Aktualności

„Energia do pracy bierze się z pasji”. Do rozmowy w majowej odsłonie naszego cyklu Tłumacze o sobie zaprosiliśmy Bogusławę Sochańską, tłumaczkę literatury duńskiej, autorkę licznych przekładów poezji i prozy, w tym Hansa Christiana Andersena, Janiny Katz, Viggo Bjerringa, Inger Christensen i in., laureatkę tegorocznej Nagrody Europejski Poeta Wolności (wraz z autorką Aminą Elmi) i nominowaną do Nagrody Ossolineum za Przekład Poetycki 2026. W dzisiejszym wywiadzie opowiada o pierwszych próbach translatorskich, zaletach pracy na kanapie, w kawiarni i na łonie natury, a także o nieocenionym redaktorskim wsparciu i inspiracjach literackich.

Na początek o początkach.
Początki były tak dawno, że aż wstyd! Długo tłumaczyłam do szuflady, tylko wiersze, duńskie i czasem angielskie, francuskie – głównie poezję śpiewaną, Joan Baez, Leonard Cohen, Jacque Brel, Brassens i im podobni. Po zmianie systemu ktoś mnie polecił małemu nowopowstałemu wydawnictwu i przyjęłam zlecenie przełożenia z angielskiego strasznego romansidła. Naprawdę nie wiem, jak udało mi się zrobić to tłumaczenie, zresztą na pewno fatalne, bo książka chyba się nie ukazała. Byłam wtedy mamą czworga małych jeszcze dzieci, i poza pracą na uczelni codziennie między dziewiątą a siedemnastą, gdy były w szkole i przedszkolu, jeździłam po domach, ucząc angielskiego – w tamtych czasach zarabialiśmy na uczelni tyle, co osoby sprzątające…
Ale na serio zaczęłam tłumaczyć po 1996 roku, po poznaniu w Danii polskiej Żydówki, duńskiej prozaiczki i poetki Janiny Katz oraz jej pierwszych wtedy książek, które bardzo mnie poruszyły. Przełożyłam pierwszą jej prozę, pół-powieść pół-autobiografię Moje życie barbarzyńcy, wysłałam do jednego z dużych wydawnictw i nie czekając na odpowiedź, która zresztą nie nadeszła, wzięłam się za drugą, Puckę. Pracę nad nią przerwałam po wysłaniu tej pierwszej do kolejnego wydawnictwa, co również pozostało bez odpowiedzi. Rzuciłam się wtedy w inne zadanie: znowu ktoś mnie polecił: przez trzy miesiące miałam przetłumaczyć sto króciutkich rymowanych fraszek kultowego duńskiego autora, Pieta Heina. Sprawiło mi to wielką frajdę i wkrótce, w 1999 roku, książeczka się ukazała. I to był właściwy początek, jeśli nie liczyć sztuk tłumaczonych wcześniej (pamiętam moment, gdy Małgorzata Semil odesłała mi jeden z tych przekładów, redagowała go dla „Dialogu” – myślałam, że się pod ziemię zapadnę!)  

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
W młodości noc, gdy dzieci były już w łóżkach, teraz dzień i wieczór, ale od kilku lat najwyżej do 21:30.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
To dziwne, ale na względnie dużej powierzchni mieszkalnej nigdy nie było miejsca na biurko dla mnie! Przyzwyczaiłam się do pracy przy stole w jadalni, ale wiele lat bolał mnie kark i barki, ponieważ te wieczorne i nocne godziny nad tłumaczeniami następowały po ośmiu-dziewięciu godzinach spędzonych przy biurku w pracy (do sześćdziesiątego piątego roku życia pracowałam etatowo). Ale oto niedawno odkryłam zalety kanapy: laptop na drewnianym pulpicie nad udami, nogi wyciągnięte, wygodnie oparte na stołeczku, plecy solidnie podparte poduchą sofy – i już nic nie boli.
Jednak najlepiej pracuje mi się w pociągu, w górach, na plaży (tam oczywiście tylko poprawiam przekład).

Słownik elektroniczny czy papierowy?
Przede wszystkim liczba mnoga – słowniki – i głównie elektroniczne. Słownik języka duńskiego, wspaniały, o niebo lepszy od jego polskiego odpowiednika, uporządkowany, logiczny. W porównaniu z nim w elektronicznym PWN-owskim SJP panuje totalny chaos, wszystko tam biega, skacze, nie wiem, jak się po nim poruszać, często mam niedosyt informacji. Oczywiście korzystam, ale zawsze mnie irytuje – a duński: wyczerpujący, hasła fantastycznie opisane, etymologia, ortografia, przykłady użycia, związki frazeologiczne, wyrażenia idiomatyczne, wszystko razem, po prostu rozkosz. Za to w PWN-owskim cenię sobie Poradnię językową. Elektroniczne słowniki slangu w obu językach często mi się nie sprawdzają, bo światy to całkiem mi obce, i w duńszczyźnie, i w polszczyźnie, poruszam się w tych rejestrach po omacku, często zgadując, bez przekonania. Są słowniki, bez których nie wyobrażam sobie życia: słowniki synonimów (mój ulubiony to synonimy.pl). Ostatnio odkryłam dobryslownik.pl i mogłabym siedzieć w nim godzinami, ilekroć tam zajrzę, żałuję, że nie mam czasu, żeby zostać chwilę dłużej.  

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Narodowa nie, Wikipedia tak, z wszystkimi zastrzeżeniami. Cenię sobie łatwość i szybkość dostępu, również w innych obszarach językowych. Ale ważna jest dla mnie także duńska encyklopedia online oraz mnóstwo innych – polskich i duńskich – źródeł w sieci.


Kiedy się zablokujesz, to…?

To jest jak dojście do ściany. Wtedy przerwa i czasem kawa, czasem spacer, czasem wyrywanie chwastów w ogrodzie albo pozmywanie długo czekających w zmywaku naczyń. A czasem wrzucam frazę lub fragment tekstu przy którym, zmęczona, utknęłam, do czata GPT, i albo rozwiąże mi problem, albo, głupek, totalnie odjedzie i wtedy – jak wyżej.

Redaktor to…?
Redaktorka. Dar. Opoka. Opiekunka. Zbawczyni. Przyjaciółka. Do tych cudownych kobiet muszę dodać redaktora-poetę, Adama Pluszkę, do niego także odnosi się to, co powyżej. Dają mi poczucie bezpieczeństwa, dzielą ze mną czułe podejście do tekstu, wrażliwość na melodię słów, zdań, na szczególne rysy, styl języka danego utworu. Mam cudowne doświadczenia współpracy z Marią Bosacką, Joanną Mueller, Itą Turowicz, Moniką Kociubą – wymieniłam tu tylko osoby, które redagowały więcej niż jedną z tłumaczonych przeze mnie książek. Z wszystkimi połączyły mnie bliskie, serdeczne relacje. Och, dużo by można mówić o znaczeniu osoby redagującej – i o znaczeniu więzów, jakie powstają przy powracającej współpracy.
Ale niech Bóg broni przed spotkaniem z osobami, które powinny zajmować się czymś innym. Na szczęście taka przygoda zdarzyła mi się w ciągu niemal trzydziestu lat tylko dwa razy. W obu przypadkach nie rozumiano, co to jest styl tekstu. W jednym z nich zmieniano mi szyk każdego zdania, spłaszczając narrację, wyrównując do jakiegoś nudnego schematu: podmiot, orzeczenie, dopełnienie, itd.; w drugim pani redagująca nie uznawała zdania bez podmiotu i formalizowała styl, pozbawiając tekst dramaturgii. O, na przykład zdanie typu: Była przerażona, wokół ciemno, nic nie widać, nie wiedziała, co robić. Gdy wreszcie zadzwonił, drżały jej ręce, dławił płacz. pani redaktor przerabiała na: Evę ogarnęło przerażenie, wokół panowała ciemność, nic nie było widać. Eva nie wiedziała, co robić. Gdy Peter wreszcie zadzwonił, jej ręce drżały, dławił ją płacz. 

Od kogo uczysz się przekładu?
Uczyłam kiedyś młodzież na filologii duńskiej o baśniowej twórczości Andersena, w tym samym okresie czytając swoim dzieciom jego baśnie w przekładzie tzw. kanonicznym, zwanym też iwaszkiewiczowskim (choć Iwaszkiewicz przełożył tylko sześć spośród stu pięćdziesięciu utworów). I odkryłam, jak bardzo przekład ten wypaczył polską recepcję tej twórczości, mimo że tłumaczka, Stefania Beylin, miała najlepsze intencje, chciała oddać Andersena prawdziwego, przed nią jeszcze bardziej pozbawianego walorów literackich w niemal czterdziestu wcześniejszych tłumaczeniach. Niestety, tłumaczyła z niemieckiego i w tym cały ambaras.
Krótko mówiąc, doszłam do wniosku, że potrzebny jest nowy, poprawny przekład. A ponieważ od kolejnych wydawców słyszałam, że przecież mamy wspaniały przekład iwaszkiewiczowski, więc żeby wreszcie kogoś przekonać, przygotowałam analizy wykazujące błędy, zdanie po zdaniu. Potem wciągnęło mnie to i przyglądałam się także wspomnianym przekładom dawniejszym, jeszcze bardziej obcym duchowi Andersena. To była moja szkoła przekładu. Zdobyłam w niej wiedzę o tym, jak nie tłumaczyć.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Spirytus w młodości, służył rozkręcaniu języka, wyrywaniu się na wolność, wyzwalaniu się z różnych pęt. Teraz już nie jest mi to potrzebne, już radzę sobie sama – przywilej wieku dojrzałego :). Więc teraz kawa. Ale raczej jako miła towarzyszka niż źródło energii. Energia do pracy bierze się skądinąd, nie potrzebuje tego rodzaju stymulatorów, bierze się z pasji. Ale jeśli nie ma pasji, to rzeczywiście jest kłopot i trzeba przywiązywać się do krzesła i może nawet czymś się wspierać. Takie doświadczenie też mam, z dziennikami Kierkegaarda – nikomu nie życzę!

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Niestety nie mam poczucia, że ktoś lub coś naprawdę mnie wspiera. To szczęście już utraciłam.
Ale jestem dużą dziewczynką i jakoś sobie radzę. Gdybym miała kota, mógłby pełnić tę rolę. Kiedyś, gdy dom był pełen dzieci, był też pies i sześć kotów żyjących między domem a ogrodem. Kochałam cały ten zwierzyniec, a Puszek, mój ulubieniec, koił trudy dnia, z upodobaniem wylegując się na moich kolanach i mrucząc, mrucząc, mrucząc…. Tak, gdyby taki teraz ze mną był, to pewnie jednak by mnie wspierał…

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Z pięciu standardowych zostaje mi jeden (jak już wiecie, czworo dzieci…). Tylko Biuro Literackie przysyła mi dziesięć. Wtedy odkładam pozostałe dla wnucząt 🙂 Dla przyjaciół i znajomych często kupuję.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Ogród, ogród i jeszcze raz ogród, od marca do listopada włącznie. W grudniu są święta, więc rodzina, mało tłumaczę. W styczniu i lutym – dramat, ogród śpi. Ratują mnie wtedy kawiarnie. Lubię pracować w kawiarniach, bo zarazem jest wrażenie święta, relaksu, wycięcie się z kontekstu domowego, pokus, obowiązków, powinności… Tak, w kawiarni panują dla mnie wyjątkowe warunki do pracy – jak w pociągu albo na polanie w górach.

Ważne dla ciebie książki?
Było ich dużo, tyle lat życia… Te najważniejsze – z lat licealnych. Poczucie, że odkrywam świat – poezja, cała polska poezja, i proza europejska, francuska, niemiecka, rosyjska, angielska, amerykańska w mniejszym stopniu, ciekawe, dlaczego? I Marek Aureliusz. A potem, od pierwszego roku studiów literatura duńska, i tak już zostało. Uwielbiałam Karen Blixen, planuję powrót do niej, ciekawe, czy teraz też mnie porwie… Od lat poza Andersenem ważna jest dla mnie duńska poezja, wielu znakomitych poetów, i to poezję właśnie tłumaczę najchętniej.
Przez całe życie planowałam przeczytanie Biblii od Księgi Rodzaju po Apokalipsę Świętego Jana – i nigdy mi się to nie udało, zawsze tylko fragmenty. Teraz, dzięki podcastowi prof. Marcina Majewskiego zbliżam się do niej bardziej systemowo.   

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Dwie książki poetyckie Inger Christensen: alfabetDolinę motyli. (no i Andersen, oczywiście 🙂

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Przepraszam, nie powiem o wszystkim, co tłumaczę w tej chwili (właściwie zawsze pracowałam  nad dwiema, czasem trzema rzeczami równocześnie). Kiedyś za dużo mówiłam w wywiadach o pewnym wspaniałym utworze, który tłumaczyłam dla wydawnictwa prowadzonego przez jednego z moich synów, i wtedy inny wydawca zdążył kupić prawa przed nim. Boleśnie to przeżyłam i obiecałam sobie: już nigdy!
Jedną z książek, nad którą kończę pracę w tej chwili jest głośny w Skandynawii debiut Dunki somalijskiego pochodzenia Aminy Elmi pt. Barbarzynka [Przedmiot milczenia]. Ukaże się w Wydawnictwie Driada. Niedawno Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku wydał mój wybór jej wierszy i za tę książkę Amina Elmi otrzymała nagrodę Europejski Poeta Wolności (a przy okazji też tłumaczka :). Kilka miesięcy temu w Driadzie (w której maczam palce) ukazała się wspomniana Dolina motyli Inger Christensen, cykl sonetów, wydanie dwujęzyczne, za które właśnie otrzymałam nominację do Nagrody Ossolineum 2026:) Trafił mi się dobry rok! Książeczka ta otwiera serię poezji duńskiej w moich przekładach w Driadzie. Ach, no i przed dwoma tygodniami Biuro Literackie opublikowało powieść Viggo Bjerringa Serce świata.