Tłumaczka miesiąca – Katarzyna Rosłan « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Aktualności

Noworoczną tłumaczką miesiąca została Katarzyna Rosłan (zobacz profil). Przekłada książki z języka angielskiego. Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW (1998), tłumaczy literaturę od 2003 roku. Ma na koncie ponad 60 przekładów, które ukazały się w wydawnictwach: Świat Książki, Wielka Litera, Prószyński, Arkady, Dwie Siostry, Marginesy, Wilga, Dwukropek, WAB (zobacz poprzednie).

Na początek o początkach.

Początki były, jak to w życiu, całkiem niespodziewane – choć, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, dostrzegam pewną logikę. Bo po pierwsze, zawsze dużo czytałam, a po drugie, zawsze łatwiej mi było pisać niż mówić. Z wypracowań piątki, z wypowiedzi ustnej – tróje, i tak cały czas. Skończyłam lingwistykę stosowaną na UW, ale bez konkretnej wizji, co dalej. Niedługo po studiach dostałam dobrą, rozwijającą pracę w Ambasadzie Amerykańskiej (jako tłumaczka ustna rosyjsko-angielska w konsulacie) i myślałam, że zostanę tam do emerytury. Po urodzeniu syna zdecydowałam się jednak iść na urlop wychowawczy. Właśnie w tym okresie mąż, który pracował jako lektor angielskiego, przyniósł mi z jednej z firm, gdzie uczył pracowników – dużego wydawnictwa – moją pierwszą książkę. „Panie pytają, czybyś nie przetłumaczyła?”, powiedział. Ja na to, że jak to, skąd, przecież nie mam bladego pojęcia, jak to się robi i tak dalej. Postękałam, popanikowałam, ale oczywiście przetłumaczyłam. Pamiętam ten swój debiut, to była Encyklopedia kosmosu dla młodzieży. Potem panie raz na jakiś czas podsyłały mi kolejne drobne zlecenia. Kiedy okazało się, że po urodzeniu drugiego syna nie mam już czego szukać w Ambasadzie, wiadomo, czym się zajęłam… i tak to trwa do dziś. Mogę więc śmiało powiedzieć, że ta praca znalazła mnie sama. I sama ze mną została, bo chociaż na pewnym etapie życia szukałam innej pracy, na skutek rozmaitych zawirowań pozostałam jednak przy tłumaczeniu.

 Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Dzień. Dostosowuję się do rytmu dnia reszty rodziny i wykorzystuję czas, kiedy jestem sama w domu. Dodam, że moje biurko stoi w przestrzeni wspólnej, dzienno-kuchennej, co ma sporo zalet (bezpośrednie czuwanie nad ogniskiem domowym, czyli kominkiem, oraz garkuchnią, wpuszczanie i wypuszczanie kota, patrzenie, kto przechodzi chodnikiem itp.), ale równie wiele wad (brak izolacji od domowego bałaganu i harmidru, mnóstwo pokus). Pracuję mniej więcej od 9 do16, a potem często siadam jeszcze raz wieczorem. Dawniej zarywałam noce lub wstawałam bladym świtem, żeby pracować, teraz już nie.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

W tej kwestii panuje u mnie ścisły dwupodział – biurko, gdy piszę, a kanapa lub nawet łóżko, gdy sczytuję i poprawiam. Myślę, że to zależy od rodzaju aktywności. Czynne zajęcie narzuca zwartą i gotową pozycję, a bierne – swobodną. Inaczej się u mnie nie da.

 Słownik elektroniczny czy papierowy?

Oczywiście głównie słowniki elektroniczne, w pierwszej kolejności ulubiony Kościuszkowski. Z papierowych często sięgam po poradnik Polszczyzna na co dzieńSłownik frazeologiczny.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Niechętnie ruszam się z domu, to zajmuje za dużo czasu. Po cytaty objeżdżam na rowerze pobliskie biblioteki. Rolę Narodowej (oraz Wikipedii) pełni na szczęście Forum Tłumaczy Literatury, będące kompendium całej mądrości świata, więc najczęściej wystarczy zapuścić wici tam.

 Kiedy się zablokujesz, to…?

Oczywiście odrywam się od pracy. Często w takich chwilach samoistnie daję bezmyślnego nura w internet, ale strasznie mnie to denerwuje i staram się nie ulegać pokusie. Najczęściej wstaję od biurka i zmieniam rodzaj aktywności, a że w domu zawsze jest góra rzeczy do zrobienia, to z wyborem zajęcia nie mam żadnego kłopotu. W zimie trzeba dorzucić do kominka, w lecie można wyjrzeć na słońce, a w ogródku – wiadomo, nawet się nie obejrzysz, a już minęło pół godziny. Jeżeli po takiej krótkiej przerwie rozwiązanie nie pojawi się samo (a raczej się pojawia), wstawiam sobie do tekstu znaki zapytania i komentarz i piszę dalej, a drugie podejście robię później, najczęściej przy sczytywaniu. Kiedy czuję, że sama już na pewno nic nie wymyślę, zasięgam porady na niezawodnym Forum.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Należę do tych, co nie czytają. Dzięki temu książka do ostatniej chwili trzyma mnie w napięciu i to jest przyjemne uczucie. Jeżeli książka jest dobra, to często doczytuję sobie wieczorami, a jeżeli bardzo dobra – to doczytuję już w pierwszych dniach pracy.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Wiele takich jest. Przede wszystkim cały pierwszy etap pracy, ten aktywny, czyli samo pisanie. Po prostu lubię to robić. Postawienie ostatniej kropki, czyli zwieńczenie tego etapu, też. Domykanie porcji dziennej z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku – jeżeli oczywiście to, ile udało mi się zrobić, mnie satysfakcjonuje.  Rozwiązywanie zagadek językowych i kulturowych, chwile, gdy elementy układanki wskakują na swoje miejsca, małe i większe olśnienia, świadomość, że akurat podeszło mi właściwe słowo – to wszystko są moje przyjemności.

A najmniej fajny?

Szczerze nie cierpię etapu drugiego pracy nad książką, czyli procesu tak zwanej autoredakcji. To zajęcie zawsze mi się skrajnie dłuży, męczy mnie i wpędza w stan ogólnego otępienia. Wtedy zanika u mnie zdolność do trzeźwego osądu, czy to, co czytam, jest dobre, czy złe. Może to dlatego, że jestem z natury aktywna, spełniam się raczej w działaniu, a sczytywanie tekstu jest dla mnie zajęciem zbyt biernym. A może dlatego, że jestem wobec siebie bardzo krytyczna i za mało wierzę we własną intuicję.

 Redaktor to…?

Do pewnego czasu – nikt. Przez wiele lat ktoś taki jak redaktor (poza prowadzącym) w ogóle nie figurował na mojej liście pojęć, ponieważ byłam całkowicie nieświadoma, że mam prawo domagać się tekstu po redakcji.  Żyłam w zupełnej izolacji od środowiska zawodowego i dopiero gdy dzięki Stowarzyszeniu i Forum Tłumaczy Literatury ta izolacja została przerwana, dowiedziałam się, że przedstawienie mi zmian w tekście do akceptacji jest obowiązkiem wydawnictwa. Inni tłumacze otworzyli mi oczy, że to najzwyczajniejsza w świecie procedura, której wydawnictwa dla wygody operacyjnej unikają. Dziś redaktor to dla mnie przede wszystkim nauczyciel, który poprawia moje błędy, dzięki czemu mam szansę nie powtarzać ich w przyszłości. Oczywiście lubię redaktorów dobrotliwych i wyrozumiałych, a nie takich, którzy za wszelką cenę chcą mi udowodnić, że się mylę albo wszędzie zmieniają „gdy” na „kiedy” lub na odwrót. Spotykałam się z obydwoma typami, na szczęście ze znaczną przewagą tych pierwszych. Bardzo lubię te rozmowy podczas pracy nad książką.

 Od kogo uczysz się przekładu?

Od pewnego czasu najbardziej od koleżanek i kolegów po fachu, którzy na łamach Forum Tłumaczy Literatury bez ustanku prowadzą arcyciekawe, merytoryczne i błyskotliwe rozmowy o przekładzie we wszelkich jego odsłonach. Forumowe burze mózgów po prostu otwierają mi głowę. Jestem pod wielkim wrażeniem tej zbiorowej siły: erudycji, mądrości, kreatywności, wyobraźni. Czerpię z niej, ile się da. Bardzo ważnym źródłem inspiracji są dla mnie książki polskich autorów. Czytam je ze świadomością, że oto mam do czynienia z naturalną, niczym nie skażoną polszczyzną, której nikt do niczego nie naginał. Staram się o tym pamiętać, gdy sama piszę.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym – że uwaga, bo ta praca uzależnia, i to jak. Że uwaga, bo z czasem zaczyna się wpadać na wielkie szklane ściany w centrach handlowych (jeżeli się tam człowiek nieroztropnie zapędzi), jeść na stojąco (bo już nie chce się siadać) oraz działać społecznie (bo ciągnie do ludzi). I że to wielka satysfakcja – wiedzieć, że idzie się w życiu własną drogą i robi coś swojego, ale że za to jednak się płaci. A starszym – że nie mam najbledszego pojęcia, jak sobie radzili w czasach przed internetem. I że zazdroszczę im tego, że dawniej praca nad przekładem przebiegała spokojniej, w bezpośrednim kontakcie z redaktorem zatrudnionym na etacie w wydawnictwie (a przynajmniej tak słyszałam). Myślę, że to była wielka wartość i tego mi bardzo brakuje.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Ministrowi kultury chciałabym powiedzieć jedną bardzo ważną i aktualną dla mnie rzecz. Mianowicie, że jeżeli leży mu na sercu dobro języka polskiego, jakości słowa pisanego i czytelnictwa, powinien dołożyć starań, by twórcy, w tym tłumacze, mogli w spokoju duszy pracować do starości. Wiadomo, im starszy człowiek, tym mądrzejszy. A nie – tak jak ja to będę musiała za chwilę zrobić – w pewnym wieku (w kwiecie tłumackiego wieku, że tak powiem, czyli wtedy, gdy już zdobyło się jakieś doświadczenie i jest się w miarę świadomym tego, co się robi) porzucać zajęcie życia, żeby pójść gdzieś na etat i zarobić sobie na emeryturę. W moim przekonaniu minister kultury powinien lobbować za sensownym systemem emerytur dla twórców. Och, jak chciałabym pracować dalej w moim zawodzie i nie martwić się o przyszłość!

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Ten rok upłynął mi pod znakiem pysznej kawy ze spienionym mlekiem, bo dostałam na urodziny od dawna upragniony ekspres. Piję dużo herbaty, czarnej i zielonej. W chwilach ekstremalnego kryzysu ratuję się colą, która (zapewne ze względu na zawartość cukru) jest jedynym napojem błyskawicznie stawiającym mnie na nogi.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mam kota, ale jest niezależny, wałęsa się po okolicy i nieszczególnie mnie wspiera. Chociaż może i na swój sposób wspiera – dba o moją higienę pracy, bo muszę co chwila wstawać od biurka, żeby go wpuścić lub wypuścić. Są dni, kiedy co pięć minut albo miauczy pod drzwiami, albo wali łapami w okno. Urozmaica mi tak życie. Ostatnio urozmaicił mi je trochę za bardzo – przywlókł skądś pchły i zapchlił nam dom. Akurat w najgorętszym okresie tuż przed dwoma równoległymi dedlajnami, a jakże. Było trochę roboty.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeżeli rzecz jest warta chwalenia się, rozdaję znajomym lub w prezentach. Jeżeli niewarta, zalegają.

 Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

W ramach BHP zmuszam się do aktywności fizycznej, to znaczy do chodzenia z kijkami. Robię to rano, w ramach rozruchu przed pracą. Czasem udaje mi się wytrwać w tym nawet dosyć długo, ale w okresach największego natężenia pracy niestety wszystko idzie na marne. Dwa razy w tygodniu chodzę na pilates. Wszędzie jeżdżę rowerem. I ogólnie staram się utrzymać pracę w ryzach, tak żeby nie rozwlekała się na cały dzień. Wtłoczyć ją w ramy „od-do” i zachować względną normalność. Czasem ciężko z tym bywa. W weekendy nie pracuję, zajmuję się domem, staram się w ogóle nie otwierać komputera. Mój relaks? Hm… praca w ogródku? Książka przed snem? Jak się uda, niedzielny spacer w lesie.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Kompulsywnie przełykam ślinę, gdy bohater mojej książki przełyka ślinę. Co robić, tak mi się zrobiło. Zdarzyło mi się pomylić kolejność tomów tłumaczonej serii – zamiast pierwszego najpierw zrobiłam drugi, co zabawne, do końca niczego nieświadoma. Miałam też taki przypadek, że wydawnictwo sporządziło adaptację całej pięciotomowej serii na podstawie moich tłumaczeń. Oczywiście (mimo moich natarczywych nalegań) nie dając mi niczego do akceptacji. To, co powstało, na tyle odbiega od oryginału, że nie sądzę, aby autorka była zadowolona.

Ważne dla ciebie książki?

Nie będę tu szczególnie oryginalna ani ambitna. Od dzieciństwa książkami mojego życia są Muminki. Zawsze wymieniłabym je na pierwszym miejscu i to się pewnie nie zmieni. A najważniejsze są dla mnie chyba te książki, do których stale wracam, bo co jakiś czas mam po prostu ochotę choćby na parę rozdziałów zajrzeć do ich świata. Nie muszę czytać całości. Takie książki-ucieczki, książki-oazy. Wymienię tu sagi Rosamunde Pilcher, brytyjskiej pisarki, która ma cudowny dar snucia barwnych, wielowątkowych opowieści o zwyczajnym świecie, w którym ostatecznie zwycięża dobro, pełnym żywych, różnorodnych postaci, krajobrazów Szkocji i Kornwalii i starych angielskich domostw z piecem Aga i kamienną podłogą. Oraz Nicholasa Evansa (Zaklinacz koni, W pętli, Serce w ogniu) który niestety zatruł siebie i rodzinę grzybami (niechcący, oczywiście) i przestał pisać, a był dla mnie mistrzem opowiadania. Co ciekawe, książki obu tych autorów poznałam w oryginale i tylko tak mnie do siebie przyciągają. Ogólnie lubię czytać wszystko, co opowiada o szeroko pojętej zwyczajności. Wszelkie udziwnienia w literaturze mnie odpychają.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Nie chwaląc swoich przekładów (do których zresztą sama nigdy nie zaglądam, więc ostatecznie nie wiem, ile i czego tam nasadziłam), poleciłabym Imperium Thomasa Kelly’ego (wyd. Wielka Litera) – poruszającą historię, która toczy się w skorumpowanym Nowym Jorku lat 20. wokół budowy Empire State Building. A dla dzieci – Ewolucję Calpurnii Tate Jacqueline Kelly (wyd. Dwie Siostry) i jej kontynuację. Proszę, co za niespodziewana zbieżność nazwisk moich dwóch najlepszych autorów! Przypadek czy nie przypadek…

 Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Książka, którą właśnie skończyłam, należała do najtrudniejszych, nad którymi pracowałam w życiu. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak ambitnie – i w warstwie językowej, i kulturowej – bo była to książka młodzieżowa. Współczesna powieść osadzona w Hollywood, napisana w dużej części żargonem światka filmowego, naszpikowana poukrywanymi odniesieniami do tamtejszych realiów. Mam tysiąc znaków zapytania i jeszcze więcej obaw, bo niektórych rzeczy nijak nie dało się oddać. Na pocieszenie w Dwóch Siostrach ukazała się właśnie druga część przygód mojej ulubionej Calpurnii, Niezwykły świat Calpurnii Tate. Całkowicie moje klimaty. Teraz dla odmiany zabieram się za poradnik dla rodziców.