Aktualności

Mam wrażenie, że w karierze tłumacza początków (albo zwrotów) jest wiele: niekiedy jest to nowy gatunek, niekiedy twórczość nowej autorki, a niekiedy nawet nowy język”. W czerwcowym odcinku naszego cyklu Tłumacze o sobie gościmy Agnieszkę Matkowską – tłumaczkę literatury anglojęzycznej i rosyjskojęzycznej, literaturoznawczynię i lingwistkę, komparatystkę, badaczkę kultur mongolskich.

W rozmowie opowiada m.in. o początkach swojej pracy translatorskiej, porównuje sytuację tłumaczy literackich mieszkających na stałe w Polsce z warunkami bytowymi tej grupy zawodowej w Niemczech, mówi także o ulubionych lekturach oraz inspirującej sile, jaką daje wymiana doświadczeń z koleżankami i kolegami po fachu.

Na początek o początkach.

Moim translatorskim debiutem był przekład artykułu naukowego What Is Comparative Literature? George’a Steinera. Na ten tekst natknęłam się przypadkiem w głównej bibliotece UCL-u (University College London). Ową niepozorną, niemalże „broszurową” książeczkę – zapis wykładu inaugurującego rok akademicki na Uniwersytecie Oksfordzkim w 1994 roku – trzymała w ręku inna studentka, przeglądająca obok półki z zakresu komparatystyki literackiej. Na szczęście pozycja nie wydała się jej na tyle interesująca, by ją wypożyczyć. Instynkt podpowiedział mi, żeby po nią sięgnąć, a późniejsza lektura utwierdziła w przekonaniu o ważności tego tekstu (jest to niejako credo komparatystyki literackiej nie jako rygorystycznej dziedziny akademickiej, a doświadczenia czytelniczego zogniskowanego wokół przekładu, manifest komparatystyki jako lektury opartej na porównaniu, a szerzej tekst o doświadczaniu kultury i modelu jej przetwarzania przez umysł ludzki poprzez właśnie porównanie). To była pozycja numer jeden na liście lektur londyńskiej komparatystyki, na której chciałam studiować (chyba sami rozumiecie mój tok myślenia). Ze zdziwieniem odkryłam, że polskiego przekładu jeszcze nie było… Ostatecznie nie złożyłam dokumentów na studia w Londynie, ale mój przekład What Is Comparative Literature? ukazał się po polsku niecały rok później. Czym jest komparatystyka literacka? znajduje się teraz na liście lektur polskich studiów literaturoznawczych i była kilkukrotnie wznawiana.
Mam jednak wrażenie, że w karierze tłumacza początków (albo zwrotów) jest wiele: niekiedy jest to nowy gatunek, niekiedy twórczość nowej autorki, a niekiedy nawet nowy język.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Dopiero od niedawna zajmuję się wyłącznie przekładem oraz własnymi poszukiwaniami i projektami z pogranicza przekładu i literaturoznawstwa. Wcześniej pracę tłumaczki łączyłam z pracą etatową (w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin), studiami doktoranckimi i/lub pracą na uczelni – i to wyznaczało dobowy rytm pracy. To doświadczenie i oczytanie niejednokrotnie oczywiście procentowało w pracy tłumaczki. Niemniej w takim systemie ułożenie grafiku i ciągłe zarządzanie czasem wymagało wiele pracy i nieustannych korekt (efekt domina), a zajmowanie się tłumaczeniem literatury – ogromnego samozaparcia i dyscypliny. Od października 2025 roku nie mieszkam już w Polsce, a jednym z ważniejszych powodów przeprowadzki była możliwość przystąpienia do Künstlersozialkasse, istniejącego w Niemczech od 1983 roku systemu ubezpieczeń społecznych dla artystów (standardem w Niemczech są również tantiemy i stała cena książki przez 18 miesięcy od daty premiery). W tym miejscu warto nadmienić, że według ostatniego badania wynagrodzeń tłumaczek i tłumaczy za lata 2023-2024 przeprowadzonego przez STL, 45% ankietowanych nie odprowadzało składek na ubezpieczenia społeczne, a 8,26% osób nie miało ubezpieczenia zdrowotnego w NFZ.
Staram się pracować kilka godzin rano i dwie-trzy godziny po południu, ewentualnie wieczorem. Staram się również prowadzić kalendarz / dziennik projektów – lubię mieć rozpisany (czytaj: dość dokładnie zaplanowany) cały rok i poszczególne projekty. Pozwala to unikać dłuższych przerw między nimi oraz rozjeżdżania się terminów, monitorować na bieżąco postępy w pracy, walczyć z prokrastynacją i różnymi zawodowymi strachami (na początku kariery trudność sprawiało mi oszacowanie czasu niezbędnego na poszczególne etapy pracy, zwłaszcza autoredakcję i kwerendę; mam tendencje do zgłębiania różnych wątków pobocznych w Internecie). Niestety nie zawsze da się zaplanować terminy korekt autorskich. Złośliwość losu polega na tym, że teksty do korekty autorskiej przychodzą w najmniej spodziewanym momencie.
Kluczowy jest jeden czynnik: cisza, pora dnia nie ma aż tak dużego znaczenia. Najbardziej lubię, kiedy nic i nikt mi nie przeszkadza. Czasami pracuję w bibliotecznej czytelni.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Najczęściej przy dużym biurku / stole, zwłaszcza jeśli książka wymaga obszernej kwerendy i doczytywania różnych źródeł i robienia notatek (notatki lubię sporządzać ręcznie, to jeden z moich rytuałów, który pozwala na niejako organiczny kontakt z tekstem i angażuje w równym stopniu ciało i umysł), czasami na kanapie.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

To zależy od książki i języka. Korzystam ze wszystkich możliwych źródeł, z zachowaniem należnej podejrzliwości, zwłaszcza wobec źródeł internetowych.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Ze wszystkich dostępnych źródeł, internetowych i bibliotecznych (największą sympatią darzę system wolnego dostępu do książek). W domu mam również swój niezbędnik, podręczną biblioteczkę, w której udało mi się zgromadzić książki dotyczące Buriacji i Mongolii (plus wiele zdigitalizowanych źródeł), pozycje z zakresu literaturoznawstwa i językoznawstwa oraz przekłady z różnych języków. Czasami korzystam z rzadkich publikacji i materiałów archiwalnych oraz telefonu do przyjaciela (każdy dobry konsultant jest na wagę złota). Czytanie cudzych przekładów (i literatury ogólnie) wpływa na doskonalenie polszczyzny i warsztatu.

Kiedy się zablokujesz, to…?

To zależy, jak bardzo goni mnie termin. Czasami wstaję i robię sobie przerwę (na herbatę) albo w ogóle wyłączam komputer, a czasami uparcie szukam rozwiązania, tłumaczę dany fragment najlepiej, jak umiem, i potem do niego wracam, na etapie autoredakcji lub wcześniej.

Redaktor to…?

Redaktor to wnikliwy i czujny czytelnik, znawca języka, strażnik pięknej (i niepięknej) polszczyzny oraz życzliwy doradca, nie raz ratujący tłumacza przed jakąś niezręcznością albo znajdujący opuszczone zdanie. Zwykle nie podchodzę do redakcji w sposób emocjonalny, staram się wnikliwie przyjrzeć się wszystkim poprawkom i sugestiom. Lubię wręcz tę wymianę zdań, rozmowę rozpisaną na kilka głosów i polemikę (akademicki nawyk). Na pewno ważna była dla mnie współpraca z Moniką Szewczyk przy redakcji pierwszej prozy tłumaczonej z języka rosyjskiego głośnej powieści ukraińskiego pisarza Andrija Kurkowa (Srebrna kość, Noir sur Blanc 2024) oraz kilkunastoletnia współpraca z redaktorem moich angielskich przekładów, Davidem Rixem, z którym znam się jeszcze z czasów studiów w Wielkiej Brytanii.

Od kogo uczysz się przekładu?

Czytam dużo literatury obcej i polskiej. Stale zastanawiam się, jak by coś brzmiało w językach, którymi się posługuję (to moja ulubiona rozrywka z czasów, kiedy się ich uczyłam) lub jak dany tekst brzmiał w oryginale. Zdarza mi się porównywać cudze przekłady z oryginałem. A w tym semestrze znów uczęszczam na zajęcia z klasycznego języka mongolskiego, na których analizujemy wspólnie i tłumaczymy zabytki mongolskiej literatury preklasycznej.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Najczęściej chęć przełożenia interesującego tekstu, może odrobinę ambicja albo chęć rozwoju i ciekawość? Lubię też ten moment / uczucie, że tekst płynie, dobrze brzmi i dobrze się czyta. Po drodze są oczywiście różne (mini)kryzysy: bo praca tłumacza to jednak długie godziny nad tekstem, niekiedy znój, cyzelowanie formy i sensów.
Radość sprawia mi również wyszukiwanie książek, o których prawie nikt nigdy nie słyszał i przekonywanie do nich wydawców.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Poniedziałek ja, wtorek ja, środa ja… Oczywiście czasami bywam też swoim największym wrogiem.
Oprócz tego paliwem napędowym są rozmowy (i wymiana doświadczeń) z innymi tłumacz/kami i pisarkami.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Zazwyczaj rozdaję rodzinie i znajomym – według osobistego klucza. Zdarza mi się dokupywać książki, najczęściej kilka egzemplarzy. Jeden egzemplarz (prawie) zawsze zostawiam sobie.
Ostatnio zdarzyło mi się jednak też po prostu egzemplarzy autorskich nie dostać.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Czytam książki, tylko inne 🙂 I tropię strzępy literatury w codziennych rozmowach (kto nie podsłuchiwał nigdy rozmów w tramwaju lub metrze, niech pierwszy rzuci kamieniem). Bycia tłumaczką nie da się ot tak wyłączyć, to określony sposób istnienia i działania, sposób patrzenia na świat.
Oprócz tego chodzę na wystawy i koncerty, zwiedzam nowe miejsca w Berlinie i nie tylko.
W najbliższym czasie chciałabym też nauczyć się, jak robić ziny (substytut posiadania własnego wydawnictwa) i znowu zacząć grać w badmintona i tenisa stołowego.
Aha, podstawowa zasada tłumackiego BHP: odpowiednia ilość snu!

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Nie mam. A może wszystko jest jedną wielką anegdotą?

Ważne dla ciebie książki?

Na różnych etapach różne książki. Literki, można powiedzieć, pożeram (i produkuję) nałogowo od maleńkości. W dzieciństwie chciałam dorównać starszemu bratu, który chodził już do szkoły i umiał pisać i czytać; tak powstały najpierw koślawe bazgrolce, potem coraz bardziej kształtne litery (czyż tłumacz to nie idealny kopista?), które wywoływały jakąś dziwną ekscytację, niekiedy zachwyt; koniecznie trzeba było się podzielić dziennym urobkiem literkowej produkcji, a najpiękniejsze „a” musiało zostać wysłane w liście do wujka, bo czymże jest pisanie do szuflady? Nową, trójwymiarową książkę, którą dopiero co znalazło się pod poduszką na mikołajki, trzeba było koniecznie pokazać innym dzieciom w zerówce.
Ważne książki? Na pewno na początku Baśnie Andersena i wszelkie inne baśnie, Biblia (zbiór opowieści niejako fantastycznych, nic dziwnego, że w późniejszym życiu zajęłam się badaniem tradycji ustnej), na różnych etapach różne książki, pod koniec studiów doktoranckich Singer of Tales Alberta Lorda (po polsku książka ukazała się w przekładzie Wojciecha Godlewskiego jako Pieśniarz i jego opowieść), który wyznacza w dużym stopniu horyzont moich zainteresowań naukowych. Egzemplarz Pieśniarza… z osobistą dedykacją od Marka Lorda, syna Alberta Lorda, i jego żony, Kathy Lord otrzymałam w 2012 roku, kiedy przebywałam na stypendium im. Alberta Lorda w Center for Studies in Oral Tradition na Uniwersytecie Missouri, więc ta książka ma dla mnie również znaczenie nieco sentymentalne.
Mam taką przypadłość, że lubię serie tematyczne, skomplikowane, wielowątkowe narracje, wielkie powieści i wielkie eposy, różne starocie, ale też rzeczy nowe i eksperymentalne, literaturę peryferyjną i fabuły poskolonialne.. Z nazwisk: Gombrowicz (to chyba oczywiste), Szekspir, Homer, różni autorzy na różnym etapie… Plus ogólnie literatura mongolska, którą dopiero poznaję bliżej i niszowe rzeczy z literatury anglosaskiej.
Ostatnio z nieskrywaną przyjemnością wracam do książek, które czytałam kilkanaście lat temu podczas studiów w Wielkiej Brytanii (Performance Writing). Mam nadzieję, że coś z tych rzeczy uda mi się przetłumaczyć i wydać kiedyś po polsku.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Wiele moich przekładów uważam za ważne. Ale gdybym miała polecić tylko jeden, dla szerszego czytelnika, byłby to Hołd dla ziemi Joego Sacco (Timof Comics 2022), reportaż w formie komiksu, mój pierwszy (i na razie jedyny) przekład komiksowy. Jest to niezwykle zniuansowany reportaż o rdzennych społecznościach Terytoriów Północno-Zachodnich w Kanadzie i postkolonialnym dziedzictwie. Nowy był nie tylko gatunek, ale w pewnym stopniu również tematyka i kraj (języki dene). Bardzo przydało mi się wtedy wykształcenie etnolingwistyczne i doświadczenia związane z dokumentowaniem zagrożonych języków. Dzięki temu nazwy własne w oryginalnej ortografii (w językach i dialektach Pierwszych Narodów, m.in. katł’odeeche dene zhatıe, dëne sųłıné yatıé, północnym i południowym dialekcie języka slavey, tłı̨chǫ patii)znalazły się w polskim przekładzie w polskiej deklinacji. Godzinami słuchałam wtedy wymowy różnych głosek i słów, żeby w przekładzie móc uwzględnić polską fleksję (ważne było oczywiście podążanie za autorem i jego decyzjami). Ciekawym doświadczeniem było również obserwowanie na Twitterze bohaterów mojej książki oraz ich działalności dekolonialnej i aktywistycznej. Dzięki temu mogłam zweryfikować wiele faktów i kontekstów (bo komiksowe dymki podają często informacje bardzo skondensowane).

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Od jesieni ukazało się kilka moich przekładów (słynny efekt kumulacji), w tym przekład na język angielski sztuki Iriy autorstwa białoruskiej dramatopisarki Tainy Romanowej (Wyraj / Iriy znalazł się w finale Aurory, Nagrody Dramaturgicznej Miasta Bydgoszczy) oraz tłumaczenie raportu PEN International pt. Punkty zwrotne na temat ochrony wolności słowa w Polsce w latach 2015–2025 (mimo że nie jest to przekład literacki, polecam ten syntetyzujący raport autorstwa Joanny Szymańskiej).
Teraz pracuję równolegle nad kilkoma projektami: przekładem Zekamaeronu Maksima Znaka (przekład ukaże się nakładem KEW) oraz kilkoma mniejszymi tekstami (są to propozycje wydawnicze i krótsze teksty poetyckie i prozatorskie; mimo kilkunastu lat w zawodzie ze smutkiem stwierdzam, że część czasopism nie ma jasnej i transparentnej polityki naboru tekstów do druku, mimo że nie są przedsięwzięciami prywatnymi i są najczęściej finansowane z podatków i dotacji ministerialnych).

Fot. Jacqueline Kelley