Ewa M. Bilińska « Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

Baza wiedzy

Ewa M. Bilińska

zdje%cc%a8cie-stltłumaczka z duńskiego i norweskiego, również tłumaczka przysięgła, absolwentka skandynawistyki na Uniwersytecie Gdańskim

zobacz profil

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Od kilku lat najlepiej pracuje mi się bardzo wcześnie rano. Otwieram oczy, biorę laptopa i zaczynam pisać. Jeżeli nie rozproszę się na żadne „rozruchowe” czynności, takie jak mycie się, ubieranie czy wyjście z psami, to potrafię wpaść w trans i pisać kilka godzin. Zazwyczaj w tym czasie przetłumaczę więcej niż potem w ciągu reszty dnia, kiedy pojawiają się różne rozpraszacze. Śniadanie i kawę na szczęście dostaję do łóżka, a moje psy są bardzo cierpliwe 🙂

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

No jak z powyższego wynika… hm, głównie w łóżku. Wiem, to nie najlepiej dla higieny psychicznej. Ale w moim przypadku się sprawdza. Zresztą potem często pracuję jeszcze po południu, wtedy już po Bożemu, przy biurku albo na sofie.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Ostatnio już głównie słowniki elektroniczne. Ale w przypadku dużych wątpliwości nadal głównym punktem odniesienia są stare, dobre słowniki papierowe, ewentualnie telefon (dzisiaj – Facebook) do przyjaciela w Norwegii 🙂

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Pod tym względem staram się mieć oczy zawsze szeroko otwarte i zarazem zachować odpowiedni krytycyzm. To znaczy poszukuję informacji wszędzie, potem je weryfikuję w miarę możliwości w wiarygodnych źródłach i składam w całość. Zależnie od tematyki będzie to malutka, nikomu nieznana stronka z dialektem północnonorweskim, albo duży leksykon medyczny. Wikipedia bardzo się przydaje do przechodzenia z jednego języka na drugi i porównywania słownictwa.

Kiedy się zablokujesz, to…?

To wtedy jest straszna bieda. Bo wpadam niestety w błędne koło, czyli nie piszę, martwię się, że nie piszę, więc robię sobie kawę albo co gorsza kawę + zjadam sporo sezamków, roztrząsam inne troski, generalnie – reaguję klasyczną prokrastynacją. Wtedy najbardziej sprawdza się znana technika, polegająca na wyobrażeniu sobie, co najgorszego może z tej sytuacji wyniknąć i pogodzenie się z tym z góry. A zatem: nie oddam tego zlecenia. Klient się wnerwi. Nie da mi kolejnego. Zrujnuję sobie reputację. Ale nikt od tego nie umrze, świat się nie zawali. To zazwyczaj wystarcza, żeby spokojnie ruszyć dalej.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

No, na pewno lepiej jest przeczytać, żeby nie wyszło, że najważniejsze pojęcie dopiero na końcu  kryje na przykład jakąś zagadkę, albo facet w połowie powieści okazuje się kobietą (niektóre imiona skandynawskie są bardzo mylące, a treść nie zawsze jednoznacznie wskazuje na płeć). Staram się więc to robić, choć przyznaję, że zdarza mi się tłumaczyć „na bieżąco”, czyli podczytując tylko kilka kartek do przodu. Nie polecam.

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Kiedy poznaje się słowo, którego nie używa nikt poza ośmioma mieszkańcami pewnej norweskiej doliny :). Albo kiedy rozgryzie się trudny i podstępny idiom. Kiedy z jakiegoś zdania jest się tak zadowolonym, że można sobie zafundować chwilę samozadowolenia i pomyśleć: No naprawdę ładnie to napisałam…

A najmniej fajny?

Hm, no w sumie odwrotność powyższego: kiedy wali się głową w ścianę i wychodzi, że nic tu nie pasuje. Albo kiedy w tłumaczonej książce pojawia się rozdział pełen rozmaitych łodzi, używanych w XIX wieku gdzieś na Północy, albo mnóstwo ptaków i ryb, bliżej u nas nieznanych… Te łodzie, ptaki i ryby (i jeszcze szczegóły architektoniczne) powoli stają się moją specjalnością zważywszy, że w ostatnich latach tłumaczę głównie Herbjørg Wassmo. Czyli poruszam się przede wszystkim w realiach dalekiej Północy, do tego często w odległych czasach. No i jeszcze bardzo denerwujący jest ten moment, kiedy bierzesz po raz pierwszy do ręki gotową książkę i patrzysz w napięciu, czy nie ma błędów. I czy ktoś, o zgrozo, nie przekręcił twojego nazwiska.

Redaktor to…?

Zazwyczaj przyjaciel i bezcenne świeże oko. Z niektórymi się wspaniale pracuje, a umiejętności się uzupełniają. Raz tylko moje tłumaczenie redagował ktoś, kto moim zdaniem miał nieco nadmierną skłonność do robienia wszędzie przypisów i trochę musiałam powalczyć, żeby powieść nie zmieniła się w książkę naukową 🙂

Od kogo uczysz się przekładu?

Dużo czytam i zwracam uwagę na warsztat mistrzów przekładu.

Co powiedziałabyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym często mówię, żeby przede wszystkim doskonalili swoją polszczyznę, czytając dużo dobrej literatury. Brak znajomości pojęcia w obcym języku łatwo da się nadrobić przy pomocy powszechnie dostępnych źródeł, a polot językowy trzeba w sobie albo mieć, albo przynajmniej nad nim stale pracować. Ponieważ sama jestem już dobrze za połową mojej linii życia, więc starszych kolegów nie śmiałabym pouczać. Od jednych i drugich chętnie czerpię wiedzę i wymieniam się pomysłami.  Jeśli można wymienić kogoś z nazwiska, to ogromnie podziwiam Ewę Partygę, tłumaczkę Księgi Diny za jej warsztat przekładowy.

A co powiedziałabyś ministrowi kultury?

No z obecnym to raczej trudno by mi było znaleźć wspólny język… Może przejdźmy do następnego pytania, bo się zdenerwuję.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Kawa jest najlepszym paliwem. Ale tylko górnopółkowa i w formie espresso. Po przedawkowaniu normy dziennej piję już tylko wodę.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Moje dwa psy rasy akita-inu. Cisi towarzysze codzienności, nie hałasują, niczego się nie dopominają, cały dzień leżą blisko. Ale włożyliśmy w nie z moim partnerem mnóstwo pracy, bo to jest trudna rasa. Dobrze wychowane są prawie jak koty. Koty też bardzo lubię, zawsze je miałam w domu. W ogóle bardzo lubię i szanuję zwierzęta i aktywnie działam na rzecz szeroko pojętej poprawy ich życia.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję rodzinie i przyjaciołom. Pierwszy wysyłam do mojej mamy, bo ona uważa, że to przecież właściwie ja napisałam tę książkę i moje tłumaczenie zawsze jej się podoba, więc miło jest dostać na początek taką dobrą (choć nieco bezkrytyczną) opinię.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Pomysłów na relaks mam zawsze mnóstwo, więcej niż czasu na ten relaks :). Chodzimy na spacery z psami. Lubię wszelkie rękodzieło, szczególnie mieszanie różnych technik, więc zawsze coś sobie tworzę i wymyślam. Ostatnio fascynuje mnie japoński styl boro. Mnóstwo czytam. Oglądam dobre filmy. Pracuję w ogrodzie. Życia nie starcza na to wszystko.:)

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

No chyba ten dzień, kiedy tłumacząc CV dla pewnego pana, który chciał wyjechać do pracy w Norwegii przy wyrębie lasów skorzystałam ze swoich zasobów i jako wzór wykorzystałam tłumaczone wcześniej CV lekarza. I pan potem wrócił do mnie z pretensją, że on nigdy nie przeprowadził trzech udanych trepanacji czaszki, a ja tak właśnie mu napisałam 😀 Od tamtej pory uważniej korzystam z wzorców.

Ważne dla ciebie książki?

Och, jest ich sporo. Najważniejsza to Księga Diny Herbjørg Wassmo. To ona dała początek mojej fascynacji tą autorką. Jens Bjørneboe, Historia bestialstwa. Klasycy literatury amerykańskiej. Nie sposób wszystkich wymienić, a ponieważ nie planuję wyjeżdżać na bezludną wyspę, to na szczęście nie muszę wybierać 🙂

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Na tę chwilę najbardziej poleciłabym Stulecie Herbjørg Wassmo.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś/przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Właśnie kończę tłumaczyć drugą część trylogii Diny, czyli powieść Syn szczęścia Herbjørg Wassmo. Ma ukazać się wiosną w sopockim wydawnictwie Smak Słowa. A potem ruszam do tomu trzeciego, czyli mam przed sobą ponad rok intensywnej pracy.