Aktualności

Nadejście czerwca oznacza wywiad z nowym tłumaczem miesiąca STL (czytaj poprzednie). Barbara Niedźwiecka jest tłumaczką literatury niemieckojęzycznej. Najchętniej przekłada beletrystykę, nie stroni od poradników i literatury faktu (zobacz profil). W wolnych chwilach chętnie gotuje i zajmuje się ogrodem. Jest mamą dwójki dzieci. Mieszka w okolicach Warszawy. Ile jest przyjemnych chwil w tłumaczeniu? Co powinien zrobić minister kultury dla tłumaczy? Czym jest ashvagandha?  Te kwestie, między innymi,  porusza w ankiecie Barbara Niedźwiecka. Zapraszamy!

Na początek o początkach.

Zaczęłam od tłumaczenia tekstów użytkowych na potrzeby biur tłumaczeń, osób prywatnych i firm niemieckich, w których byłam zatrudniona w charakterze asystentki i tłumaczki. Nim zdążyłam dojrzeć do myśli, żeby starać się o zlecenia od wydawnictw, los mnie uprzedził. Okazało się, że znajomy męża pełni kierowniczą funkcję w jednym z warszawskich wydawnictw. Tak więc pierwszą książkę dostałam „po znajomości”. To doświadczenie ośmieliło mnie do prób nawiązania kontaktu z innymi wydawcami i niedługo potem zdobyłam już samodzielnie kolejne książki do tłumaczenia.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Wyznaję zasadę, że dzień jest do pracy, a noc do spania. Wstaję bardzo wcześnie, najwcześniej z rodziny. Nim reszta się pobudzi, ja mam już sporo przetłumaczonego tekstu. Około godziny ósmej odwożę córkę do przedszkola, potem wracam do pracy. Około trzynastej szykuję obiad, potem przywożę córkę. Po drodze nierzadko zahaczamy o miejscową lodziarnię i/lub placyk zabaw. Późnym popołudniem i wieczorem dalej tłumaczę. Iza już się nauczyła, że nie wolno mi przeszkadzać. Czasem o tym zapomina, ale jeśli nie mam opóźnień, przyjmuję to cierpliwie i poświęcam jej swoją uwagę. Nie chcę, żeby czuła się odrzucona. Około dwudziestej mój organizm sam mówi, że „na dziś już starczy”.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Zdecydowanie biurko i komputer stacjonarny. Pozycja horyzontalna mnie rozleniwia. Poza tym dużą zaletę ma dla mnie rozmiar monitora. Lubię mieć podzielony ekran: z lewej pdf, z prawej dokument Worda, a w przeglądarce pootwierane zakładki z różnymi słownikami.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Mam mnóstwo słowników papierowych z dawnych czasów, ale już dawno do żadnego nie zaglądałam. Korzystam ze słowników dostępnych online. Przystępując do pracy, automatycznie otwieram w przeglądarce moje ulubione słowniki.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Zdecydowanie Wikipedia i ogólnie zasoby online, które stale się zwiększają i dzięki którym nie jestem zmuszona odrywać się od komputera i jeździć po bibliotekach. Dla mnie wyjazd do Narodowej byłby prawdziwą wyprawą, gdyż mieszkam aktualnie na wsi, około 50 km od Warszawy. Sam dojazd pochłonąłby mi mnóstwo czasu, który wolałabym wykorzystać bardziej produktywnie. Mam to szczęście, że wszelkie cytaty, które ostatnio spotykam w tłumaczonych przeze mnie książkach, pochodzą od klasyków, a ci są łatwi do odnalezienie w necie.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Kiedy się zablokuję, to przeskakuję trudny fragment tekstu i wracam do niego później, gdy jestem wypoczęta. Często taka blokada wynika z przemęczenia. Zdarza się, że jakieś z pozoru zawiłe zdanie okazuje się wcale nie takie skomplikowane przy drugim podejściu, gdy człowiek ma świeżą głowę i energię po dobrze przespanej nocy.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Nie czytam, tylko od razu przystępuję do pracy. Dzięki temu przysparzam sobie emocji związanych z niepewnością, jak dalej potoczą się losy bohaterów i co jeszcze się wydarzy. Raz tylko nie wytrzymałam i po prostu musiałam doczytać książkę do końca. Był to niesamowicie ciekawy thriller, przejmujący do szpiku kości.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

W tłumaczeniu jest tyle przyjemnych chwil, że trudno je wymienić. Są nimi: moment otrzymania nowej książki, satysfakcjonujące poradzenie sobie z trudnym fragmentem, sczytywanie gotowego tekstu, słowa uznania ze strony redaktora… Przyjemna jest też świadomość, że człowiek siedzi sobie w domu, nie ma nad sobą żadnego szefa, nie musi rano, deszcz czy słońce, dojeżdżać do roboty. W każdej chwili można sobie zrobić przerwę, gdy się tego domaga organizm.

A najmniej fajny?

Stresujący jest dla mnie moment, gdy muszę wcisnąć „Wyślij” w mailu z gotowym tłumaczeniem. Boję się, że coś przeoczyłam, coś mogłam zrobić lepiej, popełniłam jakąś gafę. Ale pocieszam się, że tekst jeszcze do mnie wróci do korekty autorskiej.

Redaktor to…?

Przyjaciel i nauczyciel. Współpracuję przeważnie z jednym wydawnictwem i jednym redaktorem, z którym doskonale się dogadujemy. Jest bardzo czujny, wyłapuje błędy, których nie dostrzegłam, zaznacza niefortunne sformułowania, wysuwa swoje propozycje. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Wiem, że dzięki niemu moje przekłady wiele zyskują. Jednocześnie analiza jego redakcji merytorycznej jest dla mnie bardzo pouczająca.

Ostatnio miałam w większości bardzo dobre doświadczenia z redaktorami. Wciąż jestem pod wrażeniem ich przenikliwości. Ale zdarzały się też złe doświadczenia. Kiedyś redaktorka potraktowała mój tekst bardzo powierzchownie, bo podczas korekty autorskiej znalazłam całkiem sporo niepoprawionych literówek, powtórzeń i niezamierzonych rymów. Innym razem młoda osóbka świeżo po studiach „poprawiła” mi dobre zwroty na ewidentnie złe. Na szczęście były to nieliczne przypadki, ale zaszczepiły we mnie nieufność do redaktorów. Wolę w miarę możliwości wszystko sama doszlifować, bo redaktor nie zawsze jest dość wnikliwy albo kompetentny. A poza tym gotowy produkt powinien być moim tekstem, a nie redaktora.

Od kogo uczysz się przekładu?

Pouczająca była dla mnie książka Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu Krzysztofa Hejwowskiego. Bardzo sobie też cenię kurs redakcji merytorycznej PTWK, który stanowi swego rodzaju cezurę w mojej karierze tłumaczki. Od czasu jego ukończenia bardziej świadomie dokonuję decyzji w procesie tłumaczenia książek. Kiedyś uczestniczyłam regularnie w tzw. „sztamtyszach” tłumaczy języka niemieckiego. Spotykaliśmy się w warszawskich kawiarniach, Domu Literatury lub w bibliotece Instytutu Goethego i na każdym spotkaniu ktoś z nas prezentował fragment swego tłumaczenia, które podlegało wnikliwej analizie ze strony innych. Mocno angażowałam się w te spotkania i wiele z nich wyniosłam. To na nich zrodziła się idea stworzenia Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Wiele daje mi też oczytanie. Od zawsze byłam molem książkowym i jestem wrażliwa na piękno oraz klarowność języka oraz logikę wypowiedzi.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym tłumaczom powiedziałabym, że to piękny zawód, ale trzeba do niego mieć też predyspozycje. Nie każdy potrafi siedzieć całymi tygodniami i miesiącami w izolacji od świata. Nie każdy ma dość dyscypliny, by codziennie odrobić swoją „pańszczyznę”. Nie wystarczy znać język obcy, żeby tłumaczyć. Podczas tłumaczenia trzeba myśleć po polsku, zdystansować się na tyle, żeby móc przekazywać myśl autora, a nie obcą składnię polskimi słowami.
Starszym tłumaczom chciałabym wyrazić podziw i uznanie, że radzili sobie bez komputerów i bez internetu. Dla mnie krótka przerwa w dostępie do netu jest stresującym utrudnieniem, gdy akurat potrzebuję sprawdzić jakieś słowo albo fakt.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Poruszyłabym kwestie sytuacji finansowej tłumaczy literatury. Przy niskich stawkach i braku uczestnictwa w zyskach ze sprzedaży książek zapewnienie sobie godziwego bytu bez wsparcia małżonka i bez dodatkowej pracy jest bardziej niż trudne. Poprosiłabym też, by w ramach akcji promujących czytelnictwo uwzględniano i podkreślano rolę tłumacza, który często jest niewidoczny i spychany na margines.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Najwięcej energii daje mi miłość do pracy. Nie potrzebuję specjalnych stymulantów. Ale owszem, wspieram się różnymi adaptogenami, jak na przykład ashvagandhą czy żeńszeniem. Moją wielką przyjaciółką jest kombucza, którą sama robię z rozmaitych herbat, ziół i owoców w dużym pojemniku fermentacyjnym. Jest niezastąpiona w upały, szczególnie porządnie schłodzona w lodówce.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Mam dwa psy – Tobiego i Tolę, które uwielbiają towarzyszyć mi przy pracy. Zwykle włażą pod biurko, zwijają się w kłębek i śpią. Latem eksmituję je na podwórko, ale w sezonie zimowym praktycznie cały czas przebywają koło moich nóg, nierzadko przydają się jako termofory.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden odstawiam na specjalną półkę z moimi tłumaczeniami, resztę rozdaję rodzinie, przyjaciołom, znajomym, oddaję do biblioteki.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Robię przerwy, podczas których się rozciągam i ogólnie poruszam. Biegam, spaceruję i dbam o rośliny w ogrodzie. Często spoglądam w dal i używam okularów ajurwedyjskich.

Dla przerwania izolacji wybieram się na zakupy, biorę udział w jakimś wydarzeniu kulturalnym, spotykam z przyjaciółmi albo rozmawiam z nimi na skajpie.

Ważne dla ciebie książki?

Są to książki, które przeczytałam jeszcze w podstawówce albo liceum, ale tak poruszyły moją wyobraźnię i emocje, że wciąż o nich pamiętam i nierzadko potem do nich wracałam. Są to powieści Balzaka, Emila Zoli, Jacka Londona (szczególnie Martin Eden), opowiadania Edgara Allana Poe i Stefana Grabińskiego, kryminały Raymonda Chandlera, Król Szczurów Clavella. Na studiach zakochałam się w Hansie Falladzie. Nadal dużo czytam, ale teraz książki jakoś mniej zapadają mi w serce i pamięć, a do tych starych lektur ciągle mam sentyment.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Mario Giordano, Eksperyment Black Box. Trzyma w napięciu i daje dużo do myślenia.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś/przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Ostatnio przetłumaczyłam trzy książki niebeletrystyczne: o spokoju ducha, o roli zabawy w rozwoju dzieci i o najwspanialszych budowlach świata. I wreszcie wracam do mojej ukochanej beletrystyki. Będzie to opowieść pół Niemca, pół Libańczyka o poszukiwaniu korzeni rodzinnych w Libanie.