Aktualności

Katarzyna Sarek jest sinolożką, tłumaczką, recenzentką i popularyzatorką wiedzy o Chinach. Od kilkunastu lat przekłada teksty literackie z trzech języków – chińskiego, angielskiego i francuskiego. Dzięki niej możemy czytać książki takich autorów jak Yu Hua, Shen Fu czy Wang Xiaobo. W majowej odsłonie cyklu Tłumacze o sobie opowiada m.in. o niełatwych początkach, translatorskich inspiracjach, urokach chińskich seriali historycznych i regenerującej aurze Młynówki Królewskiej.

Na początek o początkach.

O tłumaczeniu literatury zamarzyłam, kiedy jeszcze mieszkałam w Chinach. Wydawało mi się, że jeśli znalazłam świetną książkę, przetłumaczyłam jej kilka stron i wysłałam mail do wydawnictwa z propozycją, to właściwie jestem już w ogródku i witam się z gąską. Dość szybko przekonałam się, że wygląda to jednak inaczej i odrobinę się zniechęciłam. Ale po powrocie do Polski stwierdziłam, że tak łatwo się nie poddam i w końcu się udało – Wydawnictwo Dialog, a właściwie pracująca w nim wspaniała redaktorka Elżbieta Brzozowska zaufała, że żółtodziób poradzi sobie z Yu Hua, jednym z najważniejszych żyjących chińskich pisarzy, ale w Polsce wtedy jeszcze kompletnie nieznanym. I tak w 2013 roku przetłumaczyłam „Chiny w dziesięciu słowach”, książkę, która doczekała się kilku wydań i do dziś jest czytana. Miałam przyjemność przełożyć już cztery powieści Yu Hua, poznałam pisarza osobiście i mam cichutką nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie wspólne słowo.  

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Mieszany. Staram się pracować głównie w dzień – wtedy też wszyscy domownicy się rozchodzą do pracy i szkół, więc robi się cicho i nikt mnie nie rozprasza. Niestety – czasem, gdy terminy gonią, a dni robią się za krótkie, muszę organizować sobie sesję nocną, co zazwyczaj oznacza tłumaczenie od 22 do chwili, kiedy czuję, że mózg już odmawia współpracy.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Wyłącznie biurko. Przy biurku czuję, że jestem w pracy i mam zadanie do wykonania, na kanapie uruchamia się we mnie tryb „odpoczynek” i nie byłabym się w stanie skupić. Na kanapie czytam głównie dla przyjemności, bez robaka w głowie, który przeszkadza w lekturze wiecznym zastanawianiem się „jakby to przetłumaczyć…”, „ciekawe jak to brzmiało w oryginale”.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Od wielu lat praktycznie tylko elektroniczne. Nie istnieje żaden duży słownik chińsko-polski, więc i tak muszę korzystać ze słowników chińsko-angielskich i chińsko-chińskich, które obecnie w wersjach elektronicznych są doskonałe i niezwykle obszerne.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Z Baidu, czyli chińskiego Googla. Obecnie coraz częściej z chińskich AI, które w przeszukiwaniu chińskiego internetu są niezwykle skuteczne.

Kiedy się zablokujesz, to…?

…zostawiam problematyczny fragment w oryginale, zaznaczam na żółto i idę dalej. W 99 procentach przypadków problem rozwiązuje się sam w tyle głowy, kiedy spaceruję albo gotuję.

Redaktor to…?

Największy przyjaciel i wybawca. Mam szczęście (a może to jednak standard?), że do tej pory trafiałam na wspaniałych redaktorów, którzy chcieli tak samo mocno jak ja, żeby tekst prezentował się jak najlepiej. Dzięki nim wielokrotnie uniknęłam żenujących wtop.

Od kogo uczysz się przekładu?

Czytając przekłady zwracam uwagę na język, budowę zdań, ciekawą frazeologię, machinacje z szykiem słów i chyba uczę się w ten sposób. Moi ulubieni tłumacze to Maria Skibniewska – jej „Władcę pierścieni” przeczytałam chyba już kilkanaście razy, Magda Heydel – bardzo cenię jej precyzję i elegancję, ostatnio Barbara Jaroszuk – „Pasierb” Saera w jej tłumaczeniu do olśniewający klejnot.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Kawa, wiadra kawy. Ostatnio do zestawu ładującego dołożyłam spacery. Po kilku godzinach pracy wychodzę z domu i idę w dowolną stronę, bez celu i presji. Na mojej krakowskiej Krowodrzy można znaleźć bardzo przyjemne alejki i uliczki, ale najbardziej lubię wąziutki, ale urokliwie meandrujacy i imponująco długi park Młynówka Królewska.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Zero wsparcia w postaci zwierząt domowych. Alergia jednego z domowników nie pozwala nawet na świnki morskie.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Zawsze zanoszę egzemplarz do mojej wydziałowej biblioteki, bo wiem, że w innym przypadku moje tłumaczenia nigdy tam nie trafią, a resztę rozdaję krewnym i znajomym.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Oglądam seriale. Czasem wybieram jakiś chiński serial historyczny – zazwyczaj są niezwykle estetyczne i świetne pod względem rekonstrukcji realiów z dawnych epok, więc to uczta dla oczu, niekiedy jakiś stary brytyjski, albo współczesny kryminalny.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Nie ma anegdot, tylko mozolne dłubanie… Pamiętam jedną, bo wydarzyła się niedawno. Dzięki redaktorce odkryłam, że wyrażenie „śledziem golony”, oznaczające młodego chłopaka, któremu dopiero się sypie pierwszy zarost, nie istnieje w polszczyźnie i jest skutecznym wkrętem mojego taty sprzed ponad 30 lat…

Ważne dla ciebie książki?

Powieści Nabokova. Poznałam go w liceum i od tamtej pory uważam go za pisarza doskonałego. „Blady ogień” czytałam mnóstwo razy, ale za każdym razem znajduję w nim coś nowego. Zazdroszczę tłumaczom Nabokova, że mieli okazję pracować z taką prozą. Kocham również Myśliwskiego, a ostatnio odkrywam dla siebie Sándora Máraiego – jego „Żar” w przekładzie Ireny Makarewicz to arcydzieło.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Jeśli tylko jeden, to polecam Shen Fu „O upływającym życiu. Opowieść w sześciu rozdziałach” wydanych przez PIW w 2019. Dla mnie to najtrudniejsza pozycja w dorobku – powieść powstała na przełomie XVIII i XIX wieku i w klasycznym języku chińskim (jest tak podobna do współczesnego chińskiego jak powiedzmy łacina do włoskiego) i zajęła mi mnóstwo czasu, ale równocześnie to książka, która jest jak łyk chłodnej wody w upalne popołudnie. Niezwykle spokojna, nastrojowa, pokazująca, że radość życia pochodzi z wnętrza człowieka i da się ją osiągnąć nawet w najtrudniejszych warunkach. A jeśli mogłabym drugi to „Złote czasy” Wang Xiaobo – to chyba jedyna zabawna książka w moim dorobku.  

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Właśnie skończyłam tłumaczyć nowelę Lu Min, pisarki w Polsce jeszcze nieznanej, ale mam nadzieję, że zdołam to zmienić w najbliższych latach. Utwór jest krótki, ale naładowany emocjami i pokazuje życie i samotność młodych ludzi w Chinach tu i teraz. Większość interakcji bohaterów odbywa się z pośrednictwem WeChata i wszyscy są samotni i nieszczęśliwi.

Tłumaczę obecnie powieść Su Tonga „Ryż”. Trochę się boję, że po niej (i po szalonej Can Xue) przylgnie do mnie łatka miłośniczki szaleństwa i perwersji, bo to najbrutalniejsza powieść, jaką trzymałam w rękach. Nie istnieje chyba zło i ohyda, której nie dopuściliby się bohaterowie, ale książka ma w sobie mroczną siłę przyciągania. O kilku innych książkach wciąż rozmawiam z wydawcami, więc nie mogę zdradzać tytułów, ale jeśli się uda, to w Polsce za rok lub dwa pojawi się w końcu pewien świetny pisarz, znany i nagradzany w Chinach i w świecie.