Aktualności

Paulina Braiter - Portret

Nadszedł kolejny miesiąc, a zatem pora na nowy odcinek naszego cyklu Tłumacze o sobie. Zapraszamy do lektury wywiadu z Pauliną Braiter, anglistką i tłumaczką literatury anglojęzycznej, autorką ponad dwustu przekładów fantastyki, literatury dziecięcej i młodzieżowej, a także klasyki, w tym dzieł Neila Gaimana, Isaaca Asimova, Stephena Kinga, J.R.R. Tolkiena, Lewisa Carrolla, Roberta Louisa Stevensona i Mary Shelley, laureatką nagrody European Science Fiction Society.

W dzisiejszej rozmowie opowiada między innymi o zaletach tłumaczenia nocą, sieci zaprzyjaźnionych konsultantów, niekonwencjonalnych sposobach na radzenie sobie z problematycznymi fragmentami w przekładzie, a także o… kocich asystentach, które wprowadzają poprawki do tekstów lub wyłączają monitor 😉

Na początek o początkach.

Tłumaczyć nieliteracko zaczęłam na studiach – okazało się, że w muzeum, którym kierował mój ojciec, było mnóstwo dokumentacji nie po niemiecku, jak oczekiwano po byłym obozie koncentracyjnym, lecz po angielsku, toteż przez kilka lat ślęczałam nad mikrofilmami z dokumentacją obozową. Do dziś na tematykę Holocaustu reaguję lekkimi drgawkami.

Tymczasem nastał rok 1989, powstawały pierwsze nowe wydawnictwa i mój przyjaciel (oraz kolega z klubu fantastyki) Piotr W. Cholewa spytał kiedyś, czy nie miałabym ochoty spróbować. Miałam, zrobiłam próbkę, dostałam pierwszy tekst (horror Ocalony Jamesa Herberta), sięgnęłam po maszynę do pisania i tak się zaczęło. Od tego czasu zarabiam na życie tłumaczeniami. Ciekawostką jest, ze książkę, z której pochodziła próbka – Cmętarz zwieżąt Stephena Kinga – kilkanaście lat później przetłumaczyłam. Ciekawostka numer dwa? Moim pierwszym redaktorem był późniejszy szwagier.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Noc do tłumaczenia, dzień do autoredakcji. Do pracy muszę mieć spokój i ciszę, co jest o tyle zrozumiałe, ze swoje przekłady od wielu lat dyktuję, więc sąsiad z wiertarką, budowa za oknem i telefony skutecznie mi to utrudniają. Natomiast do redakcji słuchawki na uszy, muzyka bez słów – i mogę pracować w dzień, z tym, że umówmy się, nie o ósmej rano. Wschody słońca mogę oglądać z przyjemnością, ale raczej przed snem.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Wyłącznie biurko. Nie mam laptopa, nie umiem pracować na laptopie. Mam wielkiego peceta, monitor ultrapanoramę, na którym swobodnie mieszczą się trzy okna tekstów obok siebie, i rozmyślam nad drugim, z pivotem, ale nie wiem, co koty na to, bo zablokowałby im wypracowane trasy.

Biurko mam naprawdę duże (w zamierzchłych czasach stanowiło część wyposażenia biur Regionu Mazowsze, do mnie trafiło przez właściciela wynajmowanego mieszkania – podarował mi je, kiedy się wyprowadzaliśmy). Mieści się na nim sprzęt, głośniczki, wszystkie napoje, tablet, telefon i w porywach trzy koty. I jeszcze zostaje sporo miejsca. Do tego zwykłe krzesło, bo te ergonomiczne są dla mnie straszliwie niewygodne.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Teraz już w zasadzie elektroniczny, bo po prostu są wygodniejsze i nie trzeba grzebać w książkach. Ale słowniki papierowe wciąż w większości mam, w tym mój ukochany kościuszkowski bez części stron z początku i końca (oraz bez okładek).

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Odkąd pojawił się internet, praktycznie nie bywam w bibliotekach zawodowo (chyba że na spotkaniach). Przez lata wypracowałam sobie potężne google-fu, plus mam całą sieć znajomych, którzy znają się na naprawdę dziwnych rzeczach, i to w zaskakujących kombinacjach, np. przyjaciółka fizyczka jądrowa jest świetna w pytaniach o robótki ręczne (które dla mnie stanowią totalną terra incognita). Acz chyba najważniejszy jest dla mnie komunikator, na którego drugim końcu siedzi Piotr W. Cholewa, jak wiadomo znakomity tłumacz – i nieustannie przerzucamy się pytaniami…

Kiedy się zablokujesz, to…?

Oglądam głupie filmiki. Gram w kulki, pasjanse albo rośliny, walczące z zombie, a czasem, przy trudniejszych problemach, staram się przeżyć w Don’t Starve. Grzebię w playlistach na Spotify. Oglądam koncerty i analizy horrorów na Youtube. Czytam o dziwnych rzeczach. Albo wstaję od komputera i czytam książkę. 

Nie potrafię ominąć problematycznego fragmenty i jechać dalej z tekstem, bo mózg zostaje mi przy zagwozdce i się nie odczepi, póki nie rozgryzie. To bardzo irytujące, bo często potrzebuje sporo czasu, a terminy leeeecą…

Redaktor to…?

Dobry redaktor to skarb i powinno się go (albo ją) wielbić i okadzać. Współpracowałam z wieloma redaktorkami i redaktorami, mam dwóch absolutnie ulubionych – Marka Gumkowskiego (wybitnego specjalistę od Tolkiena i nie tylko) – i Artura Szrejtera, który jak nikt inny redaguje komiksy. Uwielbiam pracę z nimi.

Niestety zdarzają się też redaktorzy, z którymi zgrać się nie potrafię, i wtedy bywa trudno. Cóż, takie życie.

Od kogo uczysz się przekładu?

Najwięcej o przekładzie nauczyły mnie lektury – oraz wspomniany wyżej Marek Gumkowski, z którym przyjaźnię się od, ummm, czterdziestu lat. Przez lata niedościgłym wzorem był dla mnie jako tłumaczki fantastyki nieżyjący już Leszek Jęczmyk, który przekładał Vonneguta, Hellera, Ballarda i Le Guin. To w czasach, kiedy był naczelnym redaktorem „Nowej Fantastyki”, debiutowałam w niej jako tłumaczka opowiadań i jego imprimatur to było prawdziwe osiągnięcie.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Na biurku mam zawsze dwulitrowy termos z zieloną (lub białą) herbatą i jeden z ulubionych kubków, oraz ponadlitrowy kubek termiczny na wodę bez gazu albo coca colę zero (od której jestem uzależniona). Alkoholu używam w ilościach homeopatycznych.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

W chwili, kiedy to piszę, kotka Bowie śpi na moim pececie, kotka Hettie łazi po oparciu krzesła, a kot Rico po biurku za monitorem. Jedynie kot Tenzing bywa na moim biurku tylko, kiedy mnie tam nie ma, bo jest osobnikiem neurotycznym i boi się wszystkich ludzi z wyjątkiem mojego męża.

Najczęściej poprawki do tekstów wprowadza mi Bowie, a monitor wyłącza Rico. Nie jestem całkiem pewna, czy można to nazwać wsparciem.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden trafia na regał chwały, jeden do mamy, parę do przyjaciół, resztę rozdaję, czasem też do biblioteki, a i tak mam spory zapas, który muszę w końcu upłynnić. Kilka lat temu grupa tak zwanej rodziny z wyboru przekonała mnie, że mogę dawać swoje autorskie w prezencie, np. pod choinkę, co też czynię z dużą przyjemnością.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Czytam. Oglądam filmy i seriale (lista zaległości wciąż rośnie i rośnie, a oni wciąż kręcą nowe. Wzdech.) Czasem jeżdżę na konwenty fantastyczne. Spotykam się z przyjaciółmi. Robię bransoletki przyjaźni, układam bukiety z klocków, słucham muzyki. Śpiewam, kiedy nikt nie słyszy. Staram się znajdować czas na przerwy nawet w najbardziej napiętym grafiku – po prostu po to, by nie oszaleć.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Kiedy tłumaczyłam Hobbita, na deser zostawiłam sobie piosenki i wiersze. Wymagają one zawsze szczególnego skupienia, kontroli rytmu, rymów (w tym także wewnętrznych) – krótko mówiąc, spokoju i ciszy. Ponieważ tradycyjnie byliśmy w niedoczasie oraz były to jeszcze czasy przedinternetowe, umówiliśmy się z redaktorem, że wpadnie do mnie po tekst. No i wpadł, po czym zastał następujący obraz: pokój ze wszystkimi półkami oraz biurkiem i komputerem zasłoniętymi płachtami materiału (głównie pościelą). Pod ścianą dwóch miłych panów, jednego kującego mur, drugiego tnącego rury, gdyż właśnie dotarła do nas wymiana kaloryferów. Przy drzwiach miłego pana, który przywiercał uchwyt na nowy zamek, bo do starego zginęły klucze. No i mnie, siedzącą przy stole z notatnikiem, ołówkiem i z lekko błędnym spojrzeniem układającą zagadki Bilba i Golluma. Doceniwszy trudy pracy twórczej, przemówił się na wieczór.

Ważne dla ciebie książki?

Najważniejszą książką mojego życia jest bez wątpienia Władca Pierścieni. Poszłam na studia anglistyczne głównie po to, żeby nauczyć się angielskiego dość dobrze, by móc go czytać w oryginale (wiem, teraz to brzmi zabawnie, ale to były inne czasy). Przez Władcę zapisałam się do klubu fantastyki, zaczęłam jeździć na konwenty, poznałam najbliższych przyjaciół i męża, i zostałam tłumaczką. Teraz sama mam na koncie kilka książek J.R.R. Tolkiena, acz czasem wciąż trudno mi w to uwierzyć.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Trudne pytanie, biorąc pod uwagę że mam na koncie dobrze ponad dwieście książek, o komiksach nie wspominając. Ale pomyślmy… może omnibusowe wydanie trzech zbiorów opowiadań Raya Bradbury’ego: Kronik Marsjańskich (współtłumaczonych z mężem Pawłem Ziemkiewiczem), Człowieka ilustrowanegoZłocistych jabłek słońca. Mimo że część z tych tekstów ma ponad siedemdziesiąt lat, nadal brzmią świeżo i zachwycają. Oczywiście nie jestem tu obiektywna, ale to w końcu moja polecajka, nie?
Jeśli ktoś woli powieści, polecę książkę, która jakoś nie znalazła u nas zbyt wielu fanów, a mnie zachwyciła – Bibliotekę na Górze Opiec Scotta Hawkinsa. Jest dziwna, zabawna, oryginalna, trochę krwawa, bardziej niż trochę szalona. Naprawdę fajna.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Od dziecka uwielbiam opowieści grozy i właśnie niedawno ukończyłam ostatnią z Wielkiej Trójcy – Drakulę (wcześniej przełożyłam Doktora Jekylla i pana Hyde’a oraz Frankensteina i bonusowo Carmillę), toteż horrorowo czuję się spełniona. O planach na razie nie bardzo mogę mówić, poza Historią Śródziemia, bo „moja” część zbliża się nieubłaganie…