Aktualności

Listopadową tłumaczką miesiąca STL została Zofia Stanisławska (zob. profil), tłumaczka literatury z portugalskiego i angielskiego. Absolwentka iberystyki UW, studiowała sztuki plastyczne w AR.CO. w Lizbonie oraz na wydziale grafiki warsztatowej warszawskiej ASP. Interesuje się literaturą afrykańską w języku portugalskim. Prowadzi autorską szkołę języka portugalskiego. Wolne chwile poświęca sztuce, głównie grafice. Mieszka w Warszawie (zob. poprzednie).

Na początek o początkach.

Tłumaczenie literatury wydawało mi się naturalną konsekwencja studiów filologicznych. Pierwsze próby były jednak trudne i mało efektywne. Okazało się, że przełożenie prostego zdania na język polski, dobór odpowiednich słów przy zachowaniu zbliżonego do oryginału szyku zdania stanowi nie lada wyzwanie. Dopiero trzeci tekst można było pokazać w wydawnictwie. Propozycja spodobała się i tak zaczęła się moja przygoda z przekładem literackim.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Pracuję tylko w ciągu dnia. System pracy zależy od innych zawodowych zajęć. Pracuję z przerwami do pięciu godzin dziennie, zawsze na wydrukowanym wcześniej materiale. Czytam krótkie partie tekstu, aby wczuć się w opisywaną sytuację i styl autora. Potem zaczynam pracę. Lubię korzystać z tradycyjnych słowników, szczególnie słowników języka polskiego z lat osiemdziesiątych, świetnie opracowanych i bogatych językowo. Przekład sprawdzam partiami. Zwykle czytam całość trzy razy. Trudniejsze fragmenty, wątpliwości językowe lub stylistyczne zapisuję oddzielnie, w tradycyjnym zeszycie papierowym, który wykorzystuje później do korekt. Po każdej książce zostaje mi taka pamiątka. Jest nie tylko zapisem moich zmagań, ale cenną nauką.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Tłumaczę zawsze przy biurku lub stole. Lepiej się wtedy koncentruję. Wszystkie materiały, wydrukowany tekst, słowniki, dodatkowe książki, muszę mieć w zasięgu ręki.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Lubię zarówno słowniki tradycyjne jak i elektroniczne. Znalezienie odpowiedniego słowa, które najlepiej oddaje sens oryginału, a jednocześnie dobrze brzmi w języku polskim, jest dla mnie bardzo ważne. Dlatego dużo czasu poświęcam na szukanie synonimów, szczególnie w przypadku przymiotników, które w tekście są jak kolor w obrazie. 

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Korzystam ze wszelkich dostępnych źródeł. Jednak każdą informację sprawdzam przynajmniej w dwóch źródłach, aby mieć pewność, że dobrze ją rozumiem i interpretuję. Oczywiście wiele zależy od samego tekstu. Gdy tłumaczę biografię naszpikowaną informacjami z epoki, sięgam po książki historyczne, opracowania, wykłady na YouTubie, strony internetowe poświęcone danemu zagadnieniu, a nawet map krajów i miast. Bywa, że znalezienie informacji wymaga dłuższych poszukiwań. Czasem proszę o pomoc znajomych, którzy specjalizują się w danym temacie lub byli w kraju, którego dotyczy książka.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Czytam polską klasykę. To zadziwiające, w jakim tempie ubożeje nasz język. Zmiany w obszarze lingwistyki są zjawiskiem naturalnym, ale wiele przy tym tracimy. Cofnięcie się o kilka wieków, a nawet o sto lat, to wyjątkowo miłe doświadczenie, orzeźwiające i inspirujące. Okazuje się, że można było coś powiedzieć w sposób dla nas wyjątkowy, który nie przyszedłby nam do głowy, a może sprawdzić się w tłumaczonym tekście. Według mnie najlepszym ćwiczeniem językowym, poszerzającym nasze twórcze możliwości, jest czytanie poezji. Robię to właśnie wtedy, gdy pracuję nad przekładem. Mickiewicz, Białoszewski, Różewicz, epoka nie ma znaczenia. Przeczytanie w skupieniu jednego wiersza może podsunąć mnóstwo pomysłów.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Zwykle nie czytam utworu przed jego tłumaczeniem. Zdarzyło się jednak, że przeczytałam książkę, która mnie urzekła. Udało mi się przekonać wydawnictwo do jej wydania.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Najbardziej lubię moment, gdy wreszcie zaczynam rozumieć styl autora, wczuwać się w opowiadaną historię i bez trudu wyobrazić sobie opisywany świat. Wówczas mogę bardziej zawierzyć intuicji, a przekład staje się wielką przyjemnością.    

A najmniej fajny?

Początek i koniec pracy nad utworem. Na początku wszystko idzie jak po grudzie, jest obce i trudne. Pierwsze strony tłumaczenia zwykle są sztywne i nijakie. Poprawiam je wiele razy. Na końcu czuję się rozczarowana, że muszę opuścić świat, do którego się przyzwyczaiłam. To trochę tak, jak wychodzenie z kina po obejrzeniu dobrego filmu, gdy wraca się do rzeczywistości.

Redaktor to…?

… osoba bardzo ważna dla utworu i dla tłumacza. Dobry redaktor jest pierwszym czytelnikiem i recenzentem. Dobro dzieła jest dla niego tak samo ważne jak dla tłumacza. Jest przyjacielem tłumacza, a nie jego wrogiem. Dbając o poprawność językową i spójność tekstu, szanuje wybory autora przekładu. Dobra współpraca redaktora i tłumacza jest podstawą stworzenia dobrego przekładu.   

Od kogo uczysz się przekładu?

Od Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Jego przekład ,,W poszukiwaniu straconego czasu” jest dla mnie niedoścignionym wzorem. Łączył szacunek do oryginału z wyczuciem i miłością do języka polskiego. Potrafił utrzymać równowagę między wiernością wobec dzieła a twórczą wolnością przekładu literackiego. Sięgam też po przekłady poezji Stanisława Barańczaka.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym tłumaczom radzę uzbroić się w cierpliwość długodystansowca. Z tłumaczeniem jest tak jak ze sztuką. Jeden z mistrzów japońskiego drzeworytu powiedział przed śmiercią, że dopiero w wieku 80 lat poczuł się pewny w swoim fachu. Każda książka, każdy przekład jest nowym wyzwaniem. Starszym tłumaczom dziękuję za ich uważność, wyczucie, styl i szacunek do czytelnika.   

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

Warto, by przypomniał sobie swoje lektury i fascynacje literackie z dzieciństwa oraz młodości, które ukształtowały jego pokolenie. To, co czytamy i czego słuchamy, decyduje o naszej przyszłości. Dobrym tłumaczom zawdzięczamy jakość naszego języka, a więc i poziom kultury. Nie będzie dobrych tłumaczy, jeśli nie przywróci się temu zawodowi należnego mu miejsca.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Kawa, kawa, kawa i trochę muzyki.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Zdecydowanie wolę koty. Z powodu alergii musiałam z nich zrezygnować, ale w sąsiedztwie mam ich dużo. Niezmiennie zaskakuje mnie ich pomysłowość i coś, co śmiało mogłabym nazwać poczuciem humoru…

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Trzymam na półce dla wnuków.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Gotuję i chodzę na spacery, szczególnie tam, gdzie jest dużo zieleni. Idę do kawiarni na kawę.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Nie pamiętam.

Ważne dla ciebie książki?

,,Rumcajs” Vaclava Ctvrtka, ponieważ była to moja pierwsza przeczytana samodzielnie książka, biografia ,,Henry Miller – A Life” Roberta Fergusona, ukazująca, czym jest intelektualna niezależność w życiu artysty, ,,W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta i ,,Lalka” Bolesława Prusa, bo to arcydzieła.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

,,Miasto ślepców” José Saramago.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś/przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Niedawno nakładem wydawnictwa Claroscuro ukazała się książka ,,K. Relacja z pewnych poszukiwań” Bernarda Kucińskiego, ukazująca dramatyczne czasy dyktatury wojskowej w Brazylii.