Aktualności

Razem z lipcem nadeszła lipcowa tłumaczka miesiąca STL (czytaj poprzednie) – Kinga Piotrowiak-Junkiert. Absolwentka filologii polskiej (2006) i filologii węgierskiej (2011) na UAM oraz Międzyuczelnianych Indywidualnych Studiów Humanistycznych „Akademia Artes Liberales”. Adiunkt w Instytucie Językoznawstwa Wydziału Neofilologii UAM. Zajmuje się literaturą węgierską wobec Zagłady, literaturą węgierską po 1989 roku, a także dyskursem postkolonialnym w Europie Środkowo-Wschodniej. Mieszka w Poznaniu (zobacz profil). Zapraszamy do lektury

Na początek o początkach.

 Sam początek sięga lat ’80, kiedy jako mała dziewczynka przesiadywałam w tylnych rzędach „ważnych spotkań” tłumaczonych przez mojego Tatę. Widok śnieżnobiałego garnituru i obserwowanie niezwykle fascynującej chwili, kiedy Tłumacz przekazuje wszystkie emocje, śmiech i zamyślenie zasłuchanej sali, było chyba jednym z pierwszych moich dziecięcych zachwytów. A w dorosłym życiu zaczęło się od legendarnego eseju Ágnes Heller Holokaust jako kultura, który miał zaledwie 8 stron, i który tłumaczyłam jakieś dwa tygodnie. Przepadłam bez reszty…

 Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Najchętniej rano, ale próbuję spełniać się także w roli mamy, więc najczęściej siadam do pracy około 21. Pracuję kilka godzin. Kiedy zbliża się magiczne słowo na „d…”, pracuję non stop.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

 Tylko biurko. Musi być szerokie, bo mam też na nim swoje książki do pracy naukowej. A wokół papierowych piramid mnóstwo zieleni.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

 Przede wszystkim papierowe (jest ich w węgierskim ponad trzydzieści). Zataję smutny fakt, że tych elektronicznych właściwie nie ma.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

 Na etapie rekonstruowania zaplecza teoretycznego (merytorycznego) szukam wszędzie. Kiedy przechodzę do uściśleń, biorę moje zeszyty faktograficzne (do każdej książki mam osobny) i jadę do biblioteki, gdzie zaszywam się na cały dzień. Ponieważ dotąd tłumaczyłam książki według klucza węgierskiej literatury żydowskiej, najwięcej czasu spędzam przy moim regale, na którym gromadzę od lat literaturę podmiotową i przedmiotową. W tej chwili moje zasoby są bogatsze niż zasoby węgierskiej Biblioteki Narodowej, więc jeśli nie mogę czegoś ustalić w domu, to zostaje tylko wyjazd na Węgry i wypytywanie fachowców w cztery oczy.

Kiedy się zablokujesz, to…?

 Przy każdej książce wyglądało to inaczej, ale schemat jest podobny: zaznaczam miejsce w pliku, odchodzę od komputera i oddaję się lekturze ulubionych, bardzo „języcznych” autorów (ot choćby Pióropusz Pilota). Najczęściej mózg się odblokowuje, bo igra z intensywnością językowej wyobraźni. Idealnie jest zostawić problem na jakiś czas, o ile go mam. Jeśli nie pomaga ani detoks literaturowy, ani zrobienie wymyślnego obiadu, dzwonię do Taty. Najczęściej ma rozwiązanie, zanim doczytuję zdanie do końca.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

 Nie czytać! Ale łatwo się mówi, kiedy poszukiwanie wydawcy trwa zbyt długo. Wtedy zna się książkę na pamięć, bo do napisania kolejnego tekstu o jej walorach i recepcji, trzeba się orientować.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

 Kiedy słyszę wszystkie brzmienia w książce i zaczynają się harmonizować. Kiedy wpadam w trans, wszystko się lepi i składa.

A najmniej fajny?

 Kiedy robię tłumaczeniową próbę dla samej siebie. Książka w oryginale była jak pantera w skoku, a w przekładzie wychodzi łykowata.

Redaktor to…?

 Najważniejsza osoba, akuszerka/akuszer. W trakcie tłumaczenia, czytania, konsultowania zupełnie wypadają mi kły i pazury, przegapiam ewidentne błędy, luki. Dobry redaktor to ktoś, kto czyta „pierwszy raz”, ma świeże, mądre, doświadczone oko i potrafi przesiać tekst przez sito. Wszystkie grudki można jeszcze usunąć. Miałam przyjemność i zaszczyt pracowania dotąd z dwiema wspaniałymi osobami: Anną Pawlikowską i Filipem Modrzejewskim.

 Od kogo uczysz się przekładu?

 Nie studiowałam osobno sztuki przekładu, ale uczyłam się przekładu języka węgierskiego od Jolanty Jarmołowicz, znakomitej tłumaczki dramatu węgierskiego. Poza tym wypracowałam własną metodę: biorę świetny przekład i oryginał, i godzinami analizuję rozwiązania. Po tysiącu stron można się wiele nauczyć. Płynie z tych analiz jeden wniosek ‒ nie znam znakomitych tłumaczy, którzy nie mają zacięcia artystycznego. Jedną z pierwszych książek, które w ten sposób czytałam był Sindbad wraca do domu Sándora Máraiego w przekładzie Teresy Worowskiej. Do dzisiaj wszystkie ukazujące się przekłady literatury węgierskiej czytam równolegle z oryginałem. Trzeba kiedyś nagrać soundtrack towarzyszących tej czynności odgłosów. W niczym nie ustępują okrzykom, jękom, parsknięciom i westchnięciom kibiców piłkarskich.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

 Młodszym: uciekajcie! A starszym: jak to robiliście bez internetu? Podejrzewam, że najwięcej pomysłów musiało przychodzić do głowy podczas oczekiwania na połączenia międzymiastowe. A tak na serio: myślę o sztuce przekładu jako zawodzie wysokiej odpowiedzialności społecznej i ryzyka zawodowego. Kto nie ma psychiki chirurga neurologa, nie jest obowiązkowy i skrupulatny – przepadnie. Trzeba czytać opisy udanych operacji z poprzednich dekad.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

 Poproszę następne pytanie.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

 Powiem krótko: dużo szpinaku, dużo jarmużu, pęczek pietruszki, młody jęczmień, pyłek kwiatowy i sok z pokrzywy. Zmiksować, dać się otumanić, wrócić do pracy.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

 Nasz dom jest miejscem przyjaznym dla alergików, więc nie mamy zwierząt, ale nie brakuje nam istot i istnień wspierających. Rośliny nie miały jeszcze ani jednego złotego strzału, ale przy obiedzie rodzinnym, koniec końców, zawsze i tak schodzimy na nierozwiązywalne niuanse translatorskie. Podejrzewam, że szeregi STL-u zasili kiedyś mój syn, który tłumaczył ze mną Kertésza, siedząc na moich kolanach między szóstym a czternastym miesiącem życia.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Idą w świat, zawsze zawożę kilka na Węgry, resztę wysyłam do osób, którym książki przydadzą się w pracy, a potem… muszę dokupić nowe egzemplarze, żeby mieć też książkę do domowej kolekcji.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

 Zachłannie czytam i równie zachłannie słucham. Nie potrafię żyć bez muzyki. Gdybym nie zajmowała się literaturą, byłabym muzykolożką od baroku. Bardziej umięśnione partie ciała rozciągam jogą, praktykuję medytację mindfull.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

 Wydarzyła się w czasach mojego węgierskiego dzieciństwa. Pewnego dnia do miasteczka X przyjechała „znakomita tłumaczka z Polski”. Przyjechała piękna i nienaganna, pachniała profesjonalizmem. Od razu przydzielono jej z pozoru banalne zadanie: inwentarz gabinetu prezesa. Tłumaczka błyskawicznie przygotowała listę wyposażenia. I wśród krzeseł i foteli obrotowych pojawił się ‘ptak ozdobny’. W naszym domu to historia z szyfrem: nie znasz dnia ani godziny, kiedy kiks do ciebie przyjdzie. Chodziło oczywiście o godło państwowe.

Ważne dla ciebie książki?

 Zabójcze pytanie. Odpowiem linią nastrojów. Linia prowadzi od Bachmann i Bernharda (dużo przystanków w Rumunii i na Bałkanach) do Lubonji, robi kółko na rondzie Juana Rulfo i zawraca wzdłuż literatury frankofońskiej, izraelskiej i włoskiej. Zaczytuję się w Węgrach, rzecz jasna. Zasadniczo końca nie widać. Zawsze tankuję bezołowiową poezję!

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Dobre pytanie. Najchętniej poleciłabym wszystko, ale nie tylko swoje książki. Może Ostatnią gospodę Kertésza, której nie przełożyłabym, gdybym nie była po czterech latach badania autora. Oddałam temu przekładowi całą swoją wiedzę o pisarzu i chyba jedyny raz miałam wrażenie, że wiem, co za chwilę powie i jakim tonem należy to oddać w polszczyźnie.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

 Jesienią ukaże się najtrudniejsza książka, jaką tłumaczyłam: Droga do pustego nieba Zoltána Halasiego ‒ niezwykle erudycyjny komentarz do Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie Icchaka Kacenelsona. Przeczytałam do niej ponad sześćset innych książek. Tłumaczyłam ją w sumie prawie dwa lata, długo szukałam wydawcy, aż w końcu książka znalazła swój dom u Krystyny Bratkowskiej, niezwykłej szefowej wydawnictwa Nisza.