Aktualności

We wrześniowej edycji naszych spotkań z cyklu „Tłumacze o sobie” zapraszamy do lektury wywiadu z Ewą Rajewską, przewodniczącą zarządu Oddziału Zachodniego STL, przekładoznawczynią, redaktorką i tłumaczką z języka angielskiego. W jej dorobku znajdują się przekłady dzieł takich autorów jak Hanif Kureishi, Ewa Stachniak, George Orwell czy Alan Bennett. W dzisiejszej rozmowie opowiada o początkach swojej drogi translatorskiej i naukowej, literackich fascynacjach, urokach pracy przy kuchennym stole i w poznańskiej Bibliotece Raczyńskich oraz inspirującej mocy kawy, czekolady i przede wszystkim – życia 😉

Na początek o początkach.

Właśnie świętuję oficjalne ćwierćwiecze pracy translatorskiej – jakoś w sierpniu 2000 roku wyszedł mój pierwszy przekład, Czarny album Hanifa Kureishi, ważna powieść postkolonialna dialogująca z Szatańskimi wersetami Salmana Rushdiego. Przełożyłam ją rok wcześniej; ogromnie przejęta, kwerendy robiłam wyłącznie w bibliotekach i sklepach muzycznych – dla mnie to były jeszcze czasy bez Internetu. Byłam wtedy po drugim roku studiów na poznańskiej polonistyce, świeżo po fakultecie „Warsztat tłumacza” (wówczas jeszcze) dr Ewy Kraskowskiej, translatolożki, tłumaczki, teoretyczki literatury i ginokrytyczki, która – jak mówi – dostrzegła we mnie iskrę i poleciła mnie w znajomym wydawnictwie. Niedługo później trafiłam na seminarium magisterskie do prof. Edwarda Balcerzana, chciałam zajmować się przekładoznawstwem u nestora poznańskiej szkoły translatologicznej. Napisałam pod jego kierunkiem rozprawę o polskich Alice’s Adventures in Wonderland Lewisa Carrolla, nawet wyszła drukiem. To są moi mistrzowie, wiele im zawdzięczam. Edward Balcerzan zgodził się zostać promotorem mojego doktoratu – o twórczości oryginalnej i przekładowej Stanisława Barańczaka, ile ja się przy okazji nauczyłam i co to była przygoda! Był też pierwszym czytelnikiem mojej habilitacji. Po latach przyszła kolej na moje pogłębione lektury jego książek – w czerwcu ukazała się Innymi słowami. Umiejętności tłumacza. Wybór prac, translatologiczne The Best Of Edwarda Balcerzana pod moją redakcją. Gorąco polecam! A „Warsztat tłumacza”, inspirowany fakultetem Ewy Kraskowskiej, stanowi dziś flagowy przedmiot na naszej specjalności przekładowej, która powstała przed piętnastu laty.   

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

To zależy. Najchętniej dzień, od rana. W warunkach idealnych: z perspektywą ciągłości, szeregu kolejnych dni pracy, oceanu czasu tylko na to tłumaczenie. Czyli wakacje – które, grzech się skarżyć, mam długie. Na co dzień pracuję na uczelni, więc w roku akademickim przekład raczej wieczorami. Też miło, ale inaczej.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Duży stół w kuchniosalonie /salonokuchni. Wieczorami tylko mój. W dzień pracuję przy biurku, które jednak lubię jakoś mniej.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Coraz częściej różne słowniki elektroniczne. Papierowe, przyznaję, zaczynają się kurzyć. Ale je mam, ich pozycja jest niekwestionowana. 

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Jedna i druga. I nadal lubię kwerendy. Znakomicie pracuje mi się zwłaszcza w poznańskiej Bibliotece Raczyńskich – wspaniałe miejsce, wspaniali bibliotekarze.   

Kiedy się zablokujesz, to…?

Robię notatkę, odręczną i mentalną, i chodzę z problemem, aż uda mi się go rozwiązać. Co czasem trwa, wiadomo. I nie daje mi spokoju, póki nie znajdę zadowalającego rozwiązania. A w przekładzie nie lubię dziur, więc problem absorbuje mnie bez reszty.

Redaktor to…?

Osoba, która uważnie czyta, co napisałam, zwykle ma dużą wiedzę i doświadczenie – i może też mieć rację. Ale jeśli uważam, że to ja ją mam, uzasadniam swoje zdanie. I niejednokrotnie wynikają z tego bardzo ciekawe dialogi w komentarzach. Lubię.

Od kogo uczysz się przekładu?

O mistrzach już opowiedziałam, to dodam jeszcze, że sporo czytam. I tłumaczeń, i o tłumaczeniu. Literatura przekładoznawcza obfituje w studia przypadku. Oryginały oczywiście czytam też.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Piję stanowczo za dużo kawy. Jak nie pomaga, dorzucam kawałek czekolady. Oby zachować umiar.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Kotka. Którą mam dopiero od roku – podarowała mi ją pod opiekę Ewa Kraskowska, niezrównana kociara – i był to cudowny rok.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Jakoś zawsze jest ich za mało… Prezentuję rodzicom i przyjaciołom. Dbam, żeby został mi jeden egzemplarz. A jeden zanoszę do biblioteki wydziałowej (non omnis moriar, heh).

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Żyję. Łączę różne role – trochę tłumaczę, trochę piszę (naukowo; robię kwerendy i czytam), trochę redaguję, trochę pracuję z ludźmi, wykładam, recenzuję, organizuję. Te zmiany bardzo mi służą. Życie rodzinne też domaga się swojej porcji uwagi, niemałej. Na relaks w czystej postaci nie zostaje już dużo czasu, toteż szczególnie wyszukany nie jest: ćwiczę jogę, ładnych kilkanaście lat. Rekreacyjnie jeżdżę na rowerze. Ale pod górkę prowadzę. Się nie natężam.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Tłumaczyłam kiedyś The Winter Palace Ewy Stachniak, świetną, wysmakowaną stylistycznie prozę historyczną. Przekład był autoryzowany – pani Stachniak jest Polką i znakomicie zna polski, chociaż po polsku nie pisze od dekad; w komentarzach toczyłyśmy ciekawe rozmowy i nie bez przyjemności powiem, że była z mojej pracy zadowolona. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam okładkę przesłanych mi książek: do wydawnictwa oddałam przekonsultowany z autorką na wszystkie strony Pałac zimowy, a zostałam tłumaczką Katarzyny Wielkiej. Gry o władzę! Ale nie śmiałam zapytać pani Stachniak, czy ją także – i na którym etapie – zaskoczył polski tytuł. W każdym razie ze Szkołą luster [The School of Mirrors]nie miałyśmy już takich problemów.

Ważne dla ciebie książki?

Władca much Williama Goldinga w przekładzie Wacława Niepokólczyckiego, przeczytany pod koniec podstawówki. Pierwsze tak wstrząsające doświadczenie literackie. Potem można chcieć tylko więcej.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Czytelniczkę znakomitą Alana Bennetta, cudownie ironiczną baśń o iście królewskiej namiętności do książek. Uwielbiam tego autora, wierzę, że dane mi jeszcze będzie do niego wrócić. Jego brytyjskie poczucie humoru, empatia i uważność nie mają sobie równych.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie? Rok temu ukazał się mój Folwark zwierzęcy George’a Orwella. Po tylu świetnych tłumaczkach i tłumaczach – mój przekład jest szósty – to nie było proste, ale chyba się udało. Teraz angażują mnie moje własne teksty naukowe, zanosi się na książkę; z Adrianą Sokołowską-Ostapko, tłumaczką literacką i psychoterapeutką, z którą rok temu opracowałyśmy raport o dobrostanie tłumaczek i tłumaczy literatury w Polsce, działamy dalej na rzecz poprawy sytuacji. W najbliższej perspektywie są także redakcje dwóch tomów przekładowych oraz współorganizacja II Kongresu Polskiego Przekładoznawstwa, który już 23–25 września w Poznaniu. Z udziałem tłumaczek i tłumaczy, którym znawstwa w dziedzinie przekładu odmówić przecież nie można. STL przygotował trzy dyskusje panelowe na ważne tematy, wszystkie będą transmitowane na żywo i zostaną nagrane – zapraszamy do oglądania!

Fot. Łukasz Gdak