Aktualności

„Tłumaczenie na język ojczysty i funkcjonowanie na co dzień w kraju języka obcego sprawia, że szukanie tego jednego, najbardziej precyzyjnego słowa uruchamia wiele ciekawych procesów myślowych – np. przypomina mi się, że danego słowa użył ostatnio mój znajomy albo koleżanka w pracy. W jakim kontekście? Zastanawiam się wówczas, jak streściłabym daną myśl znajomym w Polsce. Jedno skojarzenie pociąga następne, aż uda się odnaleźć słowo o tym samym znaczeniu i zabarwieniu emocjonalnym”.
Do rozmowy w lipcowej odsłonie naszego cyklu Tłumacze o sobie zaprosiliśmy Zofię Sucharską, która przekładając teksty literackie z języka niemieckiego na polski, jest polskim głosem takich pisarek jak Esther Kinsky, Fatma Aydemir czy Ariane Koch.

Zofia Sucharska studiowała germanistykę w Gdańsku i literaturoznawstwo w Berlinie. Brała udział w licznych warsztatach translatorskich, na co dzień jest związana z niemiecką branżą wydawniczą. Mieszka w Berlinie.

Na początek o początkach.
Wszystko zaczęło się w 2012 roku od ogłoszenia na korytarzu gdańskiej germanistyki. Dotyczyło ono konkursu na przekład z literatur niemieckojęzycznych, który był organizowany w ramach festiwalu Puls Literatury w Łodzi. Wzięłam w nim udział, zostałam wyróżniona i w związku z tym mogłam zostać uczestniczką warsztatów translatorskich pod okiem pani Sławy Lisieckiej. Tam dowiedziałam się, że niedługo ma wystartować europejski projekt TransStar. Program miał wspierać początkujących tłumaczy i wymianę kulturową między językiem niemieckim a „małymi językami europejskimi” – czyli m.in. czeskim, słoweńskim i właśnie polskim. Wysłałam zgłoszenie i udało się:  przez trzy lata spotykaliśmy się z panią Sławą na warsztatach w Niemczech, Czechach i Polsce. Efektem tych spotkań było tłumaczenie Obcowania z obcym Esther Kinsky (to niewielki objętościowo zbiór esejów, w których autorka snuje przemyślenia dotyczące sztuki przekładu – zbiór piękny, mądry, błyskotliwy, a dla mnie translatorski skok na głęboką wodę). Książka, przełożona przeze mnie pod okiem pani Sławy, ukazała się w jej wydawnictwie OD DO i chociaż w tamtym czasie stawiałam już pierwsze kroki, tłumaczyłam krótsze teksty np. do antologii, czasopism literackich, a także razem z Kasią Kończal na zlecenie Narodowego Centrum Kultury – niezwykle wymagającą książkę Odkrycie kreatywności socjologa Andreasa Reckwitza, to właśnie jej publikacja otworzyła przede mną wiele drzwi. Oznaczało to na przykład, że po latach ciszy zaczęłam otrzymywać odpowiedzi na e-maile wysyłane do wydawców. No i po jakimś czasie udało mi się „wychodzić” swój pierwszy samodzielny przekład, który pociągnął za sobą kolejne.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

W weekendy w dzień, w tygodniu – ze względu na pracę etatową – noc. Oraz wszelkie wolne chwile pomiędzy.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Staram się przy biurku, komfort pracy na dwóch ekranach jest nieoceniony. W praktyce wychodzi różnie, na kanapie, przy stole w kuchni, a latem bardzo często na leżaku na balkonie.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Przyznam, że opasłe słowniki papierowe kupowane w czasach studiów – czy to te PWN-u, czy seria kolorowych słowników wydawnictwa Duden – obecnie pełnią w moim mieszkaniu głównie funkcję podpórek. Zazwyczaj zaglądam do wielu różnych źródeł internetowych, jeśli chodzi o kolokacje, nieustannie sprawdzam rzeczy w Wielkim Słowniku Języka Polskiego. W ogóle mam też taką refleksję, że tłumaczenie na język ojczysty i funkcjonowanie na co dzień w kraju języka obcego sprawia, że szukanie tego jednego, najbardziej precyzyjnego słowa uruchamia wiele ciekawych procesów myślowych – np. przypomina mi się, że danego słowa użył ostatnio mój znajomy albo koleżanka w pracy. W jakim kontekście? Zastanawiam się wówczas, jak streściłabym daną myśl znajomym w Polsce. Jedno skojarzenie pociąga następne, aż uda się odnaleźć słowo o tym samym znaczeniu i zabarwieniu emocjonalnym. Bardzo ciekawie pisze o tym właśnie Esther Kinsky w Obcowaniu z obcym.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
To zależy. Są oczywiście rzeczy, które można znaleźć tylko w bibliotece – zdarzało mi się prosić znajomych o wyszukanie czegoś w polskich bibliotekach. A kiedy odpowiedzi nie znajduję ani w bibliotece, ani w najdalszym zakątku internetu, pytam osób, które znają się na danej dziedzinie: co to za skała, o jakie sklepienie może chodzić, czy to na pewno odwołanie do Hegla? No i oczywiście zawsze można zapytać grono koleżanek i kolegów na internetowym Forum Tłumaczy Literatury.

Kiedy się zablokujesz, to…?
Jedną skuteczną metodą jest dla mnie odłożenie fragmentu na później. To niesamowite, jakiego dystansu z czasem nabiera się do własnego tłumaczenia – po kilku tygodniach widzę w tekście rzeczy, jakich za nic nie zobaczyłabym przy pierwszej, drugiej, ani nawet trzeciej lekturze tekstu.

Redaktor to…?

Największy sojusznik, najuważniejszy czytelnik, najbardziej – obok korektorów – niedoceniana osoba w całym procesie powstawania książki.

Od kogo uczysz się przekładu?
Wspomniałam już o pani Sławie Lisieckiej, to oczywiście najważniejsza osoba, od której nauczyłam się niesamowicie dużo. Poza tym staram się śledzić dokonania innych doświadczonych tłumaczy, którzy potrafią robić z językiem niesamowite rzeczy. Jeśli niemieckojęzyczna książka po polsku brzmi wspaniale, zawsze ciekawie jest zajrzeć do oryginału, zobaczyć, jakie rozwiązania zastosował autor przekładu.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Kawa, choć późnym wieczorem to niestety zazwyczaj myśl o zbliżającym się terminie oddania przekładu.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Rozdaję rodzinie i znajomym, a także kolegom i koleżankom z branży. Jeden – często z dedykacją od autora lub autorki, bo jako tłumaczka ich książek zazwyczaj przy jakiejś okazji się z nimi widzę – zostawiam dla siebie, umieszczając go na półce obok niemieckiego wydania.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Zajmuję się roślinami – czy to na balkonie, czy w moim podberlińskim ogródku działkowym. Idę do kina.Wychodzę na spacer albo na zajęcia spinningu (45 minut w ciemności przy ogłuszającym techno to naprawdę skuteczna metoda na reset). No i czytam książki w miarę możliwości niezwiązane z pracą.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Choć chyba nie mam jednej konkretnej, to od razu pomyślałam o rozbieżności między tym, jak bardzo skrupulatni są tłumacze i jak bardzo swobodni bywają autorzy – podejrzewam, że większość z osób, które tłumaczą współczesną literaturę piękną, doświadczyła tej rozbieżności na własnej skórze. Zdarzyło mi się na przykład, że prowadziłam kwerendę dotyczącą określonego miejsca w powieści – dotarłam do lokalizacji, o którą prawdopodobnie chodziło, oglądałam ją na zdjęciach i mapach Google’a, odtwarzałam trasę bohaterki… Ale wciąż nie zgadzała mi się perspektywa, więc zwróciłam się z pytaniem do autorki, na co otrzymałam odpowiedź, że to miejsce w sumie sobie wymyśliła.

Ważne dla ciebie książki?

Myślę, że na każdym etapie życia pojawiały się różne książki i nie potrafię wskazać jednej, którą mogłabym uznać za formacyjną. Lubię, kiedy autor bierze nas pod włos i ma absurdalne poczucie humoru (jak np. Clemens J. Setz) albo w krótkiej formie przekazuje wielki ładunek emocjonalny (jak Raymond Carver czy nietłumaczona na polski Anna Prizkau). Bardzo podobał mi się Ośli brzuch Andrei Abreu López, lubię, jak pisze Édouard Louis czy Ocean Vuong. Ostatnio kibicuję też Nelio Biedermannowi i jego międzynarodowym sukcesom.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Chyba Dżiny Fatmy Aydemir. To wzruszająca, mądra i bardzo wciągająca książka, w której mamy dużo emocji i wyrazistych bohaterów. I myślę, że warto po nią sięgnąć, bo choć jej akcja jest osadzona w Niemczech i Turcji, to opisywane w niej kwestie są niezwykle uniwersalne.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Pracuję nad tłumaczeniem powieści Thomasa Melle pod tytułem Die Welt im Rücken. Ta książka to zapiski (po części o mocno literackim charakterze) dotyczące tego, co dzieje się w głowie osoby cierpiącej na chorobę dwubiegunową – manii, w której autor traci nad sobą kontrolę, i depresji, w której nie chce żyć. Bardzo się cieszę, że udało mi się znaleźć dla niej polskiego wydawcę – książka ma ukazać się pod koniec tego roku w wydawnictwie Cyranka.

Autor fotografii: Piotr Wojsznis