Aktualności

W sierpniowej odsłonie naszego cyklu Tłumacze o sobie zapraszamy do lektury wywiadu z Ewą Nicewicz, italianistką i literaturoznawczynią, która przekładem literackim zajmuje się od piętnastu lat, tłumacząc z języka włoskiego i francuskiego. W jej dorobku znajdują się zarówno teksty dla dorosłych (Heller, Liberti, Moravia), jak i dla najmłodszych (Rodari, Piumini, Alemagna). W dzisiejszym wywiadzie opowiada m.in. o początkach swojej drogi translatorskiej, literackich inspiracjach, zaletach pracy o poranku, pozytywnej energii, jaką daje jazda na nartorolkach i wsparcie rodziny oraz o szczególnym miejscu, jakie zajmuje w jej życiu przekład literacki.

Na początek o początkach.

Nie planowałam, że zostanę tłumaczką literatury. Pierwszym przełożonym i opublikowanym przeze mnie tekstem było opowiadanie współczesnego włoskiego prozaika Maura Covacicha, Bezpłodność. To był rok 2010 (wygląda na to, że świętuję 15-lecie pracy przekładowej!). Przekład ukazał się w „Odrze”, a wraz z nim mój wywiad z pisarzem. Covacicha poznałam w Padwie podczas kursu kreatywnego pisania, który prowadził na uczelni. Ponieważ we Włoszech to autor ceniony przez czytelników i krytykę, postanowiłam przybliżyć jego twórczość polskim odbiorcom. Miałam cichą nadzieję, że znajdzie się u nas wydawnictwo, który zechce opublikować którąś z napisanych przez niego powieści. Covacich bardzo cieszył się z tego przekładu, wiem, że wysłał go nawet zaprzyjaźnionej polskiej pisarce – Oldze Tokarczuk. A mnie tłumaczenie na tyle się spodobało, że postanowiłam kontynuować tę przygodę.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Jestem skowronkiem, nie potrafię pracować w nocy. Za to często zdarza mi się siadać do przekładu o piątej rano – to dla mnie pora idealna: umysł jest świeży, pozostali domownicy jeszcze śpią, w domu panuje absolutna cisza.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Coraz częściej kanapa, ale to zależy od rodzaju przekładu. Książki popularnonaukowe raczej lądują na biurku. Literatura dla dzieci – obowiązkowo na kanapie.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Zdecydowanie jeden i drugi! Najczęściej korzystam z internetowej wersji Dizionario Treccani oraz, znacznie częściej, ze Słownika PWN oraz WSJP. Często zaglądam też do Poradni PWN (dzień bez Poradni, dniem straconym!). Przekładów z języka włoskiego nie wyobrażam sobie bez Wielkiego Słownika Języka Włoskiego pod red. Elżbiety Jamrozik – to akurat genialny słownik papierowy.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Wikipedia bywa dla mnie źródłem inspiracji, ale nigdy wiedzy. Informacji specjalistycznych szukam w encyklopediach, artykułach naukowych lub sprawdzonych publikacjach popularnonaukowych. W takich przypadkach zdecydowanie wygrywają źródła internetowe, chociaż biblioteki też chętnie odwiedzam, na przykład w poszukiwaniu cytatów.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Zajmuję się domem, gotuję obiad, idę z dziećmi na spacer lub jeżdżę na nartorolkach – to ostatnie zajęcie doskonale wietrzy umysł, bardzo polecam!

Redaktor to…?

Dodałabym „dobry redaktor to…”, bo dzisiaj – jak wiemy – bywa różnie. Dla mnie dobry redaktor to sekret udanego przekładu. To autorytet, partner do dyskusji (czy „rozkmin”, jak mawia jedna z moich ulubionych redaktorek). Zawsze powtarzam, że nie ma dobrego przekładu bez dobrego redaktora.

Od kogo uczysz się przekładu?

Od tłumaczy, których podziwiam. Moją mistrzynią była i jest Joanna Ugniewska. Wiele zawdzięczam Annie Wasilewskiej i Halinie Kralowej. Sztuki przekładu uczę się też od nieżyjących już tłumaczek: Barbary Sieroszewskiej, Zofii Ernstowej czy Zofii Jachimeckiej. Ich dorobek translatorski to prawdziwy skarb i źródło bezcennej wiedzy.  

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Zdecydowanie zielona herbata lub kawa. Często tłumaczę bladym świtem, a taka pora – przynajmniej w moim przypadku – wyklucza pokusę sięgnięcia po procenty. Energię do pracy dają mi też tłumaczone książki. Kiedy coś mnie zaintryguje, nie potrafię oderwać się od tekstu. Z rzeczy przyziemnych – słodycze. Na co dzień potrafię się bez nich z łatwością obejść, ale jak tylko siadam do przekładu, ni stąd, ni zowąd budzi się we mnie wielki łasuch.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Dzieci! Teraz, kiedy są już starsze, czytają ze mną moje przekłady i, w razie potrzeby, nie szczędzą uwag – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Rozdaję przyjaciołom i rodzinie. Zazwyczaj zapasy szybko się kończą i muszę je uzupełnić w księgarni.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Wstyd się przyznać, ale kiedy praca mnie wciągnie, zapominam o tłumackim BHP i potrafię godzinami ślęczeć nad przekładem, nie robiąc żadnej przerwy. Zawsze natomiast staram się przeplatać aktywność umysłową z fizyczną, bo inaczej bardzo szybko się wypalam. W tym miejscu powinnam chyba jeszcze dodać, że praca przekładowa nie jest moim głównym zajęciem zawodowym. Na co dzień pracuję na uczelni, a tłumaczę głównie dla przyjemności i wyłącznie te teksty, które przypadną mi do gustu. To zupełnie zmienia perspektywę.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Kilka lat temu tłumaczyłam powieść dla młodzieży Davida Morosinotta, Renomowany katalog Walker&Dawn (Dwie Siostry). Natrafiłam tam na słowo, które mogło być dwojako interpretowane. W scenie rozgrywającej się w poprawczaku dla dziewcząt – dość zresztą emocjonującej – pojawiają się nagle „due guardie”. Rzeczownik „guardia” w języku włoskim jest rodzaju żeńskiego, ale może oznaczać zarówno strażniczkę, jak i strażnika. Ponieważ we wspomnianym ośrodku pieczę nad dziewczętami sprawowali zarówno mężczyźni, jak i kobiety, postanowiłam przy okazji podpytać pisarza, kogo miał na myśli: dwie kobiety, dwóch mężczyzn, czy może kobietę i mężczyznę. Odpowiedź przyszła szybko, Morosinotto odpisał, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał i doradził, żebym sama podjęła decyzję, kogo umieścić w tej scenie.

Ważne dla ciebie książki?

W moim życiu było wiele ważnych książek. Odkąd nauczyłam się składać literki, właściwie każdą wolną chwilę spędzałam na czytaniu. Było to zresztą dość zabawne, bo chodziłam do podstawówki muzycznej i – ku rozpaczy moich biednych nauczycieli instrumentu – zamiast ćwiczyć gamy i pasaże, znikałam na długie godziny w szkolnej bibliotece. Czytałam polską i zagraniczną klasykę, nie gardziłam komiksami. Na studiach odkryłam literaturę włoską: Calvina, Tabucchiego, Magrisa.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Tłumaczę różne gatunki literackie, zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, więc to dość trudne pytanie. Jeśli miałabym wybrać tylko jeden przekład, to pewnie byłby to Homo caelestis. Niezwykła opowieść o tym, kim się stajemy Tommasa Ghidiniego (CCPress) – książka, dzięki której zakochałam się w kosmosie. We Włoszech ta pozycja cieszyła się i wciąż cieszy ogromną popularnością – czytelnicy „La Repubblica” okrzyknęli ją nawet najlepszą publikacją popularnonaukową 2021 roku. Natomiast mogę śmiało powiedzieć, że każdy przetłumaczony przeze mnie tekst z jakiegoś względu był dla mnie ważny, zmienił mnie i wniósł do mojego życia nową wartość. I za to chyba najbardziej kocham przekład.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłaś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

W ostatnim czasie znów dużo tłumaczę dla dzieci. W tych dniach pracuję nad picture bookiem Chiary Raineri, Widowisko (Polarny Lis), na jesieni wyjdzie Kto mi powie, czym jest szczęście? duetu Luca Tortolini & Marco Somà (Tako). Niedawno w moim przekładzie ukazały się dwie zabawne historyjki o przygodach córki wikinga przetłumaczone z języka francuskiego Dagfrid. Córka wikinga oraz Dagfrid. Bunt na pokładzie Agnès Mathieu-Daudé i Oliviera Talleca (Tatarak) oraz książka popularnonaukowa o wulkanach (LuogoComune, Wulkany, Czarna Owca) inspirowana filmem dokumentalnym Sary Dosy, Fire of love. Zawsze marzyłam o tłumaczeniu książek, które byłyby małymi dziełami sztuki, a tak się składa, że wszystkie wyżej wymienione publikacje są nie tylko bardzo dobrze napisane, ale i fantastycznie zilustrowane. To wielka frajda móc obcować na co dzień z taką ilością piękna i dzielić się nim z innymi. W końcu Dostojewski pisał, że piękno zbawi świat.

Fot. Tomek Kaczor