„Z doświadczenia wiem, że odpowiednie słowo lub wyrażenie zjawią się same, czasem za sprawą przypadku. Usłyszę je w tramwaju, w autobusie, w radio, podczas oglądania filmu…”. Gościem październikowej odsłony naszego cyklu cyklu Tłumacze o sobie jest Jan Maria Kłoczowski, tłumacz literatury francuskojęzycznej, który w 2023 roku znalazł się w gronie nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia (2023) i jest również laureatem m.in. Nagrody Ossolineum za Przekład Poetycki (2024). Jan Maria Kłoczowski to polski głos takich autorów jak Emil Cioran, Patrick Deville, Jean Fabre czy Albert Camus.
Na początek o początkach.
Mój translatorski debiut to esej wybitnego czeskiego filozofa Jana Patočki zatytułowany Sytuacja człowieka – sytuacja Europy. Ukazał się na łamach krakowskiego miesięcznika „Znak” jesienią 1984 roku. Kończyłem wtedy studia historii na KUL i pisałem pracę magisterską pod kierunkiem Władysława Bartoszewskiego. Nie pamiętam już, kto i dlaczego polecił redakcji studenta, który, owszem, znał co nieco język francuski (miałem za sobą roczny pobyt w Paryżu i trzymiesięczny kurs językowy na uniwersytecie w Angers), ale o sztuce przekładu nie miał bladego pojęcia. Wyszło jak wyszło. Tak wyglądały początki.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Świt. Kładę się wcześnie, budzę się wczesnym rankiem. Od piątej rano do siódmej pracuje mi się najlepiej, a skupieniu na słowie sprzyja cisza, brak bodźców z zewnątrz. Nie czuję wtedy naporu spraw bieżących itd.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Zawsze przy biurku. Dawno temu korzystałem z maszyny do pisania, potem pojawiła się klawiatura i komputer. Pracuję w małym pokoju z widokiem na ogród.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
Dziś najczęściej ten pierwszy. I nie jeden, a kilka słowników francusko-francuskich, takich jak CNRTL/ATILF czy słownik Akademii Francuskiej. Kiedyś był to „papierowy”, dwutomowy Wielki słownik francusko-polski Wiedzy Powszechnej (dwutomowe wydanie z 1980 roku). Mam go stale pod ręką.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
To zależy, czego szukam. Bo jeśli, na przykład, chcę zajrzeć do wcześniejszych edycji jakichś przekładów, z pomocą przychodzi katalog BN. Do haseł w Wikipedii (zwłaszcza jej wersji polskojęzycznej) podchodzę z dużą rezerwą. Jeśli już, to przeglądam hasła w innych językach.
Informacji szukam, rzecz jasna, nie tylko tam. Bo tych źródeł jest multum. A docieranie do nich, to szuka sama w sobie.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Odkładam zdanie na później. Z doświadczenia wiem, że odpowiednie słowo lub wyrażenie zjawią się same, czasem za sprawą przypadku. Usłyszę je w tramwaju, w autobusie, w radio, podczas oglądania filmu… Zakreślam na żółto oporne fragmenty i czekam. Nie wpadam w panikę…
Redaktor to…?
To ktoś, kto ratuje mnie przed kompromitacją. Czyli ostoja, pewność, pomoc. Miałem szczęście pracować z Redaktorkami „starej szkoły”, już nieistniejącej, niestety. Wiele się od nich nauczyłem. Ale i dzisiaj nie mam powodu, by nadmiernie narzekać. Z długich rozmów i negocjacji rodzi się najczęściej wersja, której żadna ze stron nie musi się wstydzić. W Polsce
redaktorka lub redaktor wciąż jeszcze mają sporo pracy. Doceniam ich trud. We Francji nikt już dziś niczego nie redaguje. Co zmusza mnie do szukania bezpośredniego kontaktu z autorkami lub autorami, których dzieło przekładam. O ile żyją…
Od kogo uczysz się przekładu?
Wypada mi posłużyć się czasem przeszłym. Kluczowym było spotkanie z Anną Wasilewską, która lata temu namówiła mnie do współpracy z „Literaturą na Świecie”. Moje pierwsze próbki były przez Nią pokreślone tak, że odechciewało mi się wszystkiego. Długie konsultacje przy kawie, w redakcji na Koziej lub w pobliskiej „Telimenie”, wspominam jako prawdziwą lekcję przekładu. Wiele zawdzięczam również rozmowom z nieżyjącym już niestety Ryszardem Engelkingiem, a także życzliwym uwagom „profesjonalistów”, takich choćby jak Tomasz Swoboda, Janek Gondowicz czy Jacek Ludwiczak, wieloletni redaktor naczelny stacji Planete, z którą długo współpracowałem jako tłumacz audiowizualny.
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Od lat „zestaw Jarmuscha”, czyli coffee and cigarettes. Nic na to nie poradzę…
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Przez długi okres wspierały mnie koty. Wspierały, bo już odeszły, a jeden z nich całkiem niedawno. Ich wkład w moją pracę to dziwne literki i kreseczki wystukiwane na klawiaturze łapkami. Uwielbiały krąg światła pod lampką na biurku. Układały się tam i spały. Teraz muszę liczyć sam na siebie…
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Jeden odstawiam na półkę z moimi przekładami. Resztę rozdaję bliskim i znajomym. Tych egzemplarzy nie ma zresztą tak wiele.
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Mam szczęście, bo za oknem mam ogród i park. Wpisane do rejestru zabytków. Więc roboty przy nich sporo, o każdej niemal porze roku. Niemal – bo zimą drzewa i kwiaty raczej drzemią.
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Nie wiem, czy najciekawsza, ale dość zabawna, bo dotyczy zdarzenia, którego konsekwencje sięgają teraźniejszości. Otóż po wspomnianym już tu debiucie – rok był 1984 – niewielkie honorarium za przekład artykułu Patočki trafiło w ręce mego nieżyjącego już Stryja – Jana Andrzeja Kłoczowskiego. W krakowskiej redakcji „Znaku” ktoś doszedł do wniosku, że Kłoczowski jest tylko jeden. A mój Stryj, dominikanin, był w Krakowie – i w tym akurat środowisku – postacią znaną, wręcz kultową. Prowadził duszpasterstwo akademickie (słynna „Beczka”), był duchowym opiekunem ówczesnych młodych opozycjonistów itd. itp. Musiałem coś zrobić, by nas nie mylono. Od tamtej pory używam zatem dwóch imion – Jan Maria.
Ważne dla ciebie książki?
Jest ich sporo. Na różnych etapach zestaw ważnych książek nieco się zmieniał. W liceum zaczytywałem się w Conradzie. Potem był Beckett i Cioran. A także eseje tego, których tych dwóch akurat nie lubił – czyli Miłosz. No i kilka jego wierszy. Towarzyszą mi do dzisiaj.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Trudne pytanie. Może Ciorana i jego Ćwiczenia z podziwu? Chyba dlatego, że mogłem poprawić ich przekład. W pierwszym wydaniu (Czytelnik, 1998) tytuł tego zbioru esejów poświęconych różnym znanym z literatury postaciom brzmiał Ćwiczenia z zachwytu. Kilka lat temu, gdy przygotowywałem książkę do drugiego wydania (Aletheia, 2022), doszedłem do wniosku, że Ciorana nie stać było na zachwyt. Na podziw tak, ale nie na zachwyt… Poza tytułem mogłem również poprawić sporo błędów w moim tłumaczeniu sprzed lat. Nieczęsto mamy taką możliwość, prawda?
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś/przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Jestem po drugiej korekcie Cudzoziemki w podróży Marguerite Yourcenar. Ta ważna dla mnie książka ukaże się niebawem w Wydawnictwie Próby. A na warsztacie Filary morza Sylvaina Tessona i zestaw „bajek” dla podwójnego numeru „Literatury na Świecie” (1/2, 2027). I za chwilę kolejna korekta, czyli Lato z Pascalem Antoine’a Compagnona. Krótko mówiąc – dzieje się!
Fot. Anna Piwkowska

