„Przed pisaniem i wokół pisania jest zżywanie się z tekstem i człowiekiem, który ten tekst stworzył, czyli czytanie, wyszukiwanie informacji i wystawianie się na informację, rozmowy, wyprawy po obraz, dźwięk, zapach, emocję; czekanie, aż niepojęte z oryginału jakoś się we mnie umości”. Do lipcowej rozmowy w ramach naszego cyklu Tłumacze o sobie zaprosiliśmy Agnieszkę Rembiałkowską, tłumaczącą prozę i poezję głównie z języka litewskiego, ale też z łotewskiego, laureatkę licznych nagród translatorskich, w tym Nagrody im. Algisa Kalėdy, przyznawanej przez Instytut Litewskiej Literatury i Folkloru (2022) oraz Nagrody Ossolineum za Przekład Poetycki (2026).
Na początek o początkach.
Mają wspólny źródłosłów z końcami, ale nie zawsze się z nimi rymują. Litewskiego z łotewskim (i szczypty staropruskiego, ha!) uczyłam się od zera, dopiero na studiach. To była filologia bałtycka na Uniwersytecie Warszawskim, równolegle kursy polonistyczne, później dużo (w tym kilka długich) staży na Litwie, parę krótkich na Łotwie. Przez kilkanaście lat trenowałam się do badania języka, systemów i użyć, uniwersaliów i mechanizmów zmienności. Kariery naukowej nie zrobiłam, języka uczę do dziś, został mi nawyk precyzyjnego myślenia o tym, jak to jest możliwe, że ludzie się komunikują. Jak odbywa się odwieczny, codzienny, oczywisty cud.
Moje pierwsze przekłady literackie? To były wprawki lektoratowe i takietam dla frajdy, do szuflady (wiersze i opowiadania). Nie planowałam romansów z literaturą. Jeśli z tłumaczeniem – to z użytkowym. Do pierwszych publikacji zdryfowałam dlatego, że trajektorię „zakrzywili” mi ludzie wokół mnie. Tak łatwo zapominamy, że nie kształtowaliśmy się w próżni. Wspomnę kilka wczesnych „zakrzywień losu”, potem były kolejne, równie ważne.
Kiedy studiowałam, w programie bałtystyki nie było translatoriów, ale wykładowczynie wplatały przekład literacki w spotkania dla chętnych. Poświęcały nam swój czas wolny i energię – dla idei. Dr Imelda Vedrickaitė na takie rozmowy o współczesnej kulturze litewskiej zapraszała polskie tłumaczki – to otwierało oczy, poszerzało horyzonty: literatura jest przekładana nie gdzieś w wieżach z kości słoniowej, tylko blisko nas. Z inspiracji tej samej badaczki ukazały się m.in. tłumaczone przez absolwentów i magistrantów lituanistyki Baśnie litewskie i wybór wierszy Śpiewy Jadźwingów Sigitasa Gedy, także Wspomnienia młodego człowieka Ričardasa Gavelisa i Listy z Wieszwili Leonardasa Gutauskasa (w przekładzie Joanny Tabor). Dr Mirijana Kozak zorganizowała we współpracy z Biblioteką Okręgową im. Ievy Simonaitytė w Kłajpedzie cykl warsztatów translatorskich „Literatura litewskiego Pomorza po polsku“; początkujący tłumacze mogli omawiać swoje przekłady „oko w oko” z autorami, efektem były publikacje książkowe i internetowe, kolejne projekty, serdeczne więzi. Z kolei z organizatorami Warszawskiej Jesieni Poezji, w której almanachu miałam pierwszą większą publikację przekładów poetyckich (wierszy litewskich poetów – gości festiwalu), skontaktowała mnie Rasa Rimickaitė, później przez wiele lat attaché ds. kultury Ambasady Litwy, wybitnie zasłużona dla popularyzacji kultury litewskiej w Polsce.
Szczęściło mi się pod względem środowiska – autorek i autorów, których miałam zaszczyt przekładać; kameralnego grona koleżanek i kolegów tłumaczących Bałtów; koleżanek i kolegów tłumaczących inne literatury; wydawców; powstało STL… Ale to już inna bajka, o trwaniu.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Dawniej noce (olśnienia przed świtem). Teraz raczej poranki i wieczory, bo – eureka! – kto nie sypia, robi sobie krzywdę. Systemy się u mnie nie sprawdzają. Rozsądnie planuję etapy pracy, mozolnie dziubię w tekście, jakżeby inaczej, ale i tak rządzi staroświeckie natchnienie. Umiejętności zdobywane po to, żeby móc zdać się na instynkt.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Całymi latami – gdzie się dało. Wreszcie kości tak dały mi w kość, że nie dało się już nigdzie, i w wieku średnim raczkuję po ergonomii. To dotyczy tej fazy tłumaczenia, którą jest pisanie i autoredakcja. Przed pisaniem i wokół pisania jest zżywanie się z tekstem i człowiekiem, który ten tekst stworzył, czyli czytanie, wyszukiwanie informacji i wystawianie się na informację, rozmowy, wyprawy po obraz, dźwięk, zapach, emocję; czekanie, aż niepojęte z oryginału jakoś się we mnie umości. Nie przy biurku, nie na kanapie.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
Mam ogromny sentyment do papierowych, ale na co dzień – elektroniczne, raczej jednojęzyczne. Słowniki epok dawnych (cudowny Słownik polszczyzny XVI wieku!), słowniki–pomniki, leksykony wybitnych pisarzy, słowniki żargonów, etymologiczne, dziedzinowe, ilustrowane i zapełnione nieczytelnym maczkiem. Słowniki-kurioza, słowniki pechowe, słowniczątka i słowniczyska.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Przed nastaniem AI Internet był dla mnie niezłym źródłem np. stylów i efemeryd, teraz odsiewanie tam ziarna od plew często zużywa więcej energii, niż to warte. Dobrodziejstwem jest za to łatwy dostęp do oryginalnych publikacji, materiałów audiowizualnych, archiwaliów. Posiadówki w Narodowej, BUW-ie, innych bibliotekach są jak święto. Czasem po informację po trzeba po prostu dokądś pojechać, czasem cierpliwie pytać znajomych i nieznajomych, czasem sama nas znajduje.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Jest płacz i zgrzytanie zębów. Zaburzenia czasu, paraliżujące poczucie winy wobec ludzi, z którymi współpracuję. Durne przeczekiwanie, aż coś się odblokuje. Bo zwykle – już to wiem – w końcu się odblokowuje. Wyznaję, bo może ktoś też tak ma i a nuż poczuje się mniej beznadziejnie.
Redaktor to…?
… może być najwierniejszy sojusznik tłumacza, akuszer młodego tekstu, Sam Gamgee u boku Froda Bagginsa. Ma też prawo nie angażować się aż tak głęboko, wystarczy, że będzie pierwszym zwierciadłem: uważnie przeczyta, bez owijania w bawełnę wypunktuje, co haczy, co jest niezrozumiałe, co wzruszyło. Tej samej zasady staram się trzymać, kiedy to ja kogoś redaguję: zgłaszam wątpliwości, podsuwam „widzimisia”, zniechęcam i zachęcam, ale ostateczny kształt tekstu to wybór tłumacza. Decyzje należą do tego, kto się pod nimi podpisuje, czyli bierze odpowiedzialność; Pierścień jest brzemieniem Powiernika. Jeśli udział redaktora w tych decyzjach jest kluczowy, to uczciwe jest wskazanie go jako współautora tłumaczenia. „Wykłócanie się” o poprawki kłóci się z moim pojmowaniem redakcji przekładu.
Od kogo uczysz się przekładu?
Od wszystkich, którzy próbują coś powiedzieć komuś innemu 🙂
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Czarna kawa, mocna herbata, coraz cieńsze papierosy (ograniczam). Poczucie, że praca ma sens, nawet jeśli długo mam dostęp tylko do bezsensu (zob. wyżej). Dary bliźnich: coś dobrego, coś pięknego, coś śmiesznego, coś szalonego.
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Kiedyś mieszkała u mnie żółwica, znajda–ocaleniec. Polowałam dla niej na ślimaki, ona wbijała we mnie nieruchome gadzie spojrzenie. Teraz próbuję utrzymać przy życiu parę roślin. Wszędzie, gdzie jestem, wyłapuję z tła ptaki (chociaż się na nich nie znam), wiem, którędy płynie woda, zauważam wykrój księżyca. To koi, przywraca proporcje. Ale prawdziwe wsparcie dostaję od tej garstki ludzi, których obchodzi, co się ze mną dzieje.
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Rozdaję. Nie interesownie, nie na chybił trafił, tylko według zgadywanek: która książka z kim się polubi. Albo poczubi 🙂
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Chodzę (szybko) i patrzę (powoli). Pływam, jeśli okoliczności sprzyjają. Wyruszam w jakieś nieznane. Myślę nie słowami, tylko ciałem w przestrzeni, zmysłami. Oddycham.
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Nie umiem w anegdoty. Ważne, żeby pamiętać i o błyskach, i o kiksach. Moja tarcza antyzadufaniowa to jagnięta, z których zrobiłam orlęta. Orlęta na polepie! Będą mi masakrować wątrobę w czyśćcu tłumaczy.
Ważne dla ciebie książki?
Najważniejsze to chyba te z dzieciństwa i wczesnej młodości, ustawiają wyobraźnię. Czytałam zachłannie i bez strategii. Baśnie i klechdy, klasykę literatury polskiej i światowej, reportaże, przygodówki, produkcyjniaki i romansidła. Biblię i Koran. Książki dla dzieci schyłkowego PRL-u (Kubuś i słowik Iwanickiego, Korzeniacy, czyli jesień wsamrazków Wieczerskiej), indiańskie sagi, mnóstwo fantastyki, obcej i polskiej. To nie były tylko książki – też kultowe kwestie z filmów, piosenki, kabarety. Także wzory mówienia w najbliższym otoczeniu, byłam pierwszą filolożką w rodzinie, ale rosłam wśród świetnych gawędziarzy, bajerantów, przynudzaczy, ścichapęków i milczków.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Nie umiem wybrać, chcę wierzyć, że każdy trafi do przynajmniej jednego czytelnika.
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Z książkowych – ostatnie dotąd to zbiory wierszy z ubiegłego roku: Wpływ wielkości zaniedbywalnie małych na megastruktury Gintarasa Grajauskasa (Pogranicze) i Lista obecności Birutė Jonuškaitė (Warsztaty Kultury w Lublinie). Na warsztacie mam trzy powieści i cztery tomy poezji, w różnych stadiach. Będę o nich mówić, kiedy (jeśli) uda się skończyć i wydać. Bo nigdy nie wiadomo.
Fot.: archiwum prywatne.

