Aktualności

Tegoroczną edycję cyklu Tłumacze o sobie otwiera wywiad z tłumaczką literatury francuskiej, Katarzyną Marczewską – w jej dorobku znajdują się utwory takich autorów i autorek jak Jacques Le Goff, Philippe Ariès, Marc Bloch, Michel Leiris, Tahar Ben Jelloun, Gaël Faye, Éric Vuillard, Jacqueline Harpman czy Négar Djavadi. W dzisiejszej rozmowie opowiada między innymi o początkach pracy translatorskiej, zaletach pobytów rezydencyjnych, istocie wsłuchiwania się w rytm i melodię tłumaczonych tekstów, a także o inspirującej sile czerpanej z bliskiego kontaktu z naturą.

Na początek o początkach.

Początek był tak dawno, że znacznej części osób, które to będą czytały, nie było wówczas na świecie. O tym, że chcę być tłumaczką, wiedziałam już w liceum. W czasie studiów założyliśmy na romanistyce koło przekładowe, wydelegowaliśmy jednego z nas do „Literatury na Świecie”, żeby zapytał, jaki autor ich interesuje. Powiedzieli, że radzą nam wziąć na warsztat Geneta. Kolega poinformował nas, że chcą Genette’a. I zamiast klasyka literatury LGBT zaczęliśmy tłumaczyć teoretyka literatury. „LnŚ” nie była zainteresowana. Potem ktoś zwrócił się do mojej promotorki z prośbą o przełożenie dwóch artykułów z dziedziny teorii literatury – zrobiłyśmy to we dwie z  Agnieszką Kuryś, koleżanką z koła przekładowego, uzgadniając każde słowo w tych piekielnie trudnych tekstach. Jeden z nich ukazał się potem w „Pamiętniku Literackim” – to była nasza pierwsza wydrukowana praca. Dzięki tej publikacji dowiedziała się o naszym istnieniu prof. Zofia Stefanowska, która szukała kogoś, kto przełożyłby zupełnie nieprawdopodobną książkę o Mickiewiczu, dzieło francusko-kanadyjskiego psychiatry, matematyka, pianisty, postaci zasługującej na osobną, fascynującą książkę. Pan Gille – bo tak go nazywałyśmy – wykorzystał jako materiał do psychoanalizy utwory wieszcza, listy, relacje współczesnych. Pamiętam, jak nas zachwycały obrazoburcze tezy, zupełnie niezgodne z obrazem wyniesionym z liceum. Przekładałyśmy z maszynopisu, bo wersja do druku miała dopiero powstać. Była to znakomita szkoła – wiedziałyśmy, że musimy oddać sens w taki sposób, żeby był zrozumiały dla nas i czytelników, zmagałyśmy się z terminologią, czytałyśmy Freuda, Junga, Adlera, kolejne porcje przekładu (który najpierw przygotowywałyśmy każda osobno w brudnopisie, potem ustalałyśmy wspólną wersję, wreszcie na zmianę wystukiwałyśmy na maszynie) wysyłałyśmy autorowi, a on odsyłał nam kserokopie ze swoimi uwagami. W kopertach były też listki klonowe, pocztówki z Québécu i obrazki z męczennikami kanadyjskimi, bo pan Gille był gorliwym katolikiem. Nie było Internetu, wszystko szło pocztą, trzeba było przeszukiwać katalogi kartkowe w BUW-ie i w IBL-u (bo mogłyśmy korzystać z tej biblioteki), przekład zajął nam wiele miesięcy, ukazał się po paru latach. Oczywiście od razu złośliwy recenzent w „Żywociku Literackim” wytknął nam dwa karygodne błędy: z jednej z przywoływanych w przypisach autorek zrobiłyśmy mężczyznę, zniekształciłyśmy też tytuł pewnego wiersza Mickiewicza. Od tej pory zawsze sprawdzam absolutnie wszystko, co zajmuje mi niestety mnóstwo czasu…

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Kiedyś, kiedy miałam małe dzieci, pracowałam w nocy. Zawsze jednak wolałam dzień, wieczorem jestem bardzo mało wydajna. Zdarza mi się siedzieć przy komputerze do późna, kiedy goni mnie termin, ale ostatnio coraz gorzej mi to wychodzi – znów dopadła mnie praca opiekuńcza i mam zaległości senne.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Prawie wyłącznie przy biurku, w pokoju, gdzie mam wszystko pod ręką, laptop na podstawce, osobną klawiaturę, mysz, dodatkowy monitor. Jeśli gdzieś jadę na dłużej (np. zdarza mi się pracować w Arles, w Kolegium Tłumaczy), zabieram podstawkę i mysz, na miejscu pożyczam klawiaturę, i również siedzę przy biurku.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Teraz korzystam ze słownika elektronicznego, bardzo lubię stronę CNTRL z masą słowników jednojęzycznych (kompilacja współczesnych definicji słownikowych plus kilka wersji słownika Akademii Francuskiej, słownik frankofoński, słowniki starofrancuskiego). Kiedyś były to przede wszystkim Larousse i Petit Robert, kupowane za straszne pieniądze we Francji albo sprowadzane za pośrednictwem Ambasady Francuskiej. 

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Przy pracy nad pierwszą, brudnopisową wersją przekładu jest to raczej Wikipedia, chociaż czasem już na tym etapie wypożyczam rozmaite książki z bliższych i dalszych bibliotek. Kiedy tłumaczę literaturę naukową, odbywam maratony w BUW-ie, a ostatnio czasem na Koszykowej, która w nowym wydaniu, cała w bieli, z zieloną ścianą i szklanymi dachami jest zachwycająca. Sprawdzanie cytatów dostarcza satysfakcji, jeśli uda mi się szybko trafić na właściwe miejsce, ale najczęściej jest źródłem ogromnej frustracji. Przeklinam niefrasobliwość francuskich redaktorów i autorów. Ale i tak teraz jest nieporównanie łatwiej – można sprawdzić katalogi online, zamówić książki, czasem udaje się coś znaleźć w Googlebooks. Do jednej z pierwszym tłumaczonych przeze mnie książek musiałam sprawdzić setki cytatów i nic się nie zgadzało – nie ta sztuka, nie ten autor, nie ten akt. Trzeba było przerzucić wiele książek od deski do deski. Nadal mi się to zdarza, ale już nie tak często. Ostatnio odkryłam, że jeden z moich autorów pomylił źródło, po czym okazało się, inni odkryli to przede mną, ale agent nie przekazał mi wcześniej instrukcji dla tłumaczy tej książki, napisanej m.in. na podstawie uwag osób, które już wcześniej przełożyły książkę na inne języki.  

Kiedy się zablokujesz, to…?

Idę do kuchni. Robię sobie coś do picia. Kiedyś coś zjadałam, co bardzo pomagało (przez żołądek do mózgu!), ale teraz staram się tego nie robić – domyślcie się sami dlaczego. Kiedy jest cieplej, wychodzę do ogrodu. Patrzę, co rośnie i kwitnie. W skrajnych przypadkach patologicznie pielę albo karczuję.

Redaktor to…?

Najczęściej redaktorka. I sprzymierzeniec (jak to będzie w rodzaju żeńskim? Sprzymierzeńczyni?). Jeśli zwraca na coś uwagę, to znaczy, że coś mu/jej nie pasuje. Oczywiście czasem nie zgadzam się z tym, wtedy szukam „trzeciej drogi”. Niestety coraz częściej zdarza się, że redaktor nie zna języka, z którego tłumaczę, i nie może porównać przekładu z oryginałem – bywało to bardzo pomocne, bo przecież każdemu zdarzają się kiksy. Rzadko mam do czynienia z kimś, kto absolutnie nie ma racji – wtedy w komentarzu uzasadniam swój wybór. Lubię pracować z człowiekiem, nie z wynikami jego pracy w postaci poprawek na tekście – po przejrzeniu redakcji najchętniej umawiam się na rozmowę. Kiedyś były to spotkania nad maszynopisem lub wydrukiem z komputera z odręcznymi adnotacjami, teraz nie wiem nawet, jak wygląda osoba, z którą rozmawiam, znam tylko głos, ale bardzo sobie cenię taki kontakt, nawet telefoniczny. Wydaje mi się, że nie tylko ja, redaktorzy również. Łatwiej przedyskutować rozmaite niuanse, ustalić szczegóły, chociaż oczywiście zajmuje to sporo czasu.

Od kogo uczysz się przekładu?

Moimi pierwszymi nauczycielami byli Andrzej Siemek i Henryka Martyniakowa. Potem leciwe redaktorki z czasów PRL – Antonina Jelicz, Renata Szwander, i młodsze – naczelna Oficyny Naukowej, redaktorki i redaktorzy z dawnych i nowych wydawnictw… Nadal uczę się od redaktorów. A także od autorów i autorek – dzieł oryginalnych i przekładów. Staram się czytać dobre książki, podziwiam często rozmaite rozwiązania w przekładach. Bywa to męczące, bo nie potrafię czytać bezinteresownie. Czytając, zwracam uwagę na warsztat. I czasem okropnie mnie denerwują potknięcia, wtedy zastanawiam się, jak sama bym to napisała.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Zielona herbata. Mam w pobliżu cudowny sklep z herbatami i kawami, setki smaków do wyboru. Ostatnio piję nałogowo mieszankę mango tango (zielona z owocami mango, ananasa, z szafranem), poprzednio była to Różana pokusa, Cesarska perła… No i czarna – po obiedzie Lady Winchester na zmianę z Lady Grey, do tego kawałek czekolady, najchętniej 95 – 100%. Na biurku stoją rzędem kubki, trzy, cztery, w porywach do sześciu. Na szczęście mam ich dużo. Kawa od czasu do czasu, ale niekoniecznie.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Ptaki. Za jednym oknem karmnik i poidło, za drugim budka dla ptaków. Teraz budka jest nieczynna, bo zima, ale w karmniku stale ruch – wiewiórka, sroki, sójki, a drobnica czeka na swoją kolej na ziemi albo na gałęziach. Pod drzewo czasem przychodzi zielony kot (tak mówi mój mąż, naprawdę kot jest pomarańczowo-bury, ale rzeczywiście jest w nim coś zielonego). Nie udało mu się nikogo upolować. Przychodził też kiedyś do ogrodu psiokot w nieprawdopodobnym czekoladowym kolorze (zdaje się, że to kot bostoński), ale teraz już jest za stary. Swojego czasu mieliśmy w zaroślach rodzinę bażantów. Nasz ogród to dżungla. Nie koszę trawy, więc żyje tam mnóstwo owadów. Czasem odwiedzają nas dziki, wtedy wzmacniam zeribę wzdłuż ogrodzenia, pod którym udaje się im czasem przełazić. Lubię na nie patrzeć, ale z daleka! Zwierzęcych domowników nie ma, za trudno byłoby mi wyjeżdżać na dłużej.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję znajomym i rodzinie. Najczęściej mam ich po dwa albo trzy, więc jeden zostawiam sobie. Jeśli jest więcej, oddaję do biblioteki. Niektóre własne przekłady dokupuję, żeby mieć na prezenty. Ponieważ tłumaczę strasznie grube tomiszcza i pracuję powoli, nie mam tak imponującego dorobku jak niektórzy znajomi – mój rekord rocznego urobku to pięć wydanych tytułów, ale zwykle bywa ich mniej. Nie mam kłopotu z nadmiarem egzemplarzy. 

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Pracuję w ogrodzie, chodzę na basen, na chór. Uwielbiam wyjeżdżać do pracy w rezydencjach dla tłumaczy – to cały czas praca, ale jednocześnie kontakt z innymi tłumaczami, masa nowych doświadczeń, przy okazji rozmaite rozrywki, takie jak zwiedzanie, kąpiele w morzu, wspólne kolacje… Cela klasztorna w dawnym szpitalu w Arles z widokiem na wirydarz to miejsce, do którego wracam od lat, i mam nadzieję pojechać znowu. Na dom François Mauriaca w Saint-Symphorien chyba już nie mogę liczyć, bo jest to jedyne miejsce, gdzie obowiązuje limit wieku. Może uda mi się zobaczyć inne miejsca, o których słyszałam od współrezydentów. Niektóre znajomości trwają, spotykamy się co jakiś czas (z pewną Hiszpanką już trzy razy w trzech różnych miejscach). Chciałabym się wybrać znowu na spływ kajakowy – ostatni był parodniowy, kilka lat temu. Za dawno, za krótko, ale cudownie. Lubię też jeździć na warsztaty śpiewu. Kiedy się da, idę do lasu, mam go prawie za płotem (chociaż ostatnio słabo mi to wychodzi, odkąd towarzysz spacerów przestał chodzić). I oczywiście spotykam się ze znajomymi, ale tego mam za mało…

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Zdarzyło mi się przyjąć przekład z ekspresowym jak dla mnie terminem. Zaczęłam tłumaczyć – nic mi z tego nie wychodziło, wszystko płaskie jak naleśnik. Zupełnie nie wiadomo, dlaczego we Francji książka biła rekordy popularności. Dotarłam już do jednej czwartej, kiedy zobaczyłam, a raczej usłyszałam, o co chodzi – kluczem był rytm. Książka była napisana trochę tak, jak książeczki o wróbelku Elemelku – niby prozą, a jednak wierszem. Musiałam przerobić wszystko od początku i dopiero wtedy tekst zaczął żyć. Co najgorsze, niedługo później podpisałam umowę z innym wydawnictwem na inną, o wiele dłuższą książkę – i znów mnie to dopadło. Tym razem zorientowałam się nieco szybciej, a potem męczyłam się okropnie, żeby oddać formę. Ślubowałam, że każdy tekst przed podpisaniem umowy zacznę sobie czytać na głos – jeśli się zgodzę, niech to będzie świadome. A teraz wydaje mi się, że to maniera wspólna dla większości francuskich autorów, widzę ją również u pisarzy tworzących w innych językach. Ciekawam, jakie są w tej mierze doświadczenia innych tłumaczy literatury pięknej. Najbardziej zadziwił mnie pewien autor, który zastosował taką formę do napisania książki o sztucznej inteligencji!  

Ważne dla ciebie książki?

Uwielbiam Lalkę, bardzo cenie Ziemię obiecaną. Kilka razy przeczytałam cykl Prousta i pewnie jeszcze nie raz go przeczytam. Marguerite Yourcenar. Niedawno odkryłam Ismaila Kadarego – był tłumaczony już dawno temu, a teraz wychodzą przekłady kolejnych książek. Reportaże Kapuścińskiego i Małgorzaty Szejnert; ogólnie polscy reportażyści, zagraniczni na ogół nie dorastają im do pięt.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Porządek dnia Vuillarda, a także jego Wojnę biedaków. To bardzo nośne teksty, osadzone w historii, a jednocześnie niesamowicie aktualne (chociaż w Polsce zupełnie nie dostrzeżono takiego wymiaru Wojny biedaków, napisanej podczas protestówżółtych kamizelek”). Porządek dnia zupełnym trafem wyszedł w Polsce miesiąc po ataku Rosji na Ukrainę (we Francji ukazał się chyba półtora roku wcześniej) – i pokazał, jak bardzo historia się powtarza. Pokazuje zresztą nadal. Praca nad obiema książkami była ogromnie trudna, a jednocześnie niesłychanie satysfakcjonująca.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Za chwilę zacznę tłumaczyć kolejną książkę Vuillarda, niedługo ukaże się książka o podboju Algierii – wspaniały tekst. Kończę drugą powieść Gaëla Faye’a o Rwandzie. W tym roku wyszła świetna książka Négar Djavadi Wszystkie moje rewolucje, sama ją wyszukałam i przekonałam Czarne do jej wydania, jest to saga rodzinna, baśń wschodnia, historia Iranu – wszystko razem. I Orlanda Jacqueline Harpman – żart autorki, dialog z Orlandem Virginii Woolf. Wspaniale było ją tłumaczyć, pasjonujące były rozmowy na temat przekładania, decyzji translatorskich z tłumaczką rumuńską, z którą byłyśmy razem w Arles. Te dwie powieści to jedne z niewielu książek, które mnie nie zmęczyły psychicznie, bo ostatni rok to: ludobójstwo w Rwandzie, schizofrenia, pedofilia, Sonderkommado, krwawy podbój Algierii, krwawe tłumienie protestów w Iranie… I nie zapowiada się, żeby miało być inaczej. Może łatwiej byłoby tłumaczyć literaturę lżejszego gabarytu, ale lubię się pomęczyć nad książkami dobrymi i ważnymi – najlepiej, żeby były spełnione oba warunki.

Fot. Silvia Moreno Parrado