Aktualności

We wrześniu o swojej ścieżce tłumackiej, majsterkowaniu przy stole do pracy oraz trzymanych w domu słownikach opowiada Sebastian Musielak (zob. profil), tłumacz z języka fińskiego i angielskiego, który dla niepewnego chleba freelancera porzucił pracę u renomowanego producenta samochodów. Dzięki tej decyzji literatura fińska stała się bardziej znana w Polsce – nie tylko za pośrednictwem jego przekładów, ale także dzięki jego aktywnemu wspieraniu prężnej grupy młodych tłumaczy, znanej jako Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA.

Na początek o początkach.

To będzie dłuższa historia, bo wyróżniłbym tych początków nawet nie dwa i nie trzy, ale aż pięć – choć należałoby chyba mówić o ciekawszych wydarzeniach w długim ciągu przyczynowo-skutkowym o prapoczątku bardzo niejasnym. Ale zejdźmy z metafizyki na konkrety. Pierwszym i bez wątpienia najbardziej dramatycznym początkiem była decyzja, by po technikum samochodowym i już po dwóch miesiącach zgłębiania maszyn roboczych i pojazdów na polibudzie skręcić ostro w humanistykę: w końcu język polski i sprawy miękkie zawsze mnie kręciły nie mniej od matematyki. Filologię fińską na UAM wybrałem pod wpływem starszej siostry jednego z moich najbliższych kumpli z technikum, która akurat w okolicach mojego punktu decyzji była tam na drugim roku i naopowiadała mi takich rzeczy o językach i krajach, że obudził się we mnie duch kamikadze: cienias z technikum z jedynym językiem obcym pt. rosyjski postanowił przebić głową mur przeznaczony dla absolwentów liceów z rozszerzonym angielskim lub niemieckim. No ale zdałem oba egzaminy (polski i angielski) na trzy minus – i taki był ten mój pierwszy początek. Drugi wypadł trzy lata później, gdy pod koniec 1993 roku na stypendium w Helsinkach, gdzie zbierałem materiały do pracy z językoznawstwa, doznałem oświecenia: po przeczytaniu pewnej współczesnej fińskiej powieści (nie mieliśmy takich w naszej wydziałowej bibliotece) stwierdziłem, że to jest wyborna rzecz, a ja jestem jednym Polakiem, który o tym wie. Wtedy zaświtała mi w głowie myśl, by podzielić się tą lekturą z Polską, która nie może jej sama przeczytać w oryginale, a może nawet: w ogóle dzielić się z nią takimi lekturami. Myśl nie była taka znów od czapy, bo o istnieniu tłumaczy już wtedy wiedziałem: siostra mojej babci, Zofia Rybicka, była wówczas, mimo wieku, nadal aktywną tłumaczką literatury obszaru niemieckojęzycznego. Do niej zresztą wysłałem – w papierowej kopercie, pocztą naziemną z Helsinek – przetłumaczony kawałek rzeczonej powieści i już po powrocie do Polski dostałem odpowiedź, że to się nawet dało czytać. To był mój drugi początek. Trzeci wypadł jakieś dwa lata później, kiedy kumpel podzielił się ze mną informacją, że gość od tai-chi powiedział na zajęciach, że wydawnictwo Rebis poszukuje osoby, która chciałaby i umiała przetłumaczyć z angielskiego książkę o buddyzmie zen. Gościem od tai-chi okazał się Jacek Kryg, który już wtedy redagował Rebisową serię „Wschód Zachodowi”. Po prostu genialny zbieg okoliczności, bo filozofie Wschodu fascynowały mnie równie mocno co tłumaczenie literatury, i to już od końca podstawówki. Pobiegłem więc na kolejne zajęcia do pana Jacka – i tak zostałem na parę ładnych lat tłumaczem Rebisu. Dostawałem rzeczy wcale lub mało literackie i oczywiście tylko z angielskiego, bo w latach dziewięćdziesiątych z fińskiego nie tłumaczył jeszcze nikt: Finlandia była dla naszych wydawców czarną dziurą, nie wydostawało się stamtąd żadne światło. To był mój trzeci początek. Czwarty wypadł około roku 1998, gdy zacząłem kolacjonować dla Rebisu tłumaczenie kolejnej książki Carlosa Castanedy, święcie przekonany, że tłumaczenie i redagowanie może być hobby, które da się spokojnie pogodzić z pracą na etat: tak się składa, że rozpoczynałem wówczas trzymiesięczny okres próbny w fabryce autobusów Volvo we Wrocławiu i jej ówczesny dyrektor, Sakari Sillanpää – notabene wnuk fińskiego przedwojennego noblisty literackiego, Fransa Eemila Sillanpää, zresztą uderzająco do niego podobny – zgodził się mnie przyjąć do pracy pod jednym warunkiem: że poważnie myślę o związaniu swojej przyszłości z firmą Volvo. Przyznałem, że jestem poważny. Ale już po dwóch miesiącach harówki na dwa fronty wiedziałem, jak bardzo się pomyliłem. Tłumaczenia literatury nie da się pogodzić z pracą na etat, musiałem więc wybierać: albo stała, dobrze płatna i wygodna praca na etat od 7 do 15, albo niestała, słabo płatna praca w nieokreślonych godzinach jako literacki wolny strzelec. Gdy miesiąc później żegnałem się z najlepszą załogą świata i fabryką na Mydlanej, Sillanpää Wnuk nie chciał mnie nawet oglądać na oczy. Nie miałem pretensji, bo w końcu złamałem słowo, choć żyję nadzieją, że może spłaciłem mu ten dług niewierności, robiąc bliżej w fachu jego dziadka. To był mój czwarty początek. Piąty, wyznaczający początek ery, w której obecnie żyję, wypadł na początku nowego tysiąclecia, kiedy to Rysiek Turczyn, wybitny tłumacz z niemieckiego i niderlandzkiego i sprawny agent literacki, zadzwonił do mnie z targów we Frankfurcie i powiedział, że może trzeba by się zainteresować pewną Finką, niejaką Leeną Lehtolainen, która robi furorę w Niemczech swoimi kryminałami. No więc zainteresowałem się, bo Rysiek daje tylko dobre rady, i tak, po jakimś roku – który minął mi na podróży roboczej do Finlandii i paru ciekawych zakrętach – dostałem maila od Marii Gospodarek z wydawnictwa słowo/obraz terytoria, która poszukiwała tłumacza do zakupionej przez siebie kryminałki Leeny Lehtolainen. To był mój piąty początek, początek trwającej do dziś ery fińskiej.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Wyłącznie dzień. W zasadzie nigdy nie potrafiłem się uczyć ani pracować w nocy. Mam archaiczny soft, więc kiedy się robi ciemno, mój mózg przechodzi w tryb czuwania. Rytm pracy wyznaczają od 2005 roku dzieciaki, z którymi trzeba było od maleńkości kreatywnie współpracować w bardzo ciasnym mieszkaniu, w którym mój warsztat jest zarazem sypialnią, jadalnią, bawialnią i salonem. Czyli praca pomiędzy szykowaniem śniadań, odprowadzaniem do instytucji i przyprowadzaniem do domu i tak dalej. Dopołudniowe luksusy pracy w ciszy, gdy dzieciaki poza domem. Tak pozostaje do dziś: najwydajniejszy jestem między śniadaniem a obiadem, gdy w domu jest najciszej.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Powiedziałbym raczej: grubo ciosany stół, który sobie kiedyś zrobiłem do pracy siedzącej w parterze. Z biegiem czasu stół się podnosił: po latach medytacyjnej pracy w stylu japońskim testowałem jakiś czas szwedzki klęcznik z Ikei przy blacie podwyższonym mniej więcej do poziomu standardowego biurka, ale że nie wszystko dało się w tym wynalazku wyregulować, a do przeróbki nie miałem weny, może jakieś pięć lat temu znów podwyższyłem stół, by móc przy nim stać podczas pracy. I tak mam dziś: pracuję na stojąco. Zniżam się do pracy już tylko dla niektórych sczytywań (ciekawe, że nie do wszystkich, ale nie rozgryzłem reguły), odpalam wtedy laptop i krążę między krzesłem przy stole, sofą i hamakiem na balkonie (wiosną i latem). Z reguły pracuję w domu (jeżeli nie liczyć „urlopów”, na które dawniej niemal bez wyjątków jeździło się z robotą w laptopie; ostatnio jest z tym lepiej i udaje mi się nie tykać pracy przez ten tydzień czy – w latach tłustych – nawet dziesięć dni z rzędu!). Jeżeli poziom i rodzaj hałasu przekracza dopuszczalne dla mnie normy, chowam się w słuchawkach z muzą instrumentalną, choć nieszczególnie to lubię, bo sprawna wentylacja czaszki ma dla mnie kluczowe znaczenie i mózg szybko mi się przegrzewa. Zdarzyło się parę razy, że wsiadłem na rower i pojechałem do biblioteki (kilometr od domu), kiedy u sąsiada był remont. W bibliotece mam święty spokój, ale tu jest inny poważny zong – nie mogę sobie zrobić herbaty, więc i tam za długo nie wysiedzę.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Idę tam, gdzie najszybciej znajdę to, czego szukam. Najczęściej jest to elektronika, zarówno sieciowa, jak i zdigitalizowana na moich kompach (mam w offlajnie m.in. słowniki Szymczaka, Doroszewskiego i Uniwersalny, angielsko-polsko-angielski Kościuszkowski i dwa fińskie, w tym jeden fińsko-angielsko-fiński), ale na przykład największy słownik języka fińskiego w sześciu tomach mam pod ręką na półce i używam go dość często, mimo że w ubiegłym roku wreszcie go zdigitalizowano i udostępniono za darmo w pdf-ach. (Gdyby to wszystko było w jednym tomie, byłoby świetnie, ale nie: sześć tomów w sześciu plikach). Podobnie jest z odziedziczonym po ciotce Rybickiej słowniku warszawskim, który mam z kolei po prawej ręce – gdy muszę coś szybko sprawdzić, sięgam po niego i to tym chętniej, że ma niepowtarzalny zapach. (W ogóle wącham wszystkie książki, zawsze i za każdym razem, gdy je otwieram: może dlatego, że mój ojciec całe życie przepracował w zakładach papierniczych, w których jako dziecko często bywałem, wszyscy mnie na Piaskowej znali). Więc wolę wyciągnąć lewą rękę te 40 centymetrów w lewo i już, jest szybciej. Są jednak sytuacje, w których wersja elektroniczna jest nie do pobicia: gdy trzeba znaleźć coś nie w hasłach, ale w definicjach czy przykładach. Możliwość przeczesania calusieńkiego wielotomowego Słownika gwar polskich, żeby znaleźć jedno czy dwa słowa, to niewyobrażalne ułatwienie pracy, oszczędność czasu liczona pewnie w tygodniach. Bardzo żałuję, że nie da się tego zrobić z Doroszewskim: w dostępnej mi wersji elektronicznej są tylko skany stron, a nie spotkałem jeszcze w bibliotekach cyfrowych zdigitalizowanej wersji. Zapewne ten słownik jest nadal chroniony prawem autorskim.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Zewsząd, skąd tylko się da. Jeżeli „Wikipedię” uważać za synonim wiedzy czerpanej z netu, to oczywiście będzie to dziś zdecydowana większość moich źródeł; jeżeli „Narodowa” to wiedza wydeptana, szeleszcząca i pachnąca papierem, jest dziś tego zdecydowanie mniej. (Choć pamiętam czasy, gdy netu jeszcze nie było, serio). Wiele dawniej niedostępnych poza warsztatem idiolektów i żargonów fachowych zdążyło już przeniknąć do sieci: bardzo często odpowiedzi na pytania, które zadaje mi przekład, znajduję już nie w rozmowach z mistrzami zawodów ginących czy rzadkich (takich jak stroiciel fortepianów, zdun czy lutnik), ale właśnie w necie. Sieć oszczędza też czas w tym sensie, że wielu fachowców reaguje na pytania zadawane za pośrednictwem maila, nie trzeba do nich chodzić. Znów trochę szkoda, ale w systemie pracy na dedlajny każda oszczędność czasu przekłada się na realne korzyści finansowe czy zdrowotne.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Jeżeli nie znajdę odpowiedzi czy rozwiązania szybko – w minutę czy dwie – to wyrzucam rzecz na margines i jadę dalej. W pierwszej fazie pracy nad przekładem nie lubię robić postojów. Do trudnych miejsc wracam w drugim podejściu i często wiele rozwiązań jest już gotowych: mózg pracował nad nimi w tle, tak mi się zdaje. Po drugiej rundzie następuje trzecia dla tych najtwardszych orzechów i jest to zwykle starcie decydujące – wtedy już rozkminiam do skutku. Jeżeli zaś przez „blokadę” rozumieć niezdolność do podjęcia pracy w ogóle lub niechęć do przełożenia najprostszego zdania, wtedy jest to dla mnie sygnał, że trzeba zapomnieć o dedlajnie czy wyliczonym rozkładzie dnia, wyłączyć kompa na co najmniej jeden dzień i zrobić coś fizycznie: zmajstrować nową półkę na książki, poprawić jakąś fugę w kuchni, albo wymienić hamulec czy łańcuch w jednym z czterech rowerów, jakie posiadamy. Bywa, że te jednodniowe przerwy przeradzają się w tygodniowy remont, gdy miałem tylko zamalować jakąś plamę na ścianie… U mnie sprawdza się to, że lepiej parę dni odpocząć i na jakiś czas zgęścić później plan dnia, żeby nadrobić, niż próbować brnąć dalej, nomen omen, bez głowy.

Redaktor to…?

Redaktor z dużej litery to absolutny mistrz języka. Wspólnik przestępstwa, jakim jest przekład, zbój jeszcze większy od tłumacza, któremu wytyka niedociągnięcia w jego niecnych zamysłach. Nie odwodzi ani od zbrodni, ani od metody, a jedynie pokazuje szczegóły, w których ten za mało był wierny procederowi. Redaktor z małej litery to bezrefleksyjny egzekutor norm i reguł, ujednolicacz słów i walcowacz stylów, homogenizator i podmieniacz synonimów, smętny amator polszczyzny rozprawkowej, skracacz zdań i upraszczacz szyku. To oczywiście grube uproszczenie i przerysowanie, bo typów czystych prawie się nie spotyka, a poza tym naturalną koleją rzeczy redaktorzy zmierzają, z czasem i doświadczeniem, ku mistrzostwu.

Od kogo uczysz się przekładu?

Jestem tłumackim samoukiem. Chyba niestety, bo wolałbym mieć mistrza. Zajęcia z przekładu na filologii fińskiej w moich czasach były totalnie nieinspirujące, bo i czego można się nauczyć, porównując oryginalną fińską wersję Egipcjanina Sinuhe Miki Waltariego z tłumaczeniem Zygmunta Łanowskiego – który przełożył to kongenialnie, tylko że z wersji szwedzkiej? Zapewne i z takiego układu dałoby się sporo wyciągnąć, gdyby zajmowała się tym osoba z konkretnym doświadczeniem w tłumaczeniu literatury. Tak więc poszedłem w świat z gołymi rękami, bez sprawnych narzędzi, a że może istnieć coś takiego, jak kurs przekładu, wtedy bym nie wpadł. Dlatego moja nauka tłumaczenia zaczęła się w zasadzie od pierwszej mojej pracy zleconej, czyli Drogi zen Alana Wattsa. Jak zapewniła mnie ówczesna sekretarz redakcji Rebisu, wspaniała Dorota Strzałko, mój przekład wymagał jedynie „kosmetyki”, i rzeczywiście: redaktorka pięknie go podkolorowała… (W tamtych czasach przekłady oddawało się na papierze i tak też się je odbierało do korekty autorskiej). Kiedy minął pierwszy i drugi szok, zacząłem pozytywistyczną pracę od podstaw: obkupiłem się w słowniki i zacząłem ryć jak na studiach, tym razem w języku polskim. I tak to szło z tłumaczenia na tłumaczenie: przekładu uczyłem się sam na bacznej analizie porównawczej kontekstów oraz studiowaniu reakcji redaktorów, inaczej też zacząłem czytać literaturę polską. Kiedy po siedmiu czy ośmiu latach tego terminu zaczęły się dla mnie przekłady fińskie, nauka ruszyła od nowa, bo zmienił się język wyjściowy i nie wszystkie knyfy wypracowane na angielszczyźnie zdawały mi egzamin. Rychło się okazało, że moja znajomość zniuansowanego języka fińskiego – nawet po tych pięciu latach bardzo intensywnych studiów z pobytami w Finlandii włącznie – jest bardzo taka sobie. Dopiero po latach czytania i tłumaczenia fińszczyzny mogłem powiedzieć, że tekst oryginału zaczyna być dla mnie przejrzysty: że chyba widzę, gdzie leży na ogólnym tle literackim, jak go określić i jakim językiem tłumaczyć. Dziś wiem, jak wielka przepaść zieje między wiedzą wyniesioną z filologii, a wiedzą potrzebną do tego, by choćby tylko poprawnie tłumaczyć, więc od lat staram się wychodzić młodym naprzeciw – tym bardziej że na naukę tego rzemiosła było niejakie zapotrzebowanie, nim jeszcze założyłem Wolny Tor, w którym pierwsze, bardzo ważne szlify na niełatwych książkach zdobywały Kasia Aniszewska i Justyna Polanowska, obecnie już tłumaczki z ładnym dorobkiem. Później, w 2018 roku, były bardzo owocne dla sprawy fińskiej w Polsce, jak się później okazało, warsztaty tłumaczeniowe w Warszawie. Nie byłoby ich, gdyby nie FILI – fiński odpowiednik Instytutu Książki – i ówczesna prezeska Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, wspaniała Justyna Czechowska, tłumaczka z języka szwedzkiego z wielkim doświadczeniem pedagogicznym, która bardzo entuzjastycznie podeszła do sprawy i roztoczyła nad tą kilkumiesięczną imprezą (w sumie osiem weekendów) troskliwe skrzydła. Po tych warsztatach najwięksi pasjonaci spośród naszych warsztatowiczów założyli istniejący do dziś Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA (fiń. „książka”) i aktywnie promują literaturę i czytelnictwo – no i, rzecz jasna, sami już tłumaczą. Można więc powiedzieć, że szkoła przekładu literackiego z fińskiego dopiero u nas raczkuje. Świetnie, że praktyczna nauka przekładu wreszcie zaczyna się już na studiach, choć chyba tylko w Warszawie, gdzie filologii fińskiej szefuje Łukasz Sommer, który jest wybitnym tłumaczem poezji fińskiej na polski, a na dodatek coraz częściej powierza zajęcia przekładowe doświadczonym praktykom.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Niemal wyłącznie czarna herbata z esencji zaparzanej z liści odmian cejlońskich. Czasem żona namówi mnie na kawę, ale zaraz muszę zapić ją herbatą. Kiedyś gorzką, zwłaszcza gdy miałem fazy herbaty zielonej, ale od wielu lat żyję w erze czarnej i dosładzanej, chociaż nie cukrem. Od przypadku do przypadku mam ochotę na herbatę z mlekiem. W stanie wskazującym raczej nie tłumaczę i nie sczytuję, ale mogły być wyjątki, głowy nie dam.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Kiedy mieszkałem w starym mieszkaniu, mieliśmy kota i psa. Przez większość życia obu stworów – jednocześnie. Od dawna nie ma już ich z nami. Po przeprowadzce na swoje zwierząt nie trzymałem i nie trzymam: mamy tu tak ciasno, że nawet kot nie miałby gdzie spać, nie mówiąc o wyznaczeniu mu miejsca na spełnianie najbardziej podstawowych potrzeb.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden zawsze oddawałem matce, która przechowywała wszystkie i każdą czytała, nawet te najtrudniejsze. Niedawno odebrałem swoje najnowsze tłumaczenie od wydawcy i po raz pierwszy matka już na nią nie czeka – Wielka Archiwistka odeszła w tym roku. Nie wiem, czy będę dalej zapełniał jej półkę z moimi przekładami, tym bardziej, że zdarzyło mi się paręnaście razy pożyczyć z niej jakiś egzemplarz i potem o nim zapomnieć, przez co archiwum jest mocno niekompletne. Resztę egzemplarzy rozdaję zwykle znajomym, oddaję do biblioteki albo na jakąś aukcję, sobie zwykle nie zostawiam nic.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Generalnie: jak najwięcej ruchu, nawet podczas pracy. Ponieważ tłumacząc, stoję, a mój stół to samoróbka po przejściach, co rusz jedna stopa ląduje na skraju niższego blatu (który w sumie robi za półkę na ciężkie tomiszcza) albo nad kolanem drugiej nogi, w czymś w rodzaju podpartego asanicznego drzewa; rzadko stoję z ciężarem ciała równomiernie rozłożonym na obie stopy. Często gęsto w ogóle odchodzę od stołu (co przy pracy w pozycji stojącej jest bajecznie proste; przypuszczam, że dzięki wyniesieniu blatu stołu roboczego na wysokość 112 cm nad poziomem podłogi oszczędzam rocznie całe godziny na tym, że nie muszę co rusz siadać za stołem i od niego wstawać) – między innymi po to, by poleżeć na wałku, wykonać kilka asan czy obowiązkowych ćwiczeń szyi, kręgosłupa i bioder. Prawie codziennie dźwigam swój nielekki rower (mieszkam na trzecim piętrze, rowery parkują na klatce schodowej) i gdzieś jeżdżę, najczęściej użytkowo: do sklepu, biblioteki lub po syna na trening. Przez długie lata raz, dwa razy w tygodniu jeździłem do matki na drugi koniec Poznania (choć bywało, że dzień w dzień). Ze zmienną niestety regularnością biegam, czasem na orientację – bieganie w lesie z mapą uważam za najmilszy mariaż wysiłku fizycznego z umysłowym. Niezbędnym jak powietrze dopełnieniem jest codzienna samoobserwacja.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Ładnych parę lat temu tłumaczyłem pierwszą część trylogii Salli Simukki, sztandarowej pisarki fińskiego nurtu tęczowego. Nieco akcji w tej pierwszej części dzieje się w liceum, do którego uczęszcza główna bohaterka, no i liceum, jak każda szkoła, ma swojego dyrektora. Albo dyrektorkę. I tu był właśnie problem – w języku fińskim nie ma rodzaju gramatycznego, nic się nie odmienia ani męsko, ani niemęsko ani neutralnie, jeżeli więc nigdzie nie napisano wprost, że była to kobieta lub był to mężczyzna, ani razu nie podano imienia albo kontekstu pozwalającego na stwierdzenie płci (choć ten nie jest miarodajny: osoba w szpilkach wcale nie musi być kobietą), sprawa pozostaje otwarta: w samym słowie rehtori nie zawiera się żadna morfologiczna informacja o płci osoby, do której słowo się odnosi. A skąd mogłem wiedzieć, czy w drugim albo trzecim tomie (których jeszcze nie było w sprzedaży) dyrektor/ka nie wyskoczy nagle ponownie jak filip(ka) z konopi, tym razem już dookreślony/dookreślona? Nie mogłem ryzykować, napisałem więc do Salli z zapytaniem o płeć osoby dyrektorującej, tłumacząc oczywiście cały kontekst gramatyczny („sorry, taki mamy język”), bez czego moje pytania raz czy dwa razy wcześniej wzbudziły niejakie zdziwienie – i pewnie też podejrzenia o seksizm. I cóż mi Salla odpowiedziała? – „Nie wiem. Ciekawe pytanie, muszę się zastanowić. Powiedzmy, że będzie to kobieta”. Ta odpowiedź otworzyła mi oczy na to, jak głęboko język jest spleciony z rzeczywistością, jak bardzo wpływa na nasze myślenie.

Ważne dla ciebie książki?

Bardzo wiele książek wywarło na mnie w swoim czasie wielkie wrażenie (i na pewno wielu nie pamiętam) – z tych dawnych fascynacji od razu cisną mi się na usta Sklepy cynamonowe Schulza, Ferdydurke Gombrowicza, Cała jaskrawość Stachury, Boso, ale w ostrogach Grzesiuka, A jak królem, a jak katem będziesz Nowaka, Pantałyk Pilota czy Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Masłowskiej; z tych ostatnich: Wróżba Agnety Pleijel (w przekładzie Justyny Czechowskiej), Człowiek, który znał mowę węży Andrusa Kivirähka (w przekładzie Ani Michalczuk-Podlecki), Dziewczyna, kobieta, inna Bernardine Evaristo (w przekładzie Agi Zano), Kochanka Wittgensteina Davida Marksona (w przekładzie Krzysztofa Majera) czy właśnie przeczytana, przewyborna powieść Płyń z tonącymi Larsa Myttinga (w przekładzie Karoliny Drozdowskiej) – ale jeżeli za książki ważne uznać te, do których ciągle wracamy, to zdecydowanie te najważniejsze dla mnie wymieniłem wyżej – moje ukochane słowniki.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Trudny i pewnie nieoczekiwany wybór, ale tak: Ostatni żydzi Kerali Edny Fernandez, reportaż literacki wydany przez jedną z moich ulubionych wydawczyń (i wyborną tłumaczkę: proszę tylko zajrzeć do Czarodziejów Romaina Gary’ego!), panią Reginę Gromacką z nieistniejących już Cyklad. W reportażu Fernandez jest wszystko: to nie tylko niesamowita, fascynująca opowieść o wymierających żydowskich społecznościach Indii, lecz przede wszystkim uniwersalna opowieść o człowieku z całym jego dobrem i całym złem.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

W połowie sierpnia bardzo przyjazne literaturze fińskiej gdańskie wydawnictwo Marpress wydało już trzecią powieść fińską w swojej serii „Bałtyk” (a drugą w moim przekładzie, po Polowaniu na małego szczupaka Juhaniego Karili; trzecią, Lód Ulli-Leeny Lundberg, przełożyła Justyna Czechowska) – jest to Powieść lekarska Riku Korhonena z 2010 roku, zdobywczyni Europejskiej Nagrody Literackiej. Gruba i ciężka lektura, ale fascynująca i napisana to mięsistym, to znów bardzo subtelnym językiem. Motywem przewodnim jest „leczenie”: związków, jednostek, państw, sytuacji… To wielowymiarowa, niejednoznaczna i prowokująca powieść, po której przynajmniej jej tłumacz ma więcej pytań niż odpowiedzi. Nie mam wątpliwości, że Korhonen operuje językiem rzadkiej urody i mocy, natomiast nie raz i nie dwa musiałem mocno nabrać powietrza, nim skoczyłem w ten rozszalały żywioł. Bardzo jestem ciekaw reakcji na tę powieść.