Aktualności

„Zapisuję pierwszą myśl i lecę dalej. Z doświadczenia wiem, że mózg i tak procesuje to potem w tle i przy drugim podejściu jest już znacznie łatwiej coś wymyślić. A nierzadko w międzyczasie usłyszy się lub przeczyta coś inspirującego, co pomoże się zgrabnie wykaraskać.”
Nadszedł wrzesień, a wraz z nim pora na kolejną odsłonę naszego cyklu Tłumacze o sobie. Tym razem do rozmowy o pracy i doświadczeniach translatorskich zaprosiliśmy Magdalenę Kowalczuk, dzięki której możemy czytać polskie przekłady książek takich anglojęzycznych autorów jak Alexene Farol Follmuth znanej szerzej jako Olivie Blake, Kalyn Josephson czy Chelsea Abdullah. W poniższym wywiadzie przeczytamy m. in. o tym, co może dodać skrzydeł na starcie, a także o tym, co flamingi mają wspólnego ze… zgliszczami, albo też o niekonwencjonalnych sposobach szlifowania warsztatu oraz sile, jaką daje wsparcie przyjaciół i bliskich.

Na początek o początkach.

Książki i słowa kocham od zawsze, a jeśli chodzi o przekład, to pierwsze próby zaliczyłam już na studiach. Wtedy co prawda tłumaczyłam z hiszpańskiego, dziś głównie z angielskiego, ale najważniejszy jest i tak język docelowy, a tym zawsze był polski. Wzięłam udział w konkursie tłumaczeniowym i wygrana nieźle podbudowała moją pewność siebie. Przy okazji też pierwszy raz zobaczyłam własny tekst po redakcji i przekonałam się, że czerwone skreślenia wcale nie oznaczają, że jesteś zerem. Później pierwsze zlecenia zdobyłam dzięki poleceniu znajomego, a kolejne zawdzięczam już naszemu tłumackiemu forum na fejsie. Ogłoszenia pojawiają się tam rzadko, więc lubię myśleć o tym jako o sygnale od wszechświata, że wybrałam właściwą drogę.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Zawsze byłam sową i ku rozpaczy mojej rodzicielki prowadziłam nocny tryb życia, wspominam to świetnie, zwłaszcza stan flow po drugiej w nocy, ale stety, niestety w życiu trochę się pozmieniało i teraz pracuję w ciągu dnia. Chociaż zanim uwinę się ze wszystkim, co odhaczyć trzeba, okazuje się zwykle, że do pracy na poważnie siadam koło pierwszej (po południu).

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Tłumaczę głównie przy biurku, a autoredakcję robię na kanapie. W najbliższym czasie chcę kupić bieżnię do chodzenia i czytać przy biurku, ale w ruchu. Liczę, że to skutecznie zajmie mój mózg, który bywa kapryśny.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Choć mam ogromny sentyment do słowników papierowych, na co dzień korzystam ze źródeł elektronicznych.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Oj zewsząd, wszystko zależy od tego, co jest potrzebne. Zdarzyło mi się nawet konsultować z uczelnianym kołem robotycznym, choć przed rozpoczęciem pracy nad przekładem nie miałam nawet pojęcia, że takie u nas działają.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Zapisuję „pierwszą myśl” i lecę dalej. Z doświadczenia wiem, że mózg i tak procesuje to potem w tle i przy drugim podejściu jest już znacznie łatwiej coś wymyślić. A nierzadko w międzyczasie usłyszy się lub przeczyta coś inspirującego, co pomoże się zgrabnie wykaraskać. Kiedy już naprawdę nie mogę, choć to raczej wina zmęczenia materiału niż blokady – odchodzę od kompa i robię, co tylko dusza zapragnie i milenialski nastawiony na produktywność umysł pozwoli.

Redaktor to…?

Siatka bezpieczeństwa przy cyrkowych akrobacjach. Druh. Towarzysz. Mam bardzo dobre doświadczenia z redaktorkami i redaktorami, z którymi pracowałam. Chciałabym, aby ich praca, jak i praca korektorów, była bardziej doceniana i lepiej opłacana.

Od kogo uczysz się przekładu?

Od tłumaczy. Z literatury fachowej. Z literatury w ogóle. Uwielbiam czytać przekłady i o przekładach. Również od wspomnianych wyżej redaktorek. Mam też na komputerze plik, w którym zapisuję sobie słowa i zwroty, które mi się spodobały – przeczytane i zasłyszane – co uważam za bardzo pomocne. Coś ciekawego zasłyszeć można wszędzie, ostatnio na przykład zachwycałam się, jak świetne ucho do różnych idiolektów ma pewien stand-uper, fenomenalnie grał nie tylko „majstra”, ale i kilkulatka, czy współczesnego technologicznego laika.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Ostatnio stałam się „typową trzydziestokilkulatką”, więc tak po prawdzie to cały arsenał suplementów… Kawa to tylko przyjemność.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Jedynie ludzkie. Ale za to bardzo cierpliwe.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Oddaję w pierwszej kolejności moim dwóm największym czirliderkom: mamie i cioci. Jeden trafia też na półeczkę chwały. A następne lecą do ewentualnych chętnych. Pozostałe zwykle można wygrać na stoisku STL podczas targów książki w Krakowie.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Jestem człowiekiem miliona zajawek (gotowanie, pieczenie, szycie, kolorowanki, domowe DIY, haftowanie, naprawianie rzeczy), więc to, co mnie relaksuje, stale się zmienia. Choć podstawę stanowi czas spędzany z bliskimi i przyjaciółmi. Natomiast moje tłumackie BHP to poranne spacery i czytanie przed snem.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Mam silne wrażenie, że o czymś zapominam, ale o czym?! W zastępstwie niech będzie anegdota typu „mózgówka”. Tłumaczyłam bardzo klimatyczną młodzieżówkę, dużo akcji, dżinnije, ghule, pustynia, mściwi bogowie. I nagle flaming. FLAMING. Czytam i w głowie pojawia mi się różowy ptak. Co on robi w tych ruinach? Okazało się, że w oryginale był to „flaming bird”, czyli płonący ptak.

Ważne dla ciebie książki?

Pierwszą książkę, którą pamiętam, że przeczytałam za jednym posiedzeniem od deski do deski był Dziennik Bridget Jones (pewnie stanowczo za wcześnie). Ta lektura do dziś działa w mojej pamięci jako symbol niepowstrzymanej konieczności pochłonięcia książki „tu i teraz” (i pewnie odpowiada za trwającą dotąd słabość do komedii romantycznych). Pierwszym zetknięciem z czymś na kształt realizmu magicznego były książki Jonathana Carrolla, potem na filologii hiszpańskiej wpadłam w realizm magiczny na całego i do dziś go uwielbiam. Mam też ogromny sentyment do Mistrza i Małgorzaty. I do Stryjeńska. Diabli nadali Angeliki Kuźniak, szalenie inspirująca, cudowny, żywy język.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Takich dla wszystkich to nie mam jeszcze na koncie. U mnie tylko każdemu według potrzeb. Tym, którzy lubią komedie romantyczne polecam Propozycję nie do odrzucenia Natalie Cañi. Trochę przeszła bez echa, a miło mi się nad nią pracowało. Młodzieży z kolei poleciłabym My Mechanical Romance Alexene Farol Follmuth .

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Właśnie ukazała się Biblioteka Amorlin Kalyn Josephson, najpiękniej wydany z moich przekładów, bardzo klimatyczna książka. A teraz tłumaczę kolejną komedię romantyczną, przy której nie raz już zaśmiałam się w głos i wiem, że potem, podczas sczytywania na kanapie, będę, jak to mówią, przebierać nogami w powietrzu i chichotać.