Aktualności

Gościem grudniowej odsłony cyklu Tłumacze o sobie jest tłumacz literatury węgierskiej, Daniel Warmuz, polski głos takich twórców jak Zoltán Lesi, János Térey czy Zoltán Mihály Nagy, laureat Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus (2022), odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi Węgier. W dzisiejszej rozmowie opowiada m.in. o inspirującej mocy kawy i czekolady, jak również o tym, że przekład jest lekcją pokory, sposobnością do testowania granic polszczyzny, a zarazem okazją do poznawania świata i samego siebie.

Na początek o początkach.

Pierwsza próba była na studiach, na zaliczenie przedmiotu realizowanego w czasie stypendium w Budapeszcie przełożyłem tekst piosenki z musicalu A padlás (Poddasze), który od czasu premiery w 1988 roku cieszył się na Węgrzech ogromną popularnością. W szukaniu rytmu języka, tak by pasował do melodii, odkryłem fajną intelektualną rozrywkę, jak rozwiązywanie krzyżówki czy sudoku. Później nie zawsze było tak różowo.

Pierwsze publikacje przyszły po studiach, najpierw w prasie literackiej. Na debiut książkowy czekałem kilka lat, była to powieść, o której wydanie długo zabiegałem u wydawców. Z natury jestem niecierpliwy, ale z dzisiejszej perspektywy widzę, że ten czas był potrzebny i że wiele się wówczas nauczyłem – przekład jest też lekcją pokory. Poza tym każdy nowy tekst to początek. Siadasz przed pustym arkuszem na monitorze i jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, jakich nowych rzeczy się dowiesz: o języku, o świecie, czasem też o sobie.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Nie należę do rannych ptaszków, więc zdecydowanie popołudnie plus. Zdarza się, że praca przedłuża się do późnych godzin, ale coraz rzadziej pozwalam sobie pracować po północy, choć jest wtedy zdecydowanie mniej dystraktorów. Obserwuję u siebie, że wraz z wiekiem po kilku godzinach pracy spada koncentracja, mózg jest mniej wydajny. Dwadzieścia lat temu zdarzało mi się zarwać noc przed egzaminem, dziś to już niewyobrażalne. Może za kolejne dwie dekady będę pracować już skoro świt.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Wyłącznie duży stół, na nim laptop, drugi monitor, klawiatura, myszka, książki, notatki, kubki… Latem, jeśli nie potrzebuję rozłożyć wielu materiałów, przenoszę się z laptopem na balkon. Kanapa lub fotel tylko do sczytywania.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Najczęściej ten pierwszy, w zakładkach przeglądarki mam kilkanaście odnośników do różnych słowników i leksykonów. Papierowy, jeśli akurat nie mam go pod ręką, ma tę zaletę, że trzeba wstać od biurka i rozprostować kości. Poza tym przyjemniej kartkować książkę niż wodzić wzrokiem za kursorem. Korzystam też ze starych słowników, niekiedy bywają bardziej pomocne niż internet. Fajne są te kilkujęzyczne, czasem ilustrowane. Jakoś tak się złożyło, że ostatnio trafiały mi się w tekstach nazwy bardzo specyficznych części samochodowych i wtedy słownik motoryzacyjny z rycinami był jak znalazł.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Skąd tylko się da! Na pierwszy rzut idzie internet, zwłaszcza przy ustaleniu lub zweryfikowaniu podstawowych informacji. Jeśli mogę, pytam też autorów, pozwala to zaoszczędzić wiele czasu, bo przecież nie muszę znać się na wszystkim. Bibliotekę odwiedzam, gdy potrzebny jest jakiś cytat lub rzetelne opracowanie na dany temat, szczególnie przy tekstach naukowych. Gorzej, gdy ustalenie czegoś jest jak szukanie igły w stogu siana. Zdarzało się też, że o konsultacje prosiłem specjalistów z danej dziedziny. Pytam też znajomych.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Jeśli to tylko kłopotliwy fragment, zaznaczam go w tekście i pracuję dalej. Moja pierwsza wersja tłumaczenia jest daleka od ideału, niektóre pomysły przychodzą po dłuższym czasie, kiedy tekst zaczyna osiadać w polszczyźnie. Jeśli blokada wynika z przemęczenia lub po prostu mam gorszy dzień, to odkładam pracę, bywa, że na kilka dni. Staram się tak planować cały proces, by zarezerwować czas na leżakowanie tekstu i przed wysłaniem do redakcji spojrzeć na niego świeżym okiem.

Redaktor to…?

Pierwszy recenzent mojej pracy, sufler, dobry nauczyciel, czasem zły policjant… Przede wszystkim o redaktorach lubię myśleć jak o towarzyszach, oddanie przekładu w ich ręce to ten moment, kiedy samotnicze zajęcie staje się pracą zespołową. Dzięki redaktorom widzę, czy tekst działa, rezonuje tam, gdzie powinien. Lubię też wymieniać się komentarzami na marginesie, niekoniecznie tylko merytorycznymi, raz miałem możliwość telefonicznego przegadania tekstu i jego trudniejszych fragmentów, co było bardzo komfortową sytuacją (pozdrowienia dla Marty!). Niestety miewałem też do czynienia z mało zaangażowanymi redaktorami, którzy swój wkład ograniczali wyłącznie do poprawienia błędów gramatycznych.

Od kogo uczysz się przekładu?

Jako hungarysta miałem to szczęście, że w Budapeszcie prowadzone są roczne kursy przekładu literackiego, przez długi czas mentorką polskich studentów była tam Teresa Worowska i to pod jej okiem stawiałem pierwsze kroki. Teraz, jeśli to tylko możliwe, korzystam z różnych szkoleń, choćby tych organizowanych przez STL. Inspirujące są też rozmowy z innymi tłumaczami i spotkania literackie z nimi w roli głównej, cenne jest, gdy dzielą się tajnikami swojej pracy w posłowiach czy wywiadach. Sięgam także po literaturę branżową, zwłaszcza z zakresu praktyki, nikogo nie zaskoczę, gdy wymienię tu teksty Małgorzaty Łukasiewicz, Jerzego Jarniewicza, analizy publikowane w „Literaturze na Świecie”. Podglądam przekłady moich koleżanek i kolegów hungarystów. Wreszcie też uczę się na własnych błędach (tu znów pochwała dobrych redaktorów!) i testuję granice polszczyzny, sprawdzając, na co mogę sobie pozwolić.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Kawa, niezależnie od pory roku. Poza tym wiosną i latem woda, czasem lekki szprycer. Jesienią i zimą herbata. I dużo czekolady, zawsze!

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Pies!

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jeden odkładam na półkę obok oryginału, kolejne rozdaję w prezencie, ale zdarza się też zachomikować coś w pudle – nigdy nie wiadomo, czy za kilka lat któraś książka nie stanie się białym krukiem 🙂

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Przede wszystkich spacery z psem, które pozwalają zażyć ruchu i przewietrzyć głowę. Poza tym muzyka, film, wyjazdy. Każda chwila, która pozwala nie myśleć o przekładzie i pracy, jest cenna.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Wspomniałem, że długo poszukiwałem wydawcy dla mojego debiutu książkowego. Jego autorka miała wówczas na koncie dwie powieści i dopiero przed wykupieniem praw przez wydawnictwo okazało się, że ja i redaktorka prowadząca cały czas mówiliśmy o różnych tytułach – że ją bardziej interesowała ta pozycja, którą przedstawiłem wyłącznie po to, by szerzej zaprezentować pisarkę i jej dorobek. Ostatecznie przystałem na wybór wydawnictwa, choć akurat ta książka była większym wyzwaniem translatorskim.

Ważne dla ciebie książki?

W dzieciństwie były to książeczki z serii Poczytaj mi mamo i baśnie Andersena, w podstawówce W pustyni i w puszczyPrzygody Tomka Sawyera, w liceum Ferdydurke Szatańskie tango, na studiach IliadaDziennik Máraiego. Od tamtego czasu na listę trafiło jeszcze sporo tytułów, niektóre z powodów osobistych, inne zawodowych. Ważna jest też dla mnie książka jako obiekt, wersja elektroniczna jest użyteczna w pracy, ale gdy czytam, preferuję egzemplarz papierowy. Szczególnie cenne są dla mnie egzemplarze z autografem autora, ostatnio wiele radości sprawił mi dawny wpis László Krasznahorkaiego.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Nie mam dużego dorobku, ale myślę, że każdy znalazłby w nim coś dla siebie. Poza tym nie żyję złudzeniami i wiem, że tłumaczyłem też rzeczy, które zainteresują jedynie wąskie grono czytelników. Jeśli już mógłbym mieć jakieś życzenie, to biorąc pod uwagę niepoczytność poezji, fajnie gdyby każdy sięgnął po jakiś wiersz, na przykład ze Skoku wzwyż Zoltána Lesiego lub Przyszłości miodu Jánosa Téreyego.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

W tym roku ukazały się dwie książki, a biorąc od uwagę, że tłumaczę z języka, który nie przoduje w statystykach rynku wydawniczego, należy podkreślić, że było ich AŻ dwie. W lipcu wyszła Solea Minor Evelin Márton, niesztampowa powieść postapokaliptyczna z elementami groteski i realizmu magicznego. Pod koniec września ukazało się Zimne krematorium Józsefa Debreczeniego, porażające świadectwo byłego więźnia Auschwitz i obozów koncentracyjnych na Dolnym Śląsku, a zarazem wnikliwe studium nazistowskiej machiny Zagłady. Choć książka ukazała się w 1950 roku, czyta się ją jak napisany współcześnie reportaż. Teraz pracuję nad opowiadaniami różnych autorów do antologii i szlifuję kilka wierszy do zbioru węgierskich tekstów o Warszawie.

Fot. Zmicer Woynowski