Anna Radwan-Żbikowska przekłada z języka czeskiego. Lubi tłumaczyć prozę, która wywołuje emocje, bo uważa, że dobra książka powinna sprawić, że czytelnik będzie się śmiał, płakał, czuł dreszczyk i współodczuwał z bohaterami. W dzisiejszej rozmowie z cyklu Tłumacze o sobie autorka przekładów utworów takich czeskich pisarzy jak Jan Štifter, Vojtěch Matocha czy František Šmehlík opowie m.in. o sprawdzonych sposobach na zarządzanie czasem i stresem, życzliwości duchów zamieszkujących poddasza, a także inspirującej sile kawiarnianego gwaru.
Na początek o początkach.
Przekładem literackim zafascynowałam się na studiach. Na Erasmusie chodziłam na zajęcia z doświadczonym tłumaczem, wspaniale opowiadał o swojej pracy i pamiętam, że pomyślałam wtedy: też chcę to kiedyś robić. Tłumaczyłam różne drobne teksty do szuflady, potem zgłosiłam się na konkurs przekładowy organizowany przez czeskie Ministerstwo Edukacji i ambasadę czeską. I wygrałam go. Moja pierwsza książka, „Palinka” Matěja Hořavy, trafiła do mnie trochę przypadkiem. Wydawnictwo nie miało do niej tłumacza i zaproponowało to zlecenie mnie. Trochę się bałam, bo to trudna, poetycka proza, ale byłam pod opieką świetnego redaktora i jakoś sobie poradziliśmy.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Pół na pół 🙂 Najbardziej lubię rozłożyć pracę na dwie części. Pierwsza jest rano: robię sobie herbatę i pracuję jeszcze przed śniadaniem, kiedy mózg jest świeży i wypoczęty. W ciągu dnia często robię dłuższą przerwę na spacer lub sprawunki. Późnym popołudniem znowu wracam do pracy. Zdarza się, że siedzę do późna, jeśli czuję, że dobrze mi idzie i zdania układają się gładko.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Z zamiłowania jestem kanapowcem, latami pracowałam tylko z laptopem na kolanach. Ale nadgarstki i kręgosłup na dłuższą metę protestują, więc mam teraz w miarę ergonomiczne stanowisko pracy przy stole i z niego korzystam najczęściej. Bardzo lubię pracować w kawiarni, w jakiś dziwny sposób szum rozmów, muzyki i ekspresu do kawy pomaga mi się skupić na tekście.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
Elektroniczny do zastosowań ogólnych, papierowe do zadań specjalnych. Sięgam wtedy do kolekcji mojego męża, gdzie są przeróżne słowniki tematyczne. Mamy w domu terminologię filmową i szpiegowską, zapożyczenia z języka niemieckiego w polskim, seksualizmy, terminologię religijną… Pełen przegląd.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Lubię Wikipedię jako podstawę, przy okazji służy też jako podręczny słowniczek. Kiedy temat wymaga zgłębienia, chętnie posiedzę w bibliotece.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Zostawiam cały fragment po czesku, zaznaczam na żółto i jadę dalej. Do porzuconych fragmentów wracam innego dnia o poranku, kiedy mam wyspany mózg i łatwiej o dobry pomysł.
Redaktor to…?
Ogromne wsparcie. Na początku trudno mi było nie traktować uwag od redakcji jako krytyki moich umiejętności. Z czasem nauczyłam się, że wszyscy gramy do jednej bramki, celem jest dobrze napisany tekst po polsku. Miałam szczęście do dobrych redaktorek i redaktorów, takich, którzy pozwalają mi zachować wybrany przeze mnie styl i proponują nieduże, ale celne zmiany, bardzo ulepszające tekst.
Od kogo uczysz się przekładu?
Od kolegów po fachu. Dużo czytam, staram się sięgać po przekłady bardzo dobrych tłumaczy.
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Kawa! Dawniej też cukier, teraz bardziej orzeszki. I dużo kawy.
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Dobry mąż, który czyta, podsuwa słowniki i uczy, jak wycisnąć z wyszukiwarki Google to, czego od niej chcę.
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Rozdaję rodzinie albo wystawiam na aukcje charytatywne.
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Pierwsza zasada to unikanie niepotrzebnego stresu. Mam problem z rozkładaniem sobie pracy z dłuższym terminem, często zdarzało mi się po prostu ją odkładać i potem spieszyć się w stresie. Nauczyłam się rozpisywać sobie pracę i wyznaczać tygodniową liczbę znaków do przetłumaczenia, bardzo to pomaga na głowę. Staram się też regularnie chodzić na długie spacery i na basen, zwłaszcza kiedy siedzenia przy biurku robi się jakoś dużo.
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Kiedyś pojechałam na wycieczkę, żeby na żywo zadać autorowi liczne pytania do tekstu, i nocowałam w pokoju na poddaszu jednego z dwóch domów opisanych w książce. Tuż przed zaśnięciem przypomniało mi się, że pewien bohater książki mieszka w pokoju na poddaszu i regularnie widzi w nim ducha. Nie miałam już jak dopytać, czy to ten dom i ten pokój, więc postanowiłam przyjąć z godnością to doświadczenie zanurzenia się w tłumaczonej książce, jakiekolwiek by było. Ale duchy były dla mnie wyrozumiałe, spałam spokojnie i bez snów.
Ważne dla ciebie książki?
„Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza i „Klechdy sezamowe” Bolesława Leśmiana, do regularnego rozkoszowania się możliwościami języka polskiego. I „Zbyt głośna samotność” Bohumila Hrabala, bo dzięki niej pokochałam czeską literaturę.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
„Kolekcjoner śniegu” Jana Štiftera. Bo to piękna, dobrze skonstruowana powieść, która uczy o poplątanej czesko-niemieckiej historii, o relacjach z Innym i o tym, że otaczają nas i kształtują okruchy przeszłości. Jest mi też bardzo bliska, bo to pierwsza książka, która ukazała się w Polsce dlatego, że zachwyciła mnie po czesku, a wydawca zgodził się zaryzykować. A jeśli mogę trochę oszukać i wskazać dwa, to jeszcze „Truchlin” Vojtěcha Matochy. Bo pokazuje, że dobra współczesna literatura dla młodzieży może być dynamiczna, wciągająca i bez „momentów”. I świetnie się bawiłam przy pracy.
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
W redakcji jest właśnie „Café Groll” Jana Štiftera, nieduża powieść o lekarzu opiekującym się prostytutkami w Czeskich Budziejowicach sto lat temu, a jednocześnie nietypowa historia zemsty, nazywam ją „Kill Billem w białych rękawiczkach”. A na warsztat biorę teraz świetne science fiction dla dzieci, już nie mogę się doczekać.
Fot. Przemysław Żbikowski.

