Aktualności

Z pierwszym tygodniem maja pojawia się u nas majowa tłumaczka miesiąca STL (czytaj poprzednie). Magdalena Zielińska przekłada z języka angielskiego prozę, literaturę faktu, literaturę dziecięcą i młodzieżową (zobacz profil). Co sprawia, że czas płynie inaczej? Czym są cudotwórcze przeprosty? I dokąd prowadzi algorytm google’a? O tym, między innymi, w naszej ankiecie. Zapraszamy!

Na początek o początkach.

Słowem wstępu chciałam uczciwie zaznaczyć, że tłumaczenie nie jest moją główną pracą. W zasadzie tłumaczką jestem „po godzinach”, rzec by można: hobbystycznie. Tłumaczenie nigdy nie było dla mnie jedynym źródłem utrzymania (zawodowo zajmuję się psychoterapią). Przed laty pracowałam też w wydawnictwie – tłumackie rzemiosło znam więc z obu stron barykady.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Zdecydowanie nie noc. W nocy się śpi. Wstaję dość wcześnie, więc o 23:00 niewiele już rozumiem po polsku, a co dopiero po angielsku. Tłumaczę najczęściej wieczorami, w ciągu dnia tylko wtedy, gdy nie ma mnie akurat w gabinecie i gdy potomstwo jest w szkole. Z tego powodu nie tłumaczę sprintem – mam jednak inne zalety.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Biurko, albo stół kuchenny (jeśli się trzeba obłożyć papierzyskami). Niezależnie od miejsca, co godzinę należy przerwać pracę, wstać i się poruszać, by uniknąć zakrzepicy, najlepiej także wykonać kilka przeprostów, żeby dysk nie wypadł.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Najchętniej elektroniczny, online, chyba że tłumaczę gdzieś, gdzie nie dociera internet.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Nie ograniczam się. Idę tam, dokąd zaprowadzi mnie algorytm google’a i zdrowy rozsądek. Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby ktoś sprawdził moją historię wyszukiwań… Pomocni są też zaprzyjaźnieni native speakerzy, z którymi rozstrzygam to, co słownikowo nierozstrzygalne. Niekiedy kontaktuję się z autorem, by wyjaśnić wątpliwości.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Jestem psycholożką, potrafię się odblokować. Jeśli jednak z jakiegoś powodu jest to zbyt trudne, wystarczy, że wchodzę na tłumackie forum na FB, które pełni także funkcję grupy wsparcia. Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić koleżanki i kolegów z internetu: cześć pracy!

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

A jaki jest deadline? A tak poważnie to zawsze staram się o tłumaczonej książce dowiedzieć jak najwięcej: czytam omówienia, recenzje zagraniczne, materiały od agenta/wydawcy, etc. Jeśli wiem, czego się mogę w tekście spodziewać, to uznaję, że nie muszę czytać całości – wystarczy jak uważnie przekartkuję, by wyeliminować ryzyko przykrej niespodzianki na końcu, np. rozszyfrowania znaczącego pseudonimu bohatera, który pojawia się na pierwszej stronie. Jeśli tłumaczę nonfik, przygotowuję się czytając książki na dany temat, a także gromadząc polskie wydania tekstów, z których będę cytować – bardzo nie lubię odrywać się w trakcie pracy, żeby biec do biblioteki, wolę już nawet kupić książkę na allegro. Zawsze natomiast czytam kilkanaście stron do przodu od miejsca, w którym tłumaczę. Mam wtedy poczucie celowości tłumaczenia, wiem dokąd zmierza akcja, co się wydarzy za chwilę, jak rozwinie się dialog.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Gdy się ma flow. Gdy się człowiek zapada w język, a trafne sformułowania same przychodzą pod palce, jakby je kto podkładał. Gdy osiąga się taki poziom skupienia, że czas płynie jakoś dziwacznie, rozciąga się albo skraca. Gdy człowiek głowi się nad jakimś wyrażeniem, a ono pojawia się we śnie, albo w czyjejś rozmowie w tramwaju.

A najmniej fajny?

Gdy jestem w połowie przekładu i przychodzi mail, że mam nieostateczną wersję pliku. Trudno też tłumaczyć coś, co mi się literacko nie podoba. Muszę wówczas zwalczyć wewnętrznego redaktora (ma się te nawyki) i nie poprawiać po autorze. Nie lubię też, gdy jakieś wydarzenie losowe sprawia, że nie wyrabiam dziennej normy stron i muszę się potem ścigać sama ze sobą.

Redaktor to…?

Też człowiek. Więc także się myli. Z wiekiem coraz mniej się obawiam negocjowania swoich rozwiązań językowych z redaktorami. Jeśli się zaś trafi na dobrego redaktora: czujnego, oczytanego, znającego polszczyznę, zyskuje zarówno książka (a więc czytelnik) jak i tłumacz (o czym poniżej).

Od kogo uczysz się przekładu?

Od dobrych redaktorów, od innych tłumaczy. Najlepszą szkołą była dla mnie praca w wydawnictwie i przyjmowanie tłumaczeń do publikacji. Jak się przez parę lat poprawia cudze przekłady, to zna się chyba każdy rodzaj błędów (ale i świetnych rozwiązań). Moje pierwsze książki dawałam do przeorania przyjacielowi z branży, bo ufałam mu w kwestiach językowych i wiedziałam, że nie zgnoi mnie bez powodu. Oddawał mi je mocno (ekhm!) pokreślone – bo to jeszcze w czasach papieru było – z preambułą: „No więc wiadomo, że cię lubię i w ogóle, więc nie tracąc czasu, przejdę od razu do tego, co spieprzyłaś”, po czym następowała lista tłumackich przewin. Kapitalne szkolenie.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym: nie bójcie się, każdy kiedyś zaczynał i (niemal) każdy ma na koncie książkę, którą chciałby wycofać z obiegu! Starszym: jak wy to robiliście przed internetem?!?

 A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

To bez znaczenia. I tak nie posłucha.

 Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Deadline. No chyba że książka jest taka fajna/ciekawa, że niemal sama się tłumaczy. Z płynów – kawa.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Przede wszystkim wspiera mnie mój mąż, któremu najbardziej zależy, żebym już skończyła i miała wolne wieczory.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden odkładam do archiwum (czyli na specjalną półkę), resztę rozdaję osobom zainteresowanym.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Patrzę w dal (to ważne dla oczu, okulistka mi mówiła), słucham muzyki, czytam książki napisane ładnym językiem, rozmawiam z życzliwymi ludźmi. No i przeprosty, trzeba robić przeprosty, bo inaczej plecy nawalą!

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Znam tylko nieciekawe.

Ważne dla ciebie książki?

To z reguły książki, które współgrają z czymś, co we mnie aktualnie gra – jakąś myślą, emocją, problemem. Wtedy robi na mnie wrażenie, budzi podziw, że autor(-ka) potrafił(-a) tak celnie oddać moje myśli. Albo to książki, które zachwycają mnie językiem. Albo te, z których uczę się czegoś ważnego. Nie chcę wymieniać konkretnych tytułów, bo zebrało się ich zbyt wiele. Ostatnio na przykład wróciłam do tekstów z okresu drugiej fali feminizmu i ważne dla mnie było to, że wzmocniłam się ich energią.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Maja Bursztyn idzie do drugiej klasy.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Chwilowo jestem między przekładami. Niedawno skończyłam quasi poradnik dla świeżo upieczonych rodziców, a ostrzę sobie klawiaturę na bardzo interesującą książkę psychoterapeutyczną. Zaś ostatnia wydana książka w moim przekładzie to Naczelne z Park Avenue, czyli popantropologiczna analiza żeńskiej części elity finansowej z Nowego Jorku.