Aktualności

Pażdziernikowym tłumaczem miesiąca STL został Mateusz Kłodecki (zobacz profil), absolwent filologii włoskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Przetłumaczył kilka książek, kilkaset filmów, odcinków seriali, programów oraz garść artykułów naukowych, programów teatralnych i katalogów wystawowych (zobacz poprzednie).

Na początek o początkach.

No tak. Cóż. Na początku był Harry Potter. Miałem pewnie z 13 lat. Ledwo znałem angielski, polski zresztą też. Ale tłumaczyłem po kilka kartek i przynosiłem je później kolegom. To były krótkie, losowe fragmenty, więc koledzy szybko się zorientowali, że nie dostają tłumaczenia, tylko garść spoilerów. Następne próby to już italianistyka, warsztaty pod okiem wspaniałej Haliny Kralowej i równie wspaniałej Anny Osmólskiej-Mętrak. Wtedy pomyślałem, że fajnie tak pracować. Lubiłem czytać, więc czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Cóż za naiwność zweryfikowana przez praktykę. Dziś, kilka lat i kilka książek później, powiem tylko, że już nie umiem niewinnie czytać. Po studiach Filip Modrzejewski z wydawnictwa W.A.B. zlecił mi pierwszy przekład, Zasadę równowagi Carofiglia, pisarza nie dość, że we Włoszech superpopularnego, to jeszcze tłumaczonego wcześniej na polski m.in. przez wybitną Joannę Ugniewską. Był stresiak. W każdym razie – udało się. 

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Dzień. I to jego pierwsza część. Ale intensywnie, bez przerw, bez dystrakcji, że tak powiem. W nocy słowa sypią się szybko i ładnie, ale następnego dnia muszę odpoczywać i mam wyrzuty sumienia, że nie pracuję.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Gdzie bądź, chociaż ostatnio najchętniej w wilanowskiej bibliotece przy prostym stoliku. Ale kiedy deadline wisi nad głową, to zdarza się nawet w autobusie.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Zazwyczaj elektro, ale mam i kilka papierowych, do których lubię zaglądać. Na przykład mój Zingarelli z 2009 roku. Tyle kosztował, że głupio by było go czasem nie odkurzyć.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Zależy od kontekstu, he he. Ale głównie czytam książki związane z tym, co akurat tłumaczę. Czasem ciekawsze od tych, nad którymi pracuję. Jak się człowiek wciągnie, trudno się oderwać i wrócić do pisania.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Przebijam głową mur. I strasznie przeklinam. I wymachuję rękami. Do skutku.

Czytać książkę przed tłumaczeniem czy nie czytać?

Jako czytacz odpowiedziałbym NIE CZYTAĆ! Żeby ratować resztki radochy z poznawania fabuły, możliwie opóźnić metamorfozę Czytelnika Modelowego w jakiegoś neurochirurga operującego na tkance tekstu i tym, co pod nią. Ale z drugiej strony można się ładnie naciąć i wziąć książkę, która po pierwszych niezłych stronach ma kilkaset kolejnych fatalnych. Czy wiem to z doświadczenia? Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Wiadomo, często dopiero znając całość można obmyślić strategię, znaleźć dominanty itd. Choć do tego zawsze można wrócić podczas autoredakcji przecież. 

Najprzyjemniejszy moment w tłumaczeniu?

Kiedy na konto wpływa dużo złota. A wcześniej – kiedy słowa same się układają, przekład sam się pisze, wszystko trybi. A oprócz tego bardzo lubię wszelkie wulgaryzmy tłumaczyć. Im gorzej, tym lepiej. Z trudem opieram się pokusie podkręcania takich uliczno-bandziorskich fragmentów. Najgorzej, kiedy tłumaczę książkę dla dzieci… Każdy autor powinien mieć obowiązek zostawiania miejsca na słówka w rodzaju: se, wziełem, umio, poszłeś, kordła, bynajmniej (jako przynajmniej), nafutrować, ankohol lub arkohol, zara, wezne.

A najmniej fajny?

Kiedy się orientujesz, że oryginał jest niechlujnie napisany, niechlujnie zredagowany, nudny, a zostało jeszcze 300 stron.

Redaktor to…?

Jakiś mędrzec tajemniczy i trochę straszny. Nauczyciel. Ratownik czasem. Moim pierwszym redaktorem był Filip Modrzejewski. Wspaniała to była współpraca, nie zapomnę jej nigdy. Mógłbym o niej wiele, wiele (dobrego) opowiedzieć, ale miejsca brak. Krótko mówiąc, Filip Modrzejewski pokazał mi, jak mam żyć (czyli pisać).

Od kogo uczysz się przekładu?

Od droździn i drozdów, czyli koleżanek i kolegów tłumaczy. Od mądrych redaktorek i redaktorów. Autorek i autorów. Od wszystkich mistrzyń i mistrzów słowa.

Co powiedziałabyś/powiedziałbyś młodszym tłumaczom? A starszym?

Młodszym – nie gódźcie się na niskie stawki i niekorzystne umowy. Bardziej doświadczonym, czyli  z mojego poletka przede wszystkim Barbarze Sieroszewskiej, Zofii Ernstowej, Halinie Kralowej, Joannie Ugniewskiej i Annie Wasilewskiej – wielkie dzięki za wspaniałe przekłady, ale co zostało dla nas?!

A co powiedziałbyś/powiedziałabyś ministrowi kultury?

Cytując klasyka: „Nie mogę powiedzieć”.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Sen. Muszę być wyspany. Alkohol odpada, nawet w małych ilościach, tłumaczenie to sztuka, ale taka trochę jak matematyka. Precyzji wymaga.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Wszystkie przeszkadzają. Nawet głupi motylek za szybą dekoncentruje. Niech spadają.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję, nie mam w domu ani jednego. Pamiętam, że jak dałem babci egzemplarz mojego translatorskiego debiutu, zwróciła go z zakreślonymi fragmentami, które mogłem przetłumaczyć lepiej.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Sport robię. Codziennie. Najlepiej oczyszczają umysł pływanie i boks. To drugie podobno całkiem dosłownie i trwale.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Chyba za krótko w tym siedzę i za mało przetłumaczyłem. Nie wiem. Raz w księgarni oglądałem jedną z moich książek (co to za dziwaczny masochizm?), podeszła pracownica i zaczęła mi ją zachwalać, zachęcać do kupna. Ku mojemu zaskoczeniu – prawie jej się udało. No, ale to nie jest zbyt ciekawa anegdota. Można uzupełnić za rok?                                                                                        

Ważne dla ciebie książki?

Napisałem całą listę, ale skasowałem, jakaś pretensjonalna się zrobiła. Zamiast niej napiszę tylko, że ostatnio z wielką przyjemnością przeczytałem Piotra Sommera O krok od nich, Roberta Gervasa Casanovę w przekładzie Haliny Kralowej i Profesora Stonera Johna Williamsa w tłumaczeniu Pawła Cichawy. W gruncie rzeczy to bardzo podobne książki. Hmm…

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Mam nadzieję, że to pytanie o przyszłość.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś/przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Teraz mam przełom. Od debiutu do dziś minęło parę lat, a ja przetłumaczyłem tylko 5 książek. A od dziś do końca następnego roku wyjdzie 6 kolejnych. Zaraz ukaże się młodzieżowa przygodówka zanurzona w celtyckiej mitologii, później książka popularnonaukowa o samurajach, kończę pracę nad stylizowaną powieścią o Casanovie, w kolejce czekają następne. Oby coraz ciekawsze. Od 2013 powtarzam sobie, że muszę się wziąć za Montalego. To się może wezmę wreszcie.