Tłumacz też autor, czyli dlaczego przekład to tworzenie

Rafał Lisowski (STL)

fragmenty prelekcji wygłoszonej podczas konferencji naukowej „Tłumaczenie jako utwór chroniony prawem autorskim” na Uniwersytecie Warszawskim

Warszawa, 10 grudnia 2019

„Ostatnio wiele razy stawałam z tłumaczką czy tłumaczem ramię w ramię, kiedy prezentowałam swoje książki wydane w innych krajach. Trudno mi nawet wyrazić to poczucie ulgi, gdy można z kimś dzielić własne autorstwo. Cieszyłam się, że mogę choć trochę pozbyć się całej odpowiedzialności za tekst, na dobre i na złe. (…) Czułam prawdziwą przyjemność, że (…) w tym przedmiocie złożonym z zadrukowanych kartek papieru nie wszystko do mnie należy. (…) Oto tekst uwalniał się ode mnie czy może to ja odfruwałam od niego. Nabierał jakiejś autonomii, jak zbuntowany nastolatek, który postanowił, że urwie się z domu na Przystanek Woodstock. Tłumaczka pewnie brała go w swoje ręce, pokazywała światu z innych stron, stała za nim murem, ręczyła zań. Co za radość! (…) Tłumacze przychodzą do nas z zewnątrz i mówią: »Ja też tam byłam. Szłam po twoich śladach – a teraz razem przekroczymy granicę«. Tu tłumacz dosłownie staje się Hermesem – bierze mnie za rękę i przeprowadza przez granicę państwa, języka, kultury”.

To słowa Olgi Tokarczuk wygłoszone w kwietniu bieżącego roku w ramach inauguracji IV edycji Gdańskich Spotkań Literackich „Odnalezione w tłumaczeniu” i przedrukowane w magazynie „Książki” pod tytułem Jak tłumacze ratują świat. Właśnie dziś, 10 grudnia 2019 roku, podczas gdy my spotykamy się tutaj, Olga Tokarczuk za kilka godzin odbierze w Sztokholmie literacką Nagrodę Nobla, przyznaną przecież właśnie dlatego, że świat mógł poznać jej twórczość w doskonałych przekładach. Tym bardziej zatem to właśnie jej słowa są idealnym wprowadzeniem do dyskusji o statusie tłumaczy jako autorów.

[…]

Można odnieść wrażenie, że twórczy charakter przekładu mylony jest nieraz z jego artystycznością – stąd zapewne tendencja, by za twórcze chętniej uznawać tłumaczenia literatury wysokiej, zwłaszcza poezji, albo te o wysokim poziomie trudności. Wśród zwykłych odbiorców, niedysponujących wiedzą o sztuce przekładu i warsztacie tłumacza, pokutuje nieraz przekonanie, że na uznanie za twórczość zasługują jedynie najbłyskotliwsze tłumaczenia najwybitniejszych dzieł. Znamy to dobrze jako działacze Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Gdy upominamy się o przynależne nam miejsce na stronach tytułowych i okładkach książek, w materiałach promocyjnych wydawców, na stronach internetowych księgarń i w recenzjach prasowych, spotykamy się nieraz z niechętną reakcją, choćby użytkowników internetu, których zdaniem przesadzamy, „sadzimy się”, a może wręcz chcemy się ogrzać w blasku autora oryginału. Słyszymy wtedy, że należy znać swoje miejsce, bo jeśli oddamy kawałek przestrzeni na okładce tłumaczowi, to dlaczego nie wszystkim innym osobom, które miały swój wkład w wydanie książki: redaktorkom, korektorkom, grafikom, składaczom, drukarzom, pracownikom działu promocji? Wtedy, rzecz jasna, cierpliwie wyjaśniamy, że przy całym szacunku dla bezcennej pracy wszystkich tych osób, nie posiadają one praw autorskich do książki – te przysługują jedynie pisarzowi i tłumaczowi.

Sprawa zaczyna się jednak niepokojąco komplikować, kiedy okazuje się, że również urzędy takie jak Zakład Ubezpieczeń Społecznych, a potem sądy mogą relatywizować tę pozornie bezsporną prawdę. Przypomnijmy, że zgodnie z artykułem 1 ustawy o prawie autorskim, zawierającym definicję utworu, „przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia”. Powtórzmy: niezależnie od wartości czy przeznaczenia. Nie ma tu zatem miejsca na stopniowanie ochrony z uwagi na to, czy dany tekst jest lepszy czy gorszy, ambitniejszy czy mniej, mający odbiorcę poruszyć czy tylko „umożliwić mu zapoznanie się z treścią”.

[…]

Pełen tekst prelekcji ukazał się w monografii Tłumaczenie jako utwór chroniony prawem autorskim opublikowanej przez Wydawnictwo C.H. Beck.