – dobry redaktor to skarb, zły redaktor to katastrofa dla autora czy tłumacza. Dobrych redaktorów jest mało i trzeba o nich dbać (ja się staram, komplementuję i dziękuję za pracę, żebrzę u wydawcy, by pozwolili mi znów pracować z „ulubionym”). Wielu jest za to redaktorów, którzy uważają się za dobrych, ale są niechlujni (tak!), lubią „sobie” coś pozmieniać, nie szanują pracy tłumacza, nie pytają o powód zastosowanego rozwiązania, tylko skreślają i zamieniają. Najbardziej nie lubię redaktorów, którzy zamiast pomóc (skoro widać, że było ciężko…), dają komentarz, a w nim trzy znaki zapytania albo tekst „niejasne”, „może inaczej”, „trzeba przeredagować”. Skoro coś jest nie tak, to dlatego, że tłumacz miał problem i na pewno dla tekstu byłoby lepiej, gdyby redaktor zaproponował jakieś alternatywne rozwiązanie, wskazał błędy, wsparł, podrzucił linki do słownika, do źródeł, do przykładowego obrazka.

Od kogo uczysz się przekładu?

To było najtrudniejsze pytanie w ankiecie i nie wiedziałam, jak na nie odpowiedzieć. Oczywiście staram się czytać książki „o przekładzie”, ale nigdy nie brałam udziału w warsztatach translatorskich (choć sama je organizuję w ramach Festiwalu Opowiadania), nie uczęszczałam na zajęcia (nawet te podstawowe) z przekładu na anglistyce (zrobiłam tam specjalizację nauczycielską), nie porównuję przekładów z oryginałami, rzadko uczestniczę w debatach o przekładach (które zwykle są dość teoretyczne). Nie mam też pojęcia o teorii przekładu. Muszę więc chyba odpowiedzieć, że jestem samoukiem – po prostu dużo czytam, od zawsze, uczę się na własnych błędach (dzięki dobrym redaktorom), każdy „stop” w tłumaczonej książce to powód, żeby poszukać, pogrzebać, porównać. Zauważam dobre przekłady, w których nie zatrzymuję się w trakcie lektury, i te słabsze, kiedy często mnie coś irytuje i żałuję, że nie znam języka oryginału. Podziwiam tłumaczy poezji, bo uważam, że by ją przekładać, trzeba być poetą, podziwiam tych, którym niestraszne tłumaczenie klasyki, np. Joyce’a. Pewnie nieświadomie uczę się, czytając i pracując z tekstem na co dzień, także w muzeum i przy festiwalu.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodym – że oprócz świetnej znajomości języka obcego, przyda im się znajomość polskiego (co nie jest oczywiste). Starszym – że dziękuję za takie przekłady jak antologia Poetki z Wysp (M. Heydel i J. Jarniewicz), Blady ogień Nabokova (M. Kłobukowski, S. Barańczak) i za wszystkie te książki, których nie mogę przeczytać w oryginale, bo nie znam obcych języków.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Żeby choć raz poświęcił swój cenny czas, przeczytał wnioski w priorytecie „promocja czytelnictwa” oraz „czasopisma” i przyznał dotacje tym, którzy robią coś wartościowego od wielu lat, albo mają pomysł na coś nowego i świeżego.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Wygrane mecze Juventusu i reprezentacji Włoch w piłce nożnej.

 

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Błażej, mój partner, który od 16 lat cierpliwie znosi, że w domu właściwie nie istnieję, bo kiedy nie pracuję, to tłumaczę, a kiedy nie tłumaczę, to pracuję.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden idzie zawsze na moją domową półkę, drugi na półkę w mieszkaniu mojej mamy. Pozostałe – w zależności od „grupy docelowej” ofiarowuję znajomym i współpracownikom (często dokupując w zniżkowych cenach od wydawców kolejne…). Część przekazuję w akcjach dla więzień, zniszczonych bibliotek, na targach książki.

 Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Jak wynika z powyższych odpowiedzi – nawet gdybym miała tłumackie BHP, to chyba bym się do niego nie stosowała, bo brak mi czasu… Staram się zawsze mieć czas, żeby zjeść dobry obiad/kolację/śniadanie, w domu albo w ulubionej knajpie. Regularnie wyjeżdżam – czasem na weekend, czasem na tydzień (nigdy nie dłużej niestety) – i wtedy nie tłumaczę (choć niestety zdarza mi się pracować). Te wyjazdy – nawet weekend w Krakowie, Warszawie, albo Wielkanoc w Lizbonie – dają mi potem siłę, żeby znowu się pracoholizować.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

To chyba nie anegdota, tylko przekleństwo, ale za każdym razem, kiedy występuję w radiu lub udzielam wywiadu na temat mojego nowego przekładu, dziennikarz i tak pyta mnie o „Boskie przyrodzenie – historię penisa” Toma Hickmana. A z translatorskich przygód – zaprzyjaźniłam się z jednym z tłumaczonych autorów, Johnem Borrellem („Nad Jeziorem Białym”) i często odwiedzam go w Kania Lodge, pensjonacie na Kaszubach, który prowadzi.

 

Ważne dla ciebie książki?

„Polyanna” Eleanor H. Porter (zawsze chciałam jak jej bohaterka widzieć szklankę do połowy pełną, nigdy mi się nie udało tego nauczyć), „Mała księżniczka” Frances Hodgson Burnett (bo takiego happy endu nie ma żadna książka), „Romeo i Julia” Szekspira (ale tylko w przekładzie Barańczaka, którego fragmenty znam na pamięć), „Władca much” Williama Goldinga (moja pierwsza „dorosła” książka) oraz „Jeśli zimową nocą podróżny” (bo cały Italo Calvino).

 Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Trudne pytanie, bo ostatnio przekładam same superksiążki… Wcisnę trzy: 1. „Instrukcja dla pań sprzątających” Lucii Berlin (W.A.B) 2. „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” Alexandry Fuller (Czarne) i 3. „Floryda” Lauren Groff, która się jeszcze nie ukazała, ale już ją uwielbiam (Pauza).

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Skończyłam niedawno bardzo grubą i bardzo kontrowersyjną powieść Joyce Carol Oates, ale nie ma jej jeszcze w zapowiedziach wydawniczych, więc oficjalnie nie istnieje. Kilka dni temu ukazał się „Nasz chłopak” Daniela Magariela (Pauza), mała i mocna książka, która na pewno nie przejdzie niezauważona. Teraz tłumaczę kolejny zbiór opowiadań, potem następny (wspomnianą Groff), więc jako koordynatorce Festiwalu Opowiadania w końcu przyszło mi zmierzyć się z małą-wielką prozą.