Aktualności

Czerwcową tłumaczką miesiąca STL została Joanna Kluza zobacz profil, przekłada książki z języków francuskiego i włoskiego od 1991 roku. Przetłumaczona przez nią powieść Maxime’a Chattama Drapieżcy (Prédateurs), Katowice, Sonia Draga, 2009 otrzymała wyróżnienie redakcji Magazynu Literackiego Książki za przekład zobacz poprzednie.

Na początek o początkach.

Właściwie początki były trochę przypadkowe. Przed wyborem szkoły średniej zastanawiałam się nad psychologią albo prawem i wybrałam liceum im. Rejtana, w którym był angielski, ale koleżanka namówiła mnie w ostatniej chwili na Żmichowską i to był strzał w dziesiątkę. Trafiłam do klasy z rozszerzonym francuskim, mimo że nie znałam wcześniej tego języka, i tak mi się spodobało, że wkrótce już wiedziałam, co chcę robić.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Zdecydowanie jestem skowronkiem – lubię wcześnie wstawać i wcześnie zabierać się do roboty. Poza tym nie żyję samym tłumaczeniem – pracuję na pełnym etacie w bibliotece i to w różnych godzinach. Dlatego albo robię swoją „normę” przed pracą, albo po powrocie do domu. A w soboty i niedziele zaczynam o 7.30, żeby mieć później dzień na inne przyjemności niż przekład.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Tłumaczę przy rozkładanym stole, natomiast sczytuję na kanapie, z laptopem na kolanach.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Do niedawna były niemal wyłącznie papierowe, teraz i takie, i takie. Słowniki francusko-polski i włosko-polski oraz Kopalińskiego mam w wersji papierowej, ze Słownika poprawnej polszczyzny PWN korzystam on line, słowniki z różnych dziedzin (między innymi botaniczny, biblijny, samochodowy, biznesowy, ostatnio nawet Słownik wiedzy o policji) są oczywiście papierowe.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Tak na gorąco zaglądam do Wikipedii – często to wystarczy. Jeśli jest grubsza sprawa, wymagająca mozolnego przekopywania się, szukam w książkach w mojej bibliotece, a jeżeli nie znajdę, pędzę na upojne popołudnie do Narodowej.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Zostawiam czarną dziurę i jadę dalej, a nad trudnym słowem, wyrażeniem czy zwrotem co i rusz rozmyślam. Kiedy jest to coś, co trzeba zgrabnie przetłumaczyć i przenieść do naszej rzeczywistości bez przypisów, kombinuję w drodze do pracy, w autobusie, a nawet pod prysznicem. Kiedy utknę na terminie z jakiejś obcej mi dziedziny albo idiomie, który nie bardzo rozumiem, szukam w Internecie, wertuję książki, radzę się na naszym genialnym forum lub na innych forach. Czasem czarną dziurę udaje się zapełnić dopiero przy sczytywaniu.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Przed podjęciem decyzji przeglądam książkę, aby się upewnić, czy mi odpowiada. Przed tłumaczeniem wolę nie czytać od deski do deski, bo to mi psuje całą frajdę poznawania książki jak każdy czytelnik, zaciekawiony, co będzie dalej: kto zabił, czy on wreszcie wyzna jej miłość, czy ulubiona postać aby na pewno przeżyje.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Nie ma jednego najprzyjemniejszego momentu, ponieważ to jest tak wspaniały zawód, że niemal wszystkie są przyjemne. Pierwszy to propozycja tłumaczenia – kiedyś telefon, teraz e-mail. I ten dreszczyk podniecenia: co to będzie, jak się będzie nad tym pracowało. Drugi to postawienie ostatniej kropki, jeszcze przed sczytywaniem, bo najtrudniejsze już za mną. Trzeci przychodzi po odesłaniu przekładu – mam wakacje, nieważne czy jednodniowe, czy kilkutygodniowe, ale wakacje. Na koniec jest ta miła chwila, gdy biorę do ręki gotową książkę, najczęściej nie mogę się doczekać przesyłki i lecę do księgarni: a nuż jest?

A najmniej fajny?

Najmniej fajne są dwa: kiedy człowiek się narobi, natłumaczy, naszuka, a potem z książki nici, bo wydawca zmienił plany; i kiedy bardzo długo nie udaje mi się zapełnić czarnej dziury, chociaż przekopałam cały Internet, całą Narodową i moją bibliotekę i nawet na forach nie bardzo wiedzą.

Redaktor to…?

Najczęściej ktoś bardzo cenny, kto zna się na swojej robocie i patrzy na tekst świeżym, chłodnym okiem. Czasem potrafi wychwycić takie głupie błędy czy niedopatrzenia, że człowiek łapie się za głowę nie dowierzając, że mógł posadzić takiego babola. Bywa jednak, że zgrzytam zębami widząc, jak moje dobre zostało zmienione na gorsze. Na szczęście rzadko się to zdarza.

Od kogo uczysz się przekładu?

W zamierzchłych czasach, gdy akurat ja studiowałam romanistykę, na moim wydziale obowiązywała wyłącznie specjalność nauczycielska, nie było tłumaczeniowej. Mieliśmy wprawdzie zajęcia z przekładu, ale niewiele mi dały. Uczyłam się więc w praktyce, patrząc na poprawki redakcji, dyskutując z redaktorami. Bardzo dużo nauczyły mnie dwie panie redaktorki z Książnicy, z jedną z nich, Bożeną Sęk, współpracuję zresztą do dziś i zawsze skaczę z radości na wieść, że to właśnie ona dostała mój tekst.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym – żeby nie dali się spławić, żeby byli jak jak Andy Dufresne ze „Skazanych na Shawshank” i cierpliwie wysyłali do wydawców oferty współpracy, oraz żeby nie godzili się na zbyt niskie stawki. Starszym, szczególnie tym z STL – cóż, bądźcie nadal tacy cudowni, pomocni, radośni jak dotąd, żeby na Wasz widok człowiekowi aż się gęba śmiała.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Żeby przestał cenzurować sztukę, bo to nie ta epoka.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Chyba ani jedno, ani drugie, ani trzecie, czyli kawa. Po prostu w mojej głowie siedzi taki sierżancik, który wymachuje mi przed nosem małym pistolecikiem i powtarza: norma, nie zrobiłaś normy, do roboty. Czasami, kiedy chcę sobie zrobić dzień wakacji i rzucić wszystko, jego miejsce zajmuje taka zasuszona, sztywna jak kij paniusia, która patrzy na mnie z oburzeniem i mówi z wyrzutem: No wiesz?

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Dawniej był królik, na razie nie ma żadnego wspieracza. Może kiedyś będzie kot, jak przystało na tłumaczkę.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden zostawiam sobie, jeden oddaję do biblioteki, czasem wręczam w prezencie rodzinie i znajomym.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Dużo spaceruję, najlepiej po parku albo po lesie, spotykam się z moimi dorosłymi dziećmi albo znajomymi, jak nie bolą oczy, to czytam albo oglądam komedie i thrillery, czasem typowo po babsku idę powłóczyć się po sklepach.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Dawno, dawno temu, gdy na świecie nie było jeszcze Internetu, natknęłam się w pewnym tekście na „pierre alectorienne”. Nie miałam pojęcia, co to mogło być za dziwo ten cały kamień alektoryjny. Ileż ja się naszukałam, nagłowiłam, narozpaczałam. Wertowałam książki, pytałam wśród znajomych, ktoś nawet w moim imieniu zwrócił się do zaprzyjaźnionego geologa i nic. Aż pewnego dnia traf chciał, że natknęłam się w księgarni na Słownik wiedzy tajemnej Collina de Plancy’ego w przekładzie Michała Karpowicza, a w nim znalazłam informację, że starożytni wierzyli, iż ów kamień powstaje w żołądku koguta, jest wielkości ziarna bobu, dodaje odwagi i siły, a także chroni przed truciznami. Tak oto zagadka się wyjaśniła.

Ważne dla ciebie książki?

W młodości wiersze Grochowiaka, Brylla i Bursy, później cały Shaw (nie Bernard, tylko Irwin), Remarque, „Matka i córka” Moravii (nie podaję tłumacza, bo w oryginale).

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Może „Zawód ojca” Sorja Chalandona, który w tej po mistrzowsku napisanej, bardzo osobistej książce rozliczył się ze swoim dzieciństwem.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

W lipcu ukaże się książka z gatunku literatury kobiecej, która zawiera również przepisy na naturalne kosmetyki własnej roboty. Nie tak dawno ukazała się powieść Marca Levy’ego „(Nie)pamięć”, która ma w sobie jakąś magię.