Gościem marcowej odsłony cyklu „Tłumacze o sobie” jest Bartosz Wójcik – nauczyciel akademicki, aktywista literacki oraz tłumacz anglojęzycznej poezji, esejów i prozy, specjalizujący się w kulturze anglojęzycznych Karaibów i Czarnego Atlantyku. Jako autor przekładu wierszy Rogera Robinsona (Trynidad / UK) znalazł się wśród nominowanych do Nagrody Europejski Poeta Wolności 2026. W dzisiejszej rozmowie opowiada o nieustannych początkach i uczeniu się od innych, o inspirującej mocy karaibskiej muzyki, a także o dobrej energii, jaką daje wsparcie najbliższych, psia przyjaźń oraz łączenie pracy translatorskiej z dydaktyką i zaangażowaniem w organizowanie wydarzeń literackich.
Na początek o początkach.
Ćwierć wieku temu, jeszcze na studiach (anglistyka UMCS), w duecie z Małgorzatą Paprotą przetłumaczyliśmy fragment Makes Me Wanna Holler (pol. Chce mi się wyć), autobiograficznej prozy Nathana McCalla. Za sprawą dra Andrzeja Antoszka przekład ten trafił do numeru kwartalnika „Akcent”, w którym sekcję tematyczną zatytułowaną „Czarni Amerykanie” kuratorował jako redaktor gościnny tenże nieżyjący już amerykanista, bliski kolega i – widzę to z perspektywy lat – nasz tymczasowy mentor. Potem tak się potoczyły nasze – Gośki i moje – losy zawodowe, że razem pracowaliśmy sporo w edukacji, ja więcej w kulturze instytucjonalnej. Współpracowaliśmy też z festiwalami i organizacjami pozarządowymi. Były to głównie przekłady tekstów ogólnych, informacyjnych, z rzadka o jakichkolwiek znamionach artystycznych. Studiom nie udało się jednak pozbawić mnie ciekawości literackiej (choć część kadry próbowała), więc coś tam sobie na boku dłubałem – początkowo zupełnie bez nadziei, że przekład i refleksja nad językiem będą na dłuższą metę miały jakikolwiek związek z zawodem przeze mnie wykonywanym. Bo z języków, których się uczyłem, tylko angielskim posługuję się na poziomie profesjonalnym, a i mój dorobek translatorski jest stosunkowo skromny. Pracuję powoli, nudzę się szybko (bez zagłębiania się tu w uwarunkowania neurologiczne), ale traktuję przekład literacki zdecydowanie jako ważny element mojej codzienności. Mając świadomość własnych ograniczeń, dość dawno zorientowałem się, że całościowo nieźle umiem w edukację akademicką, a w przekład literacki to w praktyce już wybiórczo. I dlatego bywam tłumaczem, a jednocześnie odnajduję się jako nauczyciel (pozdrowienia dla osób studenckich z lingwistyki stosowanej UMCS) i poczuwam się trochę do roli aktywisty literackiego (współorganizując takie wydarzenia, jak m.in. Festiwal Lublin Miasto Literatury), trochę konsultanta merytorycznego przekładów artystycznych (to z racji karaibistycznego wykształcenia kierunkowego i nieustającego zainteresowania Czarnym Atlantykiem), a trochę wiecznie początkującego, no właśnie, tłumacza.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Staram się, by był to dzień. Najchętniej dzień za dniem. Po wstępnej przebieżce przez tekst (skala makro) następuje obróbka (skala mikro) tego, co zrobiłem za pierwszym razem i metodyczne, niespieszne przejście przez całość. I wieczne powroty do częściowo rozgrzebanych fragmentów, z których nie jestem zadowolony (a nie jestem). I czytanie – raz półgębkiem, a raz na głos – zdań, by sprawdzić, jak (wy)brzmią. I konsultacje z Gośką, która – jako językoznawczyni i partnerka – jest dla mnie nieustannym wsparciem.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Ostatnio sofa, na której siedzę w anatomicznie zgubnej pozycji. Ale wracam za biurko. Inna sprawa, że sporo fraz – szczególnie, gdy pracuję nad poezją – zapisuję sobie, często na stojąco, także jako głosówki, w telefonie.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
Korzystam i z tradycyjnych, fizycznych książek-cegieł (np. ze słowników jamajskiej czy trynidadzko-tobagijskiej angielszczyzny), i ze źródeł cyfrowych, co jest o tyle ważne, że dynamiką rozwoju języka rządzi nieubłagane przyspieszenie. Zmiany zachodzą dogłębnie, od samej podszewki i nie sposób im towarzyszyć bez zapośredniczenia.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Z tradycyjnych źródeł bibliotecznych (książki, prasa, nagrania, archiwalia) i z oddolnych bibliotek internetowych (fora hobbystyczne i profesjonalne, grupki na FB, materiały video, profile w socjalach, etc.). Z korespondencji z osobami eksperckimi i z osobami zanurzonymi w realiach świata przedstawionego.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Porzucam i wracam z czasem (gdy deadline nie pogania). Najczęściej jednak obracam słowa w ustach (serio, dukam sobie poszarpane, ledwo zaczęte zdania ledwo słyszalnym głosem), aż coś się ruszy. I tak do względnego skutku.
Redaktor/redaktorka to…?
Współtwórczyni opublikowanego rezultatu. Kapitanka, której wskazówki umożliwiają przekładowi przestać brnąć przez manowce. Wiele zawdzięczam, dziękuję bez końca.
Od kogo uczysz się przekładu?
Od osób, które polszczyznę odczytują i praktykują jako continuum. Od osób tłumackich, które materię języka polskiego przemontowują, (re)miksują i rozszczelniają podczas precyzyjnej i pomysłowej pracy w kotłowisku semantyczno-gramatycznym. Od – i tu nie będzie zaskoczeń z uwagi na różnorodne angielszczyzny (w tym karaibskie), z którymi pracują ciekawiące mnie tłumaczki i tłumacze – Jerzego Jarniewicza, Teresy Tyszowieckiej blasK!, Agi Zano. Wymieniłem trójcę, ale uzbierałby się cały panteon tych, które po trochu podczytuję, podpatruję i podsłuchuję.
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Kawa dla smaku i aromatu, bo akurat kofeinę mój organizm zbywa milczeniem. Sumienny sen (pracuję nad tym, by zwiększyć ilości). Muzyka (jamajski dancehall, trynidadzka czy barbadoska soca, geograficznie zróżnicowany jazz i dub). Współpraca, wspólny cel z dala od rywalizacji. Przekład w moim rozumieniu to praca zespołowa i energizująca wymiana, hm, energetyczna. Dla przykładu, cenię sobie wysiłki tłumaczki Emilii Staniek, która na łamach „Czasu Literatury” regularnie ogłasza przekłady poezji Czarnego Atlantyku i z którą mamy wspólne plany publikacyjne.
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Z osób zwierzęcych zdecydowanie psa Środa (2013-2025). Spacery, a były częste, przygodowe i długaśne, nadawały codzienności przydatną, zrytmizowaną strukturę. A wokół nich układałem całą resztę. Myślę, że wraz z psią adopcją powróci takie rytmiczne wsparcie.
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Rozdaję na lewo i prawo. Obdarowuję osoby, co do których mam podejrzenia, że dane czasopismo czy książka je zainteresują. I czy dokupiłem egzemplarze w powyższym celu? No ba! Czy to rodzaj autowyzysku? Różnie mówią.
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Umiejętne oszacowanie mocy przerobowych (z czym mam odwieczny problem) to fundament nadziei na relaks jako taki. Roboczogodziny na przemian z regularnym wysiłkiem fizycznym (ćwiczenia dosłownie mobilizacyjne, ale i kardio, bo inaczej widmo nawrotu astmy, a to niewyczerpane źródło stresu). No i taniec (jak osoby postronne nie widzą).
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Z racji nazwiska, ale i dość powszechnego imienia, jestem regularnie mylony z Bartoszem Wójcikiem, germanistą i tłumaczem ze Szczecina. Przed zeszłorocznym spotkaniem autorskim z noblistą Abdulrazakiem Gurnahem, które prowadziłem w Katowicach (Festiwal „Przestrzeń Słowa” w Bibliotece Śląskiej), podeszła do mnie osoba z prośbą o podpis na książce mojego imiennika z północno-zachodniej Polski. Podpis prawie złożyłem.
Ważne dla ciebie książki?
Kiedyś np. 77 Dream Songs Johna Berrymana. Obecnie np. A Burst of Light and Other Essays Audre Lorde, Cannibal Safiyi Sinclair, The Possibility of Tenderness Jasona Allen-Paisanta, Dub: Finding Ceremony Alexis Pauline Gumbs, Passport to Here and There Grace Nichols, Dunaj. Chyłe pola Małgorzaty Lebdy. Niezmiennie np. Maus Arta Spiegelmana w przekładzie Piotra Bikonta.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Najnowszy, bo jeszcze nie zdążyłem nabrać zastrzeżeń pod własnym adresem. W serii poetyckiej Instytutu Kultury Miejskiej (Festiwal Europejski Poeta Wolności) z końcem lutego 2026 do księgarń trafi Przenośny raj Rogera Robinsona, trynidadzko-brytyjskiego pisarza i muzyka. Redaktorką książki jest niezrównana Joanna Mueller.
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Właśnie, czyli latem 2025 roku z inicjatywy Aleksandry Kardaczyńskiej i Dominiki Wasilewskiej, współzałożycielek wydawnictwa Współbycie, ukazała się Rifka Mohammeda el-Kurda, książka palestyńskiego poety języka angielskiego. Z kolei z tłumaczem i anglistą Grzegorzem Czemielem z wolna (za tempo odpowiadam niestety ja) przygotowujemy przekrojowy wybór wierszy Keia Millera, jamajskiego autora, którego poezję można było do tej pory przeczytać na łamach „Literatury na Świecie” (w przekładzie Grzegorza) i „Czasu Literatury” (w moim przekładzie). Niespiesznie, bez żadnego zlecenia, tak bardziej dla siebie przekładam wybrane wiersze Staceyann Chin (Jamajka/USA) oraz Jean Breeze (Jamajka/Anglia). Chciałbym w 2027 zacząć pracę nad zbiorem esejów The Undiscovered Country Andre Bagoo (Trynidad i Tobago), ale tu wszystko zależy od tego, czy razem z zaprzyjaźnioną instytucją kultury złożymy w tym roku wniosek grantowy i z jakim efektem.
Na zdjęciu: Bartosz Wójcik podczas Festiwalu Lublin Miasto Literatury 2025 (fot. Marcin Butryn)

