Do rozmowy w październikowym odcinku naszego cyklu Tłumacze o sobie zaprosiliśmy Julię Różewicz, bohemistkę, wydawczynię i tłumaczkę literatury czeskiej. W jej dorobku znajdziecie zarówno współczesną prozę (m.in. Petry Hůlovej, Kateřiny Tučkovej, Petra Šabacha, Petry Soukupovej czy Jana Balabána), jak i kryminały, literaturę faktu i książki dla dzieci (np. kultowe Niedoparki Pavla Šruta, książki Radka Malego, Ivy Procházkovej czy Petry Dvořákovej). W dzisiejszym wywiadzie opowiada m.in. o „swojskich” początkach swojej drogi translatorskiej i wydawniczej, inspirującej roli wicehrabiego Kaczana-Kukurydzińskiego, pięćdziesięciu czterech kilogramach sapiącej psiej miłości, reakcjach autorów na uwagi do tekstów jak również o najciekawszych projektach przekładowych.
Na początek o początkach.
Na rocznym Erasmusie w Pradze poznałam książki Petra Šabacha – prozaika i humorysty, który miał w każdej praskiej księgarni osobną półkę, a u nas nie znał go prawie nikt. W latach 2007-2009, już po powrocie do kraju, zaczęłam (dość anemicznie) badać teren i możliwość przełożenia tego autora, wysłałam propozycję do kilku wydawnictw, ale nikt się nie zdecydował. Nie miałam doświadczenia, a i tytuł Gówno się pali mógł odstraszać. Poza tym w Polsce ogólnie było wtedy bardzo mało współczesnej literatury czeskiej, Hrabal, Kundera – owszem, ale raczej nic świeższego. Później pracowałam na etacie, po godzinach tłumaczyłam rzeczy komercyjne, a potem zostałam mamą i właściwie zarzuciłam pomysł przekładania literatury. Ale po urlopie macierzyńskim (wtedy, w roku 2009, był jeszcze bardzo krótki, trwał tylko pięć miesięcy) poczułam, jak bardzo nie chce mi się wracać na etat, a mój mąż spytał, czemu właściwie nie założę własnego wydawnictwa. Spotkałam się w Pradze z Petrem Šabachem i zapytałam, czy jeśli specjalnie dla niego założę wydawnictwo, to pozwoli mi przełożyć na polski swój największy hit. Petr krzyknął „Jasně! Seš můj člověk!”, od razu przedstawił mnie wszystkim kumplom z knajpy jako „jego wybitną tłumaczkę i wydawczynię” (poznaliśmy się dosłownie 10 minut wcześniej, miałam na koncie okrągłe zero przekładów i takie samo doświadczenie w branży wydawniczej). I rzeczywiście założyłam wydawnictwo. Pierwszym opublikowanym tytułem było Gówno się pali. Od tamtej pory udało mi się wydać w Aferze kilkadziesiąt pozycji ze współczesnej literatury czeskiej (wiele z nich przełożyłam). No, ale gdyby nie Šabach i jego życzliwość, to wszystko pewnie by się nie stało.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Głównie dzień, czasami wieczór, ale góra do północy. Nie mam w sobie nic z sowy. W sumie może niepotrzebnie to podkreślam, skoro sowa to również symbol mądrości.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Biurko i dwa duże monitory. W warunkach innych niż „biurowe”, mogę tylko sczytywać już przełożony tekst, ale to też nie idzie mi zbyt dobrze. Nie nadaję się do pracy w pociągu czy w ogrodzie (nie wiem, jak ludzie tłumaczą np. na leżaku czy w hamaku, słońce wali w ekran, poza tym – jak ułożyć ręce?). Wygodny fotel i wyprostowane plecy – to mój styl.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
Ze słownika w wersji papierowej nie korzystałam od lat, ale z innych pomocy analogowych – zdarza się.
Czasami trzeba sięgnąć do starszych źródeł. Tłumacząc powieść historyczną Bílá Voda, korzystałam m.in z papierowych wydań Kodeksu prawa kanonicznego z 1917 roku i listów św. Ignacego.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
To zależy od tekstu. Głównie po prostu z internetu. Grzebię, wchodzę na fora, korzystam z grafiki Google i map. Podpytuję znajomych. Albo autorów – tłumaczę głównie żyjących, z którymi mogę połączyć się np. przez messengera. Nie zawsze cokolwiek to daje, bo jakieś 40% autorów, kiedy ich spytam, co mieli na myśli, odpisuje, że nie mają pojęcia, nie pamiętają i żebym „zrobiła, jak uważam”.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Opuszczam to miejsce i lecę dalej. Jeśli zacinam się na jakiejś trudnej grze słów czy neologizmie, po prostu myślę o tym przy różnych codziennych czynnościach, a kiedy znienacka mnie olśni, zapisuję pomysł w telefonie.
Redaktor to…?
Ktoś, z kim można dzielić trud, zachwyt i winę.
Od kogo uczysz się przekładu?
Bardzo dużo dają mi spotkania z innymi tłumaczami, np. w ramach konkursu przekładowego im. Susan Roth, który co roku organizuje Czeskie Centrum. Jestem jurorką w tym konkursie od 13 lat i miałam przy tej okazji szansę debatować z takimi gigantami przekładu z języka czeskiego jak Jan Stachowski, Leszek Engelking czy Andrzej Jagodziński. Zawsze jest z nami mistrzyni Dorota Dobrew i od kilku lat Olga Czernikow (też mistrzyni). Zasiadamy w tym jury jak równy z równym, ale wspólne omawianie prac konkursowych zawsze mnie czegoś uczy. Spojrzenie innych tłumaczy, ich podejście do poszczególnych rozwiązań, zagwozdek – to skarbnica wiedzy. Przyznam, że z tych rozmów nauczyłam się o wiele więcej niż z lektury cudzych przekładów.
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Głownie sama książka – jeśli tłumacząc, dobrze się bawię, czuję tekst i uważam go za cenny, siadam do niego z radością. A jeśli nie, to nie pomoże ani spirytus, ani yerba mate. Czasami przy pracy piję piwo – nie wiem, czy dodaje mi energii, ale po prostu je lubię – z tym, że nie każda książka nadaje się do tłumaczenia przy piwku. Część na szczęście tak – nie zapominajmy, że tłumaczę literaturę czeską.
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Mam berneńczyka. Te psy z natury są stalkerami, a mój jest w dodatku maminsynkiem, więc moim przekładowym mózgówkom zawsze towarzyszy kudłate 54 kg głośno sapiącej psiej miłości.
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Większość przekładów robię dla swojego wydawnictwa, więc można powiedzieć, że cały nakład to moje egzemplarze autorskie 🙂 Nie, serio, nie wydzielam ich sobie, jeden, góra dwa zabieram do domu. A kiedy tłumaczę zewnętrznie, też zwykle zostawiam jeden, a resztę rozdaję znajomym albo rodzinie.
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Jestem bardziej wydawczynią niż tłumaczką, żyję głównie ze sprzedaży wydanych książek i ta praca pochłania większość mojego czasu. Na przekład muszę go sobie wydzielać. Problem w tym, że kiedy tłumaczę dla siebie i nie czuję nad sobą bata zleceniodawcy, bardzo trudno mi się zmobilizować. Cud, że ostatecznie w ogóle mi się to udaje. W efekcie tłumaczę na ostatnią chwilę, w szalonych ciągach. Pod presją czasu, z lekkim obłędem w oku. To nie brzmi jak BHP. I chyba się już nie zmieni. Może kiedyś – jeśli pewnego dnia zamknę wydawnictwo i poświęcę się np. tylko przekładom.
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
Ciekawe, bo przychodzi mi do głowy wiele anegdot „wydawniczych”, czyli po prostu zabawnych sytuacji, które przeszłam ze swoimi z autorkami i autorami, ale żadna z nich nie ma związku bezpośrednio z przekładem.
Wiadomo, że niemal w każdej książce znajduję jakieś błędy czy wręcz kocopoły – zabawne, jak różnie reagują na to autorzy. Jedni się kajają „jejku, niemożliwe, ale wstyd!”, drudzy po prostu każą poprawić, ale nie wyrażają skruchy (ani wdzięczności), najlepsi jednak są ci, którzy się kłócą : „No i co, że tygrys w Afryce? To jest KSIĄŻKA!”, „Liście opadły z drzew wiosną? A tak się nigdy nie zdarza?”, „Ale czemu właściwie wyżeł nie może pilnować stada kóz? A jeśli jest GRZECZNY?”, „Ten sam facet nazywa się inaczej w trzech miejscach książki? (z łaską) No dobra, niech będzie, to już zmień”.
Mogłabym mnożyć te przykłady, bo każdy z nas, tłumaczy, ma takich dziesiątki. Jednak nie zawsze są to atrakcyjne anegdoty. Nic nie jest w stanie przebić sytuacji, które po prostu przydarzały się w trasach czy na spotkaniach autorskich. I tak sobie myślę, że chyba kiedyś napiszę o tym książkę.
Ważne dla ciebie książki?
Mam jedną z dzieciństwa: Przygody Narizinii czyli zadartego noska. To był jakiś odjazd. Postaci nazywały się np. wicehrabia Kaczan-Kukurydziński (typ był gadającą kolbą kukurydzy) albo major Chaps-I-Już-Nie-Puszcza (to był chyba krab), był też prosiaczek Kikutek. Czytałam tę książkę wiele razy jako mała dziewczynka i wydaje mi się, że wpłynęła na moją tłumacką wyobraźnię, bo uwielbiam wymyślać śmieszne imiona w książkach dla dzieci. Teraz sprawdziłam: książkę napisał Brazylijczyk, Monteiro Lobato, a przełożyła Janina Wrzoskowa.
Z czeskich na pewno Przypadki inżyniera ludzkich dusz Josefa Škovreckiego, większość książek Ladislava Fuksa, książki Jana Balabána, Petry Soukupovej.
Ale ważnych książek w moim życiu jest tyle, że zapytana dziesięciokrotnie, pewnie za każdym razem odpowiedziałbym coś innego.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
Nie ma czegoś takiego jak „wszyscy” 🙂 Z kryminału polecam Mężczyznę na dnie Ivy Procházkovej, z odjechanej językowo literatury pięknej Macochę Petry Hůlovej, z wielkich fabuł na faktach Bílą Vodę Kateřiny Tučkovej, z prozy humorystycznej książki Petra Šabacha, a młodziakom polecam Niedoparki Pavla Šruta. Ciekawe, że najbardziej lubię tłumaczyć Soukupovą, a w ogóle jej nie wymieniłam. No to dokładam – dla fanów nietuzinkowej rodzinnej obyczajówki: wszystkie książki Petry Soukupovej.
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Skończyłam właśnie bardzo ciekawą książkę popularnonaukową dla dzieci o grzybach. Jak to było?: „Z powodu których książek zginęło najwięcej osób na tej planecie? 1. Biblia. 2 . Koran. 3. Atlas grzybów”. Miejmy nadzieję, że nie tym razem.
Niedawno ukazała się też nowa powieść mojej (wspomnianej już wyżej) ulubienicy od rodzinnego bagienka, Petry Soukupovej Zawsze jest ktoś. A obecnie przekładam zbiór opowiadań również wspomnianego wyżej Petra Šabacha. Oryginalny tytuł to Láska je kurva. Bawię się doskonale.
fot. Wojtek Czeniatowicz

