Baza tłumaczy

Aga Zano Członkini zwyczajna     Pokaż dane kontaktowe

Języki źródłowe

angielski, polski

Języki docelowe

polski, angielski

Specjalizacje

proza, literatura faktu, literatura dziecięca i młodzieżowa, literatura popularna

Biogram

Tłumaczka z j. angielskiego na polski i z polskiego na angielski. Publicystka, copywriterka, recenzentka. Studiowała na warszawskim MISH i Akademii Teatralnej, a następnie na Queen’s University of Belfast i University of Edinburgh. Przez dwa lata poznawała branżę wydawniczą od strony sprzedaży praw w agencji literackiej. Tłumaczy literaturę popularną i non-fiction, a także teksty dziennikarskie o tematyce kulturalnej i społecznej. Mieszka w Warszawie.

Wybrane przekłady

Furie (The Furies)

Katie Lowe

wyd. Czarna Owca, 2019

Turyści żartowali, że to takie miejsce, do którego przyjeżdża się umrzeć. Miasteczko na końcu świata, tuż przed końcem wieku: dalej nie ma już nic.

Podstarzali mieszkańcy, chorzy i zmęczeni jak opustoszałe ruiny ceglanych domów, w których gwiżdże wiatr. Nieco na południe czekało ulubione miejsce samobójców: białe klify, przyciągające ku sobie desperatów, którzy rzucali się z nich w szare, zimne morze. Tory kolejowe urywały się niespodziewanie, drogi prowadziły tutaj i nigdzie dalej… To chyba dość oczywiste znaki: aż prosiły się o szyderstwo. Ale nie tylko stąd wziął się ten żart.

Obrazu dopełniały schłostane deszczem witryny sklepów z łuszczącą się farbą na szyldach. Pawilony upstrzone graffiti i ptasimi odchodami. Szare plaże, wysypane w równych częściach piaskiem, odłamkami szkła, zgniecionymi puszkami po piwie i foliówkami. Salony z automatami do gier na promenadzie: Caesar’s Palace, Golden Ticket, Lucky Strike – wewnątrz dywany zawilgłe od płynu do czyszczenia i rozlanego piwa, groszaki pobrzękujące w metalowych przegródkach. Mężczyźni z papierosami stojący w trupiej poświacie maszyn do gry, zahipnotyzowani terkotem i podzwanianiem jednorękiego bandyty. Blade połacie wypalonej trawy, drut kolczasty, cegły. Stocznie, a w nich statki: potężne stalowe grobowce, budowane przez mechaniczne bestie. Nachalny, mdlący smród rynku rybnego. Pokarbowane bunkry, kamienna syrena o twarzy zeszlifowanej przez wiatr.

To tutaj spędziłam swoją młodość. Utkwiłam jak postać na obrazie olejnym. Rozkład postępuje, morze pochłania brzegi. Pewnego dnia to wszystko zniknie, a świat tylko na tym zyska.

Zła (Bad)

Chloe Esposito

wyd. Czarna owca, 2019

– Alvie? Dlaczego wymiotujesz do umywalki?
Bo do kibla akurat sram.
– Co? W tym samym czasie?
Mhm, w tym samym czasie. To się nazywa zatrucie alkoholem. Fantastyczna sprawa. Powinnaś kiedyś tego spróbować. Flądro.

Rozlepiam ciężkie powieki, tylko odrobinkę. Natychmiast oślepia mnie wypolerowana na wysoki połysk biel: porcelanowa muszla. Znów zamykam; to bolało. Opieram policzek na twardej, zimnej krawędzi i pozwalam się nieść falom mdłości. Jestem surferką, wykręcam perfekcyjne beczki na Hawajach, sunę po wzdętych zwałach wody i rozbryzguję pióropusze piany. O nie, znowu nadchodzi. Wyrzyguję resztki zawartości żołądka przemieszane z kwasem. I jeszcze raz. I jeszcze.

– Dopadnę cię za to, Nino. To wszystko twoja wina.

Gin, wino, wódka, marchewki (dziwne, przecież nie jadłam marchewek). Mój oddech odbija się echem po umywalce. Huczy mi w głowie, wszystko wiruje.

Już nigdy więcej
Nic nie wypiję
Tym razem mówię serio.

Moje pierwsze haiku dzisiaj…

Wreszcie flaczeję i opadam twarzą na podłogę. Kafelki wychodzą mi na spotkanie i z trzaskiem uderzają mnie w skroń.

Czy ja naprawdę właśnie spadłam z sedesu?

Usta wypełnia mi krew z rozciętej wargi. Czuję się jak żywy trup, ale przynajmniej jeszcze nie umarłam – nie kipnęłam, wgryzając się w kanapkę na kiblu jak Elvis Presley. Cała dygoczę na czarno-białej mozaice. Uch, co to? A, to ja. Stary pot przemieszany z WC kaczką czy innym płynem do kibla o zapachu oceanu. Jestem kompletnie naga, mam na sobie tylko diamentowy naszyjnik Beth. Pełznę niczym żołnierz w Wietnamie na ciepłą, puchatą matę łazienkową: to moja samotna wyspa na wzburzonym oceanie.

The Sky Is Yours (niewydana)

Chandler Klang Smith

Sharkey wycina swoje imię i nazwisko na plecach jakiegoś kościstego szczuna. Trzech pomyjarzy trzyma małolata za wszarz i wali mu łbem o stół, kiedy ten próbuje się rzucać. Zakład Sharkeya to nie miejsce na bohaterstwo – jeśli już, to na modlitwę. Ściany zdobi nierówny wzór z dziur po nabojach i plam z gipsu tam, gdzie chciało mu się je zaszpachlować. Plotka głosi, że dywan w misterne ciemnoczerwone wzory kiedyś był po prostu brązowy.

Sharkey ma pewną rękę a oko wprawne jak zecer, mimo że każda wykrojona litera rozmywa się w kleksach z krwi.

– To pierwsze wykroczenie, więc zrobię bezszeryfową. – Ściąga biały podkoszulek i wyciera podpis, podziwia swoje dzieło. „W” w słowie „Eisenhower” wyszło trochę krzywo, ale Sharkeyowi to nie przeszkadza. W tym wieku uczy się już odpuszczać szczegóły. – No, młody, tak ładnie wyglądasz, że chyba cię powieszę przed wejściem. Będziesz mi dyndał nad drzwiami zamiast szyldu. Co wy na to, chłopaki?

Pomyjarze żwawo podrywają gówniarza na nogi i szarpią, jakby chcieli pociągnąć go do wyjścia.

– Panie S! Przysięgam, kurwa… – irokez chłopaka zwiotczał od potu, żaluzjowe okulary z zielonego plastiku pękły w trzech miejscach. – Przy następnej robocie dostaje pan wszystko co najlepsze i jeszcze trochę!

– Nie będzie żadnej następnej roboty, chyba że przyniesiecie mi wszystko w zębach. Nie żartuję.

Chłopak próbuje się wyrwać. Pomyjarze podnoszą go wyżej, tak że jego buty na kółkach ledwo dotykają podłogi.

– Wszystko! Kurwa, przysięgam!

– Zwiń choćby łańcuszek od zegarka, to przerobię twoje prochy na diamenty – syczy Sharkey.

Pomyjarze puszczają, a chłopak pruje przez sklep i zbiega po schodach tak szybko, że krew nie ma nawet czasu zaplamić parkietu. Drzwi frontowe zatrzaskują się z brzękiem dzwoneczka.

Czasami Sharkey myśli, że może powinien znów zacząć chodzić na szaber, mieć na wszystko oko – ale przyzwyczaił się do zarządzania. Przecież nie będzie już robić jak fizyczny.

Ponad dwadzieścia lat temu Sharkey zaczął rozrysowywać mapę tuneli pod miastem. Teraz ma wszystko opisane co do studzienki – przy każdej znajduje się oznaczenie, czy jest zapchana czy udrożniona. Mówi, że to jego opus magnum. Nikt nie widział mapy w całości, a nawet gdyby zobaczył, to nic by z niej nie zrozumiał. Wiedza należy tylko do Sharkeya. Pod miastem biegnie nie jedna, a dwie opuszczone stacje metra: linia czarna i niebieska, krzyżujące się ze sobą. Urbaniści za pierwszym razem nie zaplanowali wykopów dostatecznie głęboko, więc cała konstrukcja musiała zostać wypełniona wapieniem i ziemią, by na tym płytkim grobie zbudować podstawy wieżowców. Ale część oryginalnych tuneli nadal istnieje, pod ulicami ciągną się powidoki torów – ze skłębionymi plamami sadzy na cegłach tam, gdzie czerwonobrzuche lokomotywy wypluwały kłęby pary.

Immortaliści (The Immortalists)

Chloe Benjamin

wyd. Czarna Owca, 2018

Ponieważ następnego dnia wypada szabat, pogrzeb odbywa się dopiero w niedzielę. Żałobnicy zbierają się w konserwatywnej synagodze Tiferet Israel, do której należał Saul i którą wspierał datkami. Przy wejściu rabin Chaim podaje każdemu z Goldów nożyczki na krię.

– Nie. Nie zrobię tego – protestuje Gertie, którą trzeba prowadzić po kolei przez każdy etap ceremonii, jak przez kontrolę celną na granicy kraju, którego nigdy nie zamierzała odwiedzać. Ma na sobie dopasowaną sukienkę, którą Saul uszył dla niej w 1962 roku: sztywna czarna bawełna, zebrana w talii, zapinana z przodu na guziki, z odczepianym paskiem. – Nie zmusicie mnie – dodaje, spoglądając na przemian na rabina i dzieci. Cała czwórka posłusznie rozcięła ubrania na sercu. Rabin tłumaczy, że on do niczego nie może jej zmusić, tylko Bóg, ale wygląda na to, że Bóg też tu nic nie wskóra. Ostatecznie rabin wręcza Gertie czarną wstążkę do rozcięcia zamiast sukienki, a ona w aurze bolesnego zwycięstwa zajmuje swoje miejsce w ławce.

Simon nigdy nie lubił przychodzić do synagogi. Przez jej szorstkie ściany z ciemnego kamienia i zatęchłe powietrze był od dzieciństwa przekonany, że to miejsce jest nawiedzone. Nabożeństwa były jeszcze gorsze: ciągnące się w nieskończoność milczące modlitwy, gorące prośby o odnowę Syjonu. Teraz Simon stoi nad zamkniętą trumną, powietrze wkrada mu się pod koszulę przez rozcięcie na piersi, a on uświadamia sobie, że już nigdy nie zobaczy ojca. Przypomina sobie nieobecne spojrzenie Saula i powściągliwy, niemal kobiecy uśmiech. Rabin Chaim nazywa Saula dobroczyńcą znanym z siły ducha i niezłomnego serca, ale w oczach Simona ojciec był człowiekiem porządnym i statecznym, który za wszelką cenę unikał kłopotów i konfliktów. Saul był tak pozbawiony pasji, że jego małżeństwo z Gertie należałoby uznać za prawdziwy cud, bo związku z tą ambitną i humorzastą kobietą nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby za decyzję pragmatyczną.

Po nabożeństwie wychodzą za niosącymi trumnę na cmentarz Mount Hebron, gdzie leżą rodzice Saula. Obie dziewczynki płaczą – Varya po cichu, Klara głośnym szlochem wtóruje matce – a otumaniony Daniel trzyma fason wyłącznie z poczucia obowiązku.

Simon jednak nie jest w stanie płakać, nawet kiedy trumna zostaje spuszczona w głąb ziemi. Ma tylko poczucie, że coś stracił – nie ojca, którym Saul był, tylko człowieka, którym możliwe, że był. Przy obiedzie ojciec i najmłodszy syn siedzieli na przeciwnych krańcach stołu, każdy pogrążony we własnych myślach. Dopiero kiedy jeden z nich podnosił oczy i napotykał wzrok drugiego, przeskakiwała między nimi iskra –działo się to przypadkiem, ale jednak ich oddzielne światy łączyły się na chwilę niczym na zawiasie, dopóki któryś nie odwracał spojrzenia.

Drogi Evanie Hansenie (Dear Evan Hansen)

Val Emmich

oraz Steven Levenson, Benj Pasek i Justin Paul

wyd. Otwarte, 2019

 

Drogi Evanie Hansenie,

tak zaczynam wszystkie swoje listy. Najpierw „Drogi”, bo tak się pisze na początku każdego listu. Wszyscy tak robią. Potem imię i nazwisko osoby, do której się zwracamy. W tym przypadku to ja. Piszę do siebie. Więc mówię „Drogi Evanie Hansenie”.

Evan to tak naprawdę moje drugie imię. Mama chciała nazwać mnie Evan, a tata Mark, po sobie samym. Tata zwyciężył w bitwie – przynajmniej tak wynika z aktu urodzenia – ale to mama wygrała wojnę. Nigdy w życiu nie zwróciła się do mnie inaczej niż „Evan”, a w rezultacie tata też był do tego zmuszony. (Uwaga, spojler: moi rodzice już nie są razem).

Po powitaniu następuje właściwa część listu, czyli treść. Zawsze zaczynam od takiego samego wstępu:

Dziś będzie wspaniały dzień. Oto dlaczego:

Pozytywne nastawienie gwarantuje pozytywne doświadczenie. Taki jest cel tego całego zadania z pisaniem listów.

Czasami wydaje mi się, że terapia to kompletna ściema. A czasami myślę sobie, że prawdziwy problem tkwi właśnie w moim sceptycyzmie.

No, nieważne.

Reszta listu jest już bardziej skomplikowana. Pierwsza linijka zawiera tylko tezę, a w następnej części trzeba ją uzasadnić i rozwinąć własnymi słowami. Muszę wykazać, dlaczego dzisiaj będzie wspaniały dzień, mimo że cały zgromadzony dotychczas materiał dowodowy wskazuje na coś przeciwnego. Każdy dzień jak dotąd był wybitnie niewspaniały, więc czemu miałbym wierzyć, że ten będzie inny?

Szczerze? Już dawno straciłem nadzieję. Czas zatem odpalić silnik wyobraźni i upewnić się, że każda najmniejsza molekuła kreatywności w moim mózgu jest gotowa do współpracy. (Do napisania przekonującej przemowy motywacyjnej potrzebna jest cała molekularna wioska).

Szalona (Mad)

Chloe Esposito

wyd. Czarna Owca, 2018

 

Metro na lotnisko pełznie, jakby chciało, a nie mogło. W wagonie nie ma klimatyzacji; to sauna na kółkach, a nie pociąg. Turecka łaźnia. Zasrana linia Piccadilly. Jest jeszcze gorsza niż Northern. Przysiadam na syntetycznym pomarańczowym pluszu i próbuję się nie porzygać. Koło mnie siedzi szczyl w bluzie z kapturem i gra w Angry Birds z dźwiękiem na pełny regulator, jednocześnie pakując sobie do ust niekończące się frytki. Gdzie on dostał frytki o ósmej rano? Patrzę nienawistnie na jego rozmazane odbicie w szybie naprzeciwko. Koleś ma szczęście, że jestem w dobrym humorze.

Żałuję, że nie mam żadnej książki. I przydałyby się okulary przeciwsłoneczne. Jarzeniówki walą silniej niż słońce. Zakrywam twarz dłońmi i całą wieczność czekam na zbawienie w ciemnym świecie wypełnionym zapachem tłuszczu z octem i jazgotem hiperaktywnych cyfrowych odgłosów. Żółć na zmianę wzbiera mi w gardle i opada, tak samo jak morskie fale, które czuję w brzuchu. Żyły w mózgu pulsują, dum, dum, dum. Po co ja piłam to wino? Nie byłam nigdy w piekle – jeszcze – ale wyobrażam sobie, że to, co teraz przeżywam, to dokładnie takie samo doświadczenie. Na wpół spodziewam się, że pełznąca po zaparowanym oknie tłusta czarna mucha nagle oderwie się od szyby i zamieni w Belzebuba we własnej osobie, który powita mnie w Otchłani.

Siemanko, Alvina!” – powie, cedząc słowa jak czarny charakter z Disneylandu „Witamy w piekle! Mamy dla ciebie niekończące się tortury w naszych koszmarnych lochach, ale może najpierw przedstawisz się nowym kolegom? Osama, Ruhollah, Idi, Pol, Adolf i Saddam, poznajcie Alvinę!”. Co za festyn kutasów. Byłam pewna, że Maggie Thatcher też tu spotkam. Ale nie. Sami faceci. To wygląda jak Klub Bullingdona, tylko bez świńskich łbów do wyruchania. I nie mają nic do picia.

Kiedy wreszcie dojeżdżam na lotnisko, muszę jeszcze przejść kontrolę bezpieczeństwa: koszmar. Kolejki do rentgenów ciągną się w nieskończoność. Trzeba zdjąć buty, pasek i jeszcze kurtkę. Wrzucam torebkę do plastikowej kuwety i patrzę, jak pełznie po taśmie. Przechodzę przez wykrywacz metalu i oczywiście zaczyna piszczeć. BIIP! BIIP! BIIP! BIIP! Och, super. Właśnie tego mi teraz potrzeba… Kobieta ze skwaszoną miną obmacuje mnie z góry na dół. Czuję na jej bluzce zapach tropikalnego płynu do zmiękczania tkanin. Potem robi się gorzej.

Na pokuszenie (The Beguiled)

Thomas Cullinan

współtłumaczenie (Anna Owsiak, Jerzy Wołk-Łaniewski, Jan Wąsiński, Aga Zano)

wyd. Marginesy, 2017

 

– Może on nie chciał, coby panna Martha wiedziała, gdzie on jest.

– Jeśli tak było, to może wcale nie zginął. Może tylko gdzieś uciekł i nikt go już nigdy nie znajdzie.

– Tak jak pan?

– A co ty chcesz przez to powiedzieć, Mattie?

– Toż przecież pan też uciekł, nie? Nikt nie wie, gdzie się pan podział, tylko my. Może pana też nikt nigdy nie znajdzie.

– Właśnie tak, nie inaczej. Czy to by nie było wspaniałe? Mógłbym tu sobie mieszkać do końca życia, otoczony czarującymi młodymi damami, na każde moje skinienie gotowymi dać mi wszystko, czego tylko zapragnę. To mogłaby być taka wymiana. Ja za pana Roberta. Będę musiał to zaproponować pannie Marcie.

– Ja to bym wcale panu nie radziła przy niej takich rzeczy odpowiadać.

– A cóż tam zaszło między nimi, co, Mattie?

– A bo ja wiem.

– To znaczy, że nie chcesz mi powiedzieć.

– Jak tam pan sobie uważa.

– To powiedz mi co innego. Czemuż to dwie takie przystojne panie nigdy nie wyszły za mąż?

– Pan to lubi pytania zadawać jak mało kto.

– Dzięki temu dzień prędzej minie, Mattie.

– Oj, coby pan zaraz nie minął drzwi przez próg, kiedy panna Martha się dowie, jaki pan wścibski.

– No powiedz, Mattie.

– Ja to sobie myślę, że panna Martha nigdy nie chciała za mąż wychodzić. Panna Harriet to może i kiedyś chciała, ale chyba zmieniła zdanie.

– Dlaczego?

– A bo ja wiem. Sam jej pan zapyta. Tylko niech jej pan nie mówi, że ja panu tak powiedziałam. Tak pan człowieka zasypuje pytaniami, gorzej niż mały dzieciak. No, ale ja nie mam więcej czasu do trwonienia tu z panem. Pół poranka mi już uciekło, a pracy wcale nie ubyło.

– Kiedy Jankesi tu przyjdą, i wszystko przejmą, Mattie, to nic już nie będziesz musiała robić.

– Aż tyle żywota to mnie nie czeka, cobym miała taki dzień zobaczyć. Nikt z nas aż tyle żywota nie ma przed sobą.

– Oj, Mattie, to już nadchodzi, możesz być tego tak samo pewna, jak że się urodziłaś. Dzień Triumfu na to mówią. A jak już nadejdzie, to pojedziesz sobie na północ w prywatnej salonce, którą przyśle tu po ciebie sam pan Lincoln. Ubiorą cię w jedwabną suknię, na palce włożą diamenty i będziesz pić szampana ze złotych kielichów. A stary kochany pan Lincoln będzie czekał na stacji w Waszyngtonie, by przywitać ciebie i innych czarnych, a potem poprowadzi wielką procesję po ulicy aż do Białego Domu. Tylko wiesz, Mattie, wtedy go przemianują na Czarny Dom. I wy wszyscy czarni się do niego wprowadzicie i będziecie mogli tam sobie mieszkać tak długo, jak wam się tylko zachce. Każdemu z was dadzą piękną sypialnię z wielkim mięciuchnym łóżkiem i z jedwabną pościelą, dostaniecie białe służące i lokajów, co się będą wami zajmować. Będziecie mogli cały dzień wylegiwać się w łóżku, jeśli was najdzie ochota, a wszystkie posiłki wam będą przynosić na srebrnych tacach. Będziecie mogli sobie zamówić do jedzenia, co tylko wam przyjdzie do głowy. Nawet jak nie będzie tego w karcie dań, to i tak ugotują specjalnie dla was. Będziecie mogli na każdy posiłek jeść szynkę w sosie, lody i kurczaka, jeśli się wam zachce, i ciasta, i placki, i ciastka z wiśniami, wszystko, na co tylko was najdzie fantazja. A co wieczór na trawniku pod waszym oknem będzie grała orkiestra, a wy tylko będziecie musieli krzyknąć, by zaczęli grać każdy kawałek, jaki tylko zechcecie usłyszeć – jig, hymn, marsz, o co tylko poprosicie. A potem, zanim pójdziecie spać, usłyszycie bardzo uprzejme pukanie do drzwi, a kiedy otworzycie, zobaczycie, że na progu stoi pan Lincoln i mówi: „Mattie, czy byłaś dziś ze wszystkiego zadowolona? Masz jakieś zastrzeżenia? Wiemy, że niezbyt miło wam było tam na Południu w Dixie i chcemy wam to teraz wynagrodzić. Więc dobrze się zastanów, a jeśli czegokolwiek tylko zapragniesz, napisz to na kawałku papieru tym szczerozłotym piórem, które leży sobie tam na biurku. Jak się przyjrzysz, to zobaczysz, że na piórze jest wygrawerowane: Pozdrowienia od starego Abe’a – specjalnie dla was takie zamówiłem. No nieważne, napisz na kartce, czego tylko byś chciała, a jeśli nie umiesz pisać, to nie szkodzi, postaw tylko duży krzyżyk – mamy tu takiego jednego, co czyta w myślach i umie zgadnąć, co to ma oznaczać – a potem wysuń karteczkę przez szparę pod drzwiami, a my zajmiemy się twoim zamówieniem z samego rana. A teraz miłej nocy, kochana Mattie. Dobranoc, pchły na noc. Przyrzekam ci, że jutro będzie jeszcze lepszy dzień niż dziś”. I wiesz co, Mattie? Właśnie tak będzie. Podoba ci się taki Dzień Triumfu, Mattie?

– Pan to żeś jest szalony człowiek.

Początek wszystkiego (The Beginning of Everything)

Robyn Schneider

wyd. Otwarte, 2017

 

– Szybko, jedzcie! – Phoebe Chang zamaszystym ruchem postawiła na stoliku plastikowe pudełko sklepowych babeczek. Kolczyk w jej nosie odbijał promienie słońca jak mały brylant. Jedno pasmo włosów miała ufarbowane na różowo. – Dopiero co zwinęłam je z recepcji. Pielęgniarka ma urodziny – wyjaśniła. Zerknęła przez ramię, jakby spodziewała się, że w każdej chwili mogą wysłać za nią pogoń.

Toby sięgnął po waniliowe ciastko.

– Pięćdziesiąt punktów do ironii, jeśli się tym strujemy – powiedział. – Przy okazji, Phoebe, to jest Cassidy. Ezrę znasz.

Phoebe, która wciąż grzała się w blasku cukierniczej chwały, spojrzała na mnie z roztargnieniem i o mało nie wypuściła mrożonej herbaty.

– Ja pierniczę. Spóźniłam się pięć minut i przegapiłam najbardziej historyczny transfer stolikowy w pisanej i oralnej historii tej szkoły.

– Myślałem, że nie lubisz oralnych historii, Phoebs – wtrącił Luke i puścił do niej oko.

Phoebe wzięła babeczkę, rozgniotła kremową dekorację językiem i podała Luke’owi ze złośliwym uśmiechem.

– Nic mi o tym nie wiadomo. A ty? Bierzesz po kimś do buzi, Sheppard?

Luke wziął od niej ciastko i wgryzł się łakomie, jakby chciał ją sprowokować. Byłem ciekaw, od kiedy ze sobą chodzą. Phoebe raczej nie słynęła z kradzieży wyrobów cukierniczych, ale była powszechnie znana jako redaktor naczelna szkolnej gazety.

– No, Ezra – powiedziała, wślizgując się na ławkę obok Luke’a. – Jak to jest być nastoletnim wampirem?

Toby prychnął, a Cassidy wypluła kilka okruchów babeczki.

– No weź – ciągnęła Phoebe. – Aż się prosisz. Blada skóra, czarne ciuchy, nic nie jesz i ciągle tak się patrzysz spode łba. Normalnie boki zrywać. Powinieneś nasmarować się brokatem i zacząć łazić za jakąś niczego nieświadomą laską z pierwszej klasy.

– Doskonały pomysł! – zgodziła się Cassidy. – Powiedz jej, że jesteś niebezpiecznym potworem. I dodaj, że jej krew świetnie pachnie.

– Jasne. Trafię na zły dzień w miesiącu z takim żartem i dostanę z liścia – wymamrotałem, a wszyscy się roześmiali.

– Zabawny jesteś – stwierdziła Phoebe, podając mi ostatnią czekoladową babeczkę. – A ja zawsze myślałam, że twoi znajomi rechoczą na dźwięk własnych pierdów.

Gra w życie (Mind Games)

Leona Deakin

wyd. Burda Książki, 2019

Zamiana (House Swap)

Rebecca Fleet

wyd. Marginesy, 2019

Nie powiem (Him)

Clare Empson

wyd. Czarna Owca, 2018

Nie ma mowy! (Gone Viking)

Helen Russell

wyd. Burda Książki, 2018

Surogatka (The Surrogate)

Louise Jensen

wyd. Burda Książki, 2018

Dzień ostatnich szans (Extraordinary Means)

Robyn Schneider

wyd. Otwarte, 2018

Tylko jedno kłamstwo (While You Were Sleeping)

Kathryn Croft

wyd. Burda Książki, 2017

Bez Ciebie (Miss You)

Kate Eberlen

wyd. HarperCollins Polska, 2017

Zdrada. Kryzys w Kościele katolickim (Betrayal: The Crisis in the Catholic Church)

Zespół dziennikarski Boston Globe

wyd. HarperCollins Polska, 2016

tłumaczenie do rozdz. 5

tłumaczenie od rozdz. 6 – Magdalena Shaw

Wyznawcy niemożliwego życia (Fans of the Impossible Life)

Kate Scelsa

wyd. HarperCollins Polska, 2016