Aktualności

W nieco opóźnionej lutowej edycji tłumaczką miesiąca STL (czytaj poprzednie) jest Maria Schneider, tłumaczka francuskiego i hiszpańskiego, absolwentka filologii romańskiej UAM w Poznaniu, tłumacz przysięgły, była lektorka języków obcych PAN i wykładowca, która obecnie zajmuje się wyłącznie tłumaczeniami (zobacz profil).  Opowiada nam o zwierzęcych muzach, o tym, czy w trzy dni można przetłumaczyć libretto, o godzeniu przekładu literatury z pracą „dla chleba” oraz niestety… o niekompetencji polskich sądów i braku zrozumienia charakteru pracy tłumacza. Zapraszamy do lektury!

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Kiedy dzieci były małe zdecydowanie, wolałam pracować w nocy. Obecnie zmieniam się z sowy w skowronka, budzę się rano i lubię pracować, kiedy jeszcze nie ma nikogo w biurze.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Zdecydowanie biurko, mam duży 26-calowy monitor. Tłumaczę też w łóżku, mam duży notebook i  specjalny stoliczek. Kiedy już nie daję rady wysiedzieć przy biurku, a muszę tłumaczyć dalej, albo kiedy jestem chora, to leżę w ciepłej sypialni i dalej tłumaczę.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Leksykonia i wszystkie inne możliwe słowniki internetowe są zdecydowanie praktyczniejsze, ale kiedy mam problemy z pewnymi wyrażeniami, sięgam do słowników papierowych, mam niezłą kolekcję.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Ze wszelkich możliwych źródeł. Kiedyś częściej korzystałam z bibliotek, teraz głównie z Internetu. Ale lubię też korzystać z drukowanych materiałów.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Biorę psa i idę na spacer się dotlenić. Niekiedy napada mnie atak prokrastynacji, robię porządek na moim biurku, atakuję artystyczny ład na biurkach moich współpracowników, ustawiam książki na baczność, łapię się za pędzel i odświeżam pomieszczenia w domu albo meble. Czasami po prostu biorę dobrą książkę i usiłuję się w ten sposób zresetować. Niekiedy wpadam do kuchni i gotuję coś dobrego.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Ja czytam. Przy tłumaczeniu książek, które traktuję jako odskocznię od zwykłych tłumaczeń, jest dla mnie bardzo ważne, aby identyfikować się z autorem. Książka musi mi się podobać, inaczej nie podejmuję się tłumaczenia.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Kiedy wpadam „w ciąg”, nic mnie nie blokuje, tracę poczucie czasu i gdyby nie pies, mogłabym tak pracować wiele godzin bez przerwy. A także kiedy otrzymuję książkę po korekcie redaktora.

A najmniej fajny?

Kiedy się na czymś zablokuję i nie udaje mi się rozwiązać szybko problemu, a termin oddania „mnie goni”.

Redaktor to…?

W przypadku tłumaczenia Motyla i tornado mój redaktor był dla mnie wielką pomocą, ucieszyłam się, kiedy zgodził się na redakcję mojego kolejnego tłumaczenia. Moim idolem jest współpracująca ze mną tłumaczka hiszpańskiego, kiedyś częściej weryfikator i redaktor, teraz już tylko tłumacz. Mówiliśmy o niej „magister przecinek”, ale po roku czy dwóch współpracy jej autorytet był niepodważalny. To ona wypleniła u mnie stosowanie „iż”. Teraz „iż” jest dopiero na drugim miejscu po „że”.

Od kogo uczysz się przekładu?

Dla mnie ideałem w zakresie literatury hiszpańskojęzycznej był i jest Carlos Marrodan Casas. Od kiedy jestem tłumaczem, literaturę w znanych mi językach czytam zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu. Kiedy zaczynałam działalność gospodarczą, podziwiałam Przemysława Znanieckiego, tłumacza, który wspaniale potrafił godzić tłumaczenie literatury z pracą „dla chleba” w tłumaczeniach biznesowych. Mój obecny idol w zakresie tłumaczeń z francuskiego to Beata Geppert, której tłumaczenia pożeram przed lekturą oryginałów. Lektura jej tłumaczenia Uległości Houellebecqa skończyła się nieprzespaną nocą. I znalazłam tylko dwie literówki .

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom?

Doradzam im dużo dobrej lektury. Powtarzam, że zawód tłumacza jest cudowny, jednak często oznacza ograniczenia finansowe, szczególnie przy tłumaczeniu literatury. Przypominam, że znajomość języka tłumaczonego to dopiero pióro, które nie czyni nas pisarzem. Zajęcie, które wymaga od nas pokory. Pamiętajcie, aby się nie poddawać!

A starszym?

Sama jestem dinozaurem, niestety z lekkim bagażem literackim. Podziwiam innych, którym udało się wcześniej zrealizować marzenia. Może powiedziałabym, że warto się dzielić swoja wiedzą i doświadczeniem z innymi?

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Jeśli nie ma mecenasów sztuki, sztuka nie ma możliwości rozwoju. Według mnie obecnie to Minister Kultury powinien pełnić funkcję mecenasa. Ale niestety chyba się do tego nie poczuwa. Dodałabym także, że wielokulturowość to nasz największy skarb. A cenzura lub jej próby to największe zło.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Duże ilości kawy, yerba mate, czasami kieliszek białego wina.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Dwa koty Izyda i Kismet oraz pies Rabarbar. Kiedyś wspierała mnie koszatniczka, siedząc mi na ramieniu. Pies jest cudowny, kiedy się blokuję, wyprowadza mnie na spacer i dodaje energii, mój Rabarbar to moja Muza.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję przyjaciołom, zwykle egzemplarze autorskie mi nie wystarczają i dokupuję dodatkowe w wydawnictwie.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Spotykam się z przyjaciółmi, idę do teatru albo uciekam na inny kontynent, do Ameryki Południowej albo gdzie diabeł mówi dobranoc. Łapię Pokemony albo gram w Gems of War.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Będą dwie. Pierwsza historia to zamówienie na wykonanie w ciągu 3 dni tłumaczenia Purpury róży, libretta operowego pióra Pedra Calderona de la Barca, wielkiego poety i dramatopisarza hiszpańskiego Złotego Wieku. Skończyło się na zmianie zakresu zlecenia, w podanym mi do dyspozycji czasie napisałam 4-stronicowe streszczenie libretta.

Druga anegdota jest świeża i bardzo gorzka. W poznańskim Sądzie Okręgowym na rozprawie Maria Schneider przeciwko ZUS, w sprawie mojego odwołania się od decyzji zmiany klasyfikacji podpisywanych przez mnie z tłumaczami Umów o Dzieło na Umowy Zlecenia, pani radca dowodziła, że w przypadku tłumaczeń nie można mówić ani o dziele, ani o prawach autorskich, ponieważ tłumaczenia nie stanowią działalności twórczej. „Tłumacz nic nie tworzy, on tylko zamienia jedne słowa na drugie. Był, jest, była. I nie ma praw autorskich”. Sędzia nie dopuścił mnie do głosu. Głos mógł zabrać jedynie mój adwokat. Ale miałam wrażenie, że jego wyjaśnienia brzmiały niczym rzucanie grochem o ścianę. A kiedy na ogłoszeniu wyroku Sędzia stwierdził, że sporne tłumaczenia nie są dziełem, ponieważ tłumacz „nie wkłada w nie kunsztu”, padłam.

Ważne dla ciebie książki?

Trudno mi wybrać, większość przeczytanych książek była dla mnie bardzo ważna, ich waga zmieniała się wraz z upływem czasu, mam jednak moją ponadczasową dwunastkę: Piana złudzeń B. Viana; Mały książę A. de Saint-Exupéry’ego; Sto lat samotności G. G. Márqueza; Paragraf 22 J. Hellera; Kubuś Puchatek A. A. Milne’a; Folwark zwierzęcy G. Orwella; Cień wiatru C. R. Zafona; Mistrz i Małgorzata M. Bułhakowa, Buszujący w zbożu J. D. Salingera, Platero y yo J.R.Jimenza, Komu bije dzwon E. Hemingwaya, Życie jest snem P. Calderona de la Barca.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Nie mieliby dużego wyboru. Na pewno poleciłabym Motyla i tornado: teoria chaosu i zmian klimatycznych Carlosa Madrid w serii Świat jest matematyczny.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Od roku tłumaczę polskim organom Ubezpieczeń Społecznych, że nie jestem wielbłądem i że proces tłumaczenia jest działaniem twórczym, a tłumaczenie jest dziełem. Tłumaczę także polskim organom sprawiedliwości powyższy fakt, co niestety uniemożliwi mi, do czasu zakończenia sprawy, a ściślej spraw, zajęcie się naprawdę kreatywną działalnością tłumaczeniową.