W kwietniowej odsłonie naszego cyklu „Tłumacze o sobie” gościmy Sarę Manasterską – asyriolożkę, językoznawczynię, tłumaczka z angielskiego i japońskiego, polski głos Rin Usami, Matta Dinnimana, Uketsu i wielu innych. Autorka ponad stu przekładów opowiada o relaksującym działaniu pracy translatorskiej, tłumaczeniu mang, wykopaliskach w Kurdystanie, bezcennej wartości snu oraz redakcyjnego wsparcia.
Na początek o początkach.
Czytanie zawsze było jedną z moich największych przyjemności, a przekładem interesowałam się, odkąd pamiętam, ale na studiach raczej nie miałam z przekładami literackimi wiele do czynienia. Studiowałam kulturoznawstwo Wschodu Starożytnego i japonistykę (której nigdy nie skończyłam). Za to zawsze dobrze szły mi języki: świetna pamięć to mój największy – a może jedyny – talent. Łatwo przychodzi mi naśladowanie akcentów, co zawsze robi spore wrażenie i to tworzy pewną reputację, więc jak kiedyś pewne wydawnictwo mangowe szukało nowych tłumaczy, znajomy ze studiów chyba mnie polecił. Potem Ania Klingofer, z którą zresztą później przetłumaczyłam kilka książek na pół (nikt się nie pozna! Nikt!), poleciła mnie komuś innemu, i tak to się potoczyło. Co jest w sumie strasznie dziwne, bo zawodowo zajmuję się czymś zupełnie innym – chociaż to dziwne z takim dorobkiem (jeszcze dziwniej jest myśleć, że mam dorobek) mówić o sobie, że to nie zawodowo – ale skończyłam to kulturoznawstwo Wschodu Starożytnego, zrobiłam doktorat z językoznawstwa i pracuję w moim wyuczonym zawodzie. Badam pragmatykę języka akadyjskiego (to język, który wymierał w okresie, z którego pochodzi najstarsza inskrypcja łacińska) i zajmuję się edycją tabliczek klinowych z tekstami administracyjnymi z miasta Mardama, stolicy prowincji w okresie średnioasyryjskim (ok. XIII wiek p.n.e.), obecnie w autonomicznym regionie Kurdystan w Iraku. Przekładem literackim zajmuję się więc po właściwej pracy, co prowadzi nas prosto do następnego pytania.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
W idealnym świecie pracowałabym zupełnie zwyczajnie w ciągu dnia, ale w ciągu dnia pracuję na uczelni, więc przekładem zajmuję się w wolnych chwilach: po pracy, przed pracą, czasem w weekendy, zdarzało się na urlopie. Jedną książkę kończyłam nawet częściowo w czasie wykopalisk w Kurdystanie – nie dlatego, że inaczej bym się nie wyrobiła, bo dokładnie to sobie zaplanowałam, ale dlatego że przy tej książce naprawdę świetnie się bawiłam. Wstawaliśmy do pracy na szóstą, pracowaliśmy do obiadu o dziewiętnastej, a potem był czas rekreacji i inni szli sobie na piwo albo grali w jakąś grę, czy czytali dla przyjemności, a ja szłam przed komputer i robiłam kawałek Dziwnych obrazków Uketsu. Lubię nie zajmować się cały czas tym samym, więc pod wieloma względami taki płodozmian jest dla mnie odpoczynkiem.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Przed biurkiem na wygodnym krześle, chociaż zdarzały mi się wszelkie możliwe warunki polowe. Jednak w moim wieku – ale pewnie nie tylko w moim wieku – wygodnie jest siedzieć przy stole. Albo mam dodatkowy monitor (idealnie), albo dzielę ekran laptopa na pół – wzdłuż osi pionowej, bo tak się przyzwyczaiłam, tłumacząc japońskie książki, które przecież drukowane są od prawej do lewej i w pionie. Wiem, że wielu tłumaczy nadal lubi sobie drukować przekładany tekst, ale ja zawsze pracuję z plikami PDF. Nie znoszę tonąć w papierach.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
To zależy. Ze słownikami elektronicznymi często pracuje się szybciej, ale nierzadko są po prostu za małe (jak już naprawdę czegoś nie wiem). Dopiero wczoraj musiałam sprawdzić znak w Nelsonie, bo w słownikach online po prostu go nie ma. Najczęściej przeglądam sobie różne rzeczy dla inspiracji, szczególnie kiedy szukam jakiegoś konkretnego stylu i wtedy wszystko zależy od tego, czego akurat szukam. Niektóre rzeczy łatwiej znaleźć online. O slang raczej pytam (młodszych) znajomych.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Mieszkam na stałe w Niemczech, więc oczywiście nie mam dostępu do Biblioteki Narodowej (zresztą czy to nie straszny warszawocentryzm?). Korzystam raczej z czego popadnie. Przy tłumaczeniu mang najczęściej trzeba szukać różnych źródeł internetowych, chociażby po to, żeby sprawdzić płeć bohatera czy bohaterki, którzy w bieżącym tomie wspominani są tylko omownie, bo japoński nie koduje płci w gramatyce, a polski tego wymaga – stąd te wszystkie niezręczne „te osoby” w przekładach z japońskiego. Albo w ogóle, żeby sprawdzić, co dzieje się w następnych tomach, bo sama zwykle mam dostęp tylko do bieżącego, a bez tego niejednokrotnie trudno dobrze przełożyć coś, co autor dopiero sugeruje.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Idę spać. Uwielbiam spać. Uważam, że spanie jest niedoreklamowane. Powinniśmy więcej spać, co jest lepszego niż ciepłe wygodne łóżeczko ze świeżą pościelą (bardzo niewiele rzeczy). Jeśli nie mogę akurat iść spać na przykład ze względu na brak odpowiednio czystej i ciepłej powierzchni płaskiej, idę na siłownię. Albo bardziej serio: jak praca słabo idzie, lepiej jest się nie zmuszać, tylko zająć czym innym i wrócić do przekładu (bądź czegokolwiek innego) z odświeżonym mózgiem.
Redaktor to…?
Najważniejsza osoba partnerska! Bardzo dużo się nauczyłam od wszystkich genialnych redaktorek o nieskończonej cierpliwości (przepraszam za wszystkie błędy z przeszłości i błędy, które dopiero mają nadejść!). Bez redakcji przekład po prostu nie jest gotowy: każdy tłumacz robi naturalnie autoredakcję, ale własne błędy bardzo łatwo nam umykają.
Czasem oczywiście zdarzają się redakcje kuriozalne i na pewno ma to wiele wspólnego z tym, że zawód redaktora i redaktorki jest zdecydowanie za mało ceniony i fatalnie opłacany. Przy jednej z mojej pierwszych książek redakcja usunęła po prostu wyrażenie „analiza matematyczna” z adnotacją „nie znam czegoś takiego”. Musiałam się wykłócać i to akurat udało się przywrócić, ale ogólnie byłam bardzo niezadowolona, że nie wykłócałam się dostatecznie dużo. Myślę, że osoby, które zajmują się przekładem literackim, zwłaszcza te początkujące, powinny pamiętać, że w pewnym sensie reprezentują autora czy autorkę i że dokonywanie daleko idących zmian w tekście bez zgody osoby, która stworzyła oryginał, jest praktyką zwyczajnie nieetyczną.
Od kogo uczysz się przekładu?
Nie uczyłam się przekładu na studiach, czego w sumie żałuję, więc chyba najwięcej zawdzięczam wszystkim książkom, które przeczytałam po polsku, w przekładzie bądź nie. Mam wrażenie, że często skupiamy się na samej nauce języka obcego albo na samej nauce przekładu – albo może po prostu osoby niezajmujące się przekładem tak to często widzą – i zapominamy o tym, jak ważne jest, żeby dobrze posługiwać się językiem polskim. Nie mówię, że to musi być piękna i elegancka polszczyzna, bo właśnie nie zawsze o to chodzi, żeby była piękna, ale o takie ogólne wyczucie językowe. To nie znaczy oczywiście, że jestem przeciwniczką pięknej polszczyzny: ona ma swoje miejsce. Czytanie pięknie napisanych tekstów powoduje takie przyjemne uczucie łaskotania w mózgu, prawda? Sprawiłam sobie właśnie wszystkie tomy Żywotów najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów Giorgia Vasariego (przekład Karola Estreichera) i podczytuję w (niestety nie dość licznych) wolnych chwilach, i udaję teraz, że to niezbędna inspiracja do przekładu, nad którym właśnie pracuję, ale to oczywiście kłamliwa wymówka, żeby zaszyć się w kącie z książką.
I oczywiście dużo nauczyłam się od redaktorek!
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Kawa i spanie.
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Kot Panda i kot Pingwin, wcześniej również kot Asurbanipal i kot Junior, najmilsi towarzysze i nieustraszeni łowcy smaczków.
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Staram się oddawać, bo w końcu robi się za dużo, ale czasem trudno to ogarniać.
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Śpię i stosuję płodozmian: trochę poczytać o hodowli owiec w Asyrii w drugiej połowie II tysiąclecia przed naszą erą, trochę potłumaczyć, trochę poczytać Roberta Macfarlane’a, iść na siłownię.
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Chyba już opowiedziałam tę o Uketsu na wykopaliskach! Niestety nie mam nic bardziej ekscytującego, jestem nudnym człowiekiem i nawet moje biuro jest w bibliotece.
Ważne dla ciebie książki?
Ojej, strasznie dużo! Ale też mówienie o ulubionych książkach to coś strasznie osobistego, nie uważacie? O wiele bardziej niż mówienie o seksie czy poglądach politycznych i tak dalej. Więc z tego, co jestem zdecydowana zdradzić publicznie, to chyba mój prywatny gust czytelniczy wyrósł na pożywce z Jorge Luisa Borgesa (głównie w przekładzie Zofii Chądzyńskiej, Andrzeja Sobola-Jurczykowskiego i innych) oraz Italo Calvino (Nasi przodkowie w przekładzie Barbary Sieroszewskiej, Opowieści kosmikomiczne, ale wszystko zaczęło się od Jeśli zimową nocą podróżny w przekładzie Anny Wasilewskiej, uwielbiam). Dalej najlepsza polska powieść, czyli Manuscrit trouvé à Saragosse Potockiego oraz strasznie niesłusznie zapomniana króciutkie Na rogatce Anny Kowalskiej (zapomniane z całą pewnością z powodu ostatniego akapitu, ale czym jest ostatni akapit wobec tak wspaniałej powieści?). Z fantastyki uwielbiam Lud-in-the-Mist Hope Mirleess. W ogóle trochę kolekcjonuję różne lekko zapomniane książki, stare kryminały, zapomniane gwiazdy modernizmu, takie tam. Polecam, bo to bardzo przyjemne hobby.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Idola w ogniu Usami Rin! To taka dobra książka i byłam niepocieszona, że przeszła właściwie bez echa. No ale chyba tak właśnie jest często z powieściami na teoretycznie modne tematy, które są za bardzo zniuansowane, żeby pozwolić czytelnikom na łatwe sądy nad, tu konkretnie, ogólnie parszywym stanem współczesnej młodzieży. To książka o obsesyjnej fance i o zmaganiach młodzieży z codziennością, świetna literacko i napisana z ogromną empatią, chociaż rzeczowo.
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Tłumaczę teraz coś, co już w pewnym sensie raz tłumaczyłam, ale nie mogę na razie powiedzieć, co to takiego!

