Aktualności

Listopad rozpoczynamy kolejnym odcinkiem cyklu „Tłumacze o sobie”. Tym razem o swojej drodze translatorskiej opowiada Jerzy Koch, tłumacz literatury niemieckiej, niderlandzkiej, flamandzkiej i afrikaans, autor przekładów dzieł takich autorów i autorek jak Miriam Van hee, Antjie Krog, Harry Mulisch, Marieke Lucas Rijneveld, Etienne Leroux i Thomas Mann.

W dzisiejszej rozmowie opowiada m.in. o kluczowej roli redaktorów i redaktorek, „utrzymujący nas w pionie, a nasze teksty na poziomie”, o inspirującym działaniu afrykańskiego czerwonokrzewu, a także o zaletach „trójpolówki”, jaką jest zajmowanie się literaturą na trzy różne sposoby: tłumacząc ją, badając i wykładając.

Na początek o początkach.

Zawsze chciałem tłumaczyć. No prawie zawsze. Już w pierwszym tygodniu zajęć na germanistyce usiadłem w bibliotece i podczas gdy inni mieli tzw. szkolenie biblioteczne, ja starałem się coś tłumaczyć z pisma „Akzente”. Potem przyszły pierwsze publikacje w czasopismach, a kiedy ze względów politycznych nie chciano mnie w latach 80. zatrudnić na Uniwersytecie Wrocławskim, zacząłem tłumaczyć książki. I tak zostało. Nawet kiedy już pracowałem na uczelni. To intrygujące, kiedy możesz zajmować się literaturą uprawiając trójpolówkę: tłumaczyć, badać, wykładać.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Dzień. Najlepiej rano. Wstaję wcześnie, zazwyczaj ok. szóstej.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Na kanapie?! Wolne żarty! Biurko, oczywiście, że biurko!

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Oba. A raczej wszystko. W zależności od potrzeb. Papier ma swoje zalety, bo ogarniasz całą stronę, widzisz całe gniazdo złożeń z poszukiwanym wyrazem itp., a słowniki elektroniczne dają szybkość sprawdzania. Oczywiście w zależności od języka i stanu ucyfrowienia – bo są przecież słowniki dostępne tylko na papierze, więc nie zawsze jest wybór.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Ach, zewsząd. Naprawdę korzystam z przeróżnych źródeł: książki, cyfrowe bazy danych, czasem pytam fachowców…

Kiedy się zablokujesz, to…?

Wkurzam się. I… odpuszczam na pewien czas.

Redaktor to…?

Na ogół redaktorka! Osoba zaufana. Ktoś, kto myśli z tobą o tym, jak zrobić z tekstu coś najlepszego. Jest twoim alter ego, nie działa przeciw tobie czy autorowi, jest osobą z dużą dozą stylistycznej empatii i świetnie znającą polszczyznę. W przedmowie do Buddenbrooków napisałem, że redaktorzy utrzymują nas w pionie, a nasze teksty na poziomie.

Od kogo uczysz się przekładu?

Na swoich błędach, na ogół. Nie mam mistrzów ani mistrzyń w tym względzie. Choć podziwiam świetne przekłady z przeszłości i także dzisiejsze. Na samym początku mojej drogi wzorem wyczucia językowego w obcym i rodzimym języku był dla mnie pisarz i tłumacz Ernest Dyczek. Ale to były raczej heurystyki, coś na kształt ogólnego nastawienia do przekładu, które mnie sformatowało, ale myśląc o tym, nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego, to było pewne podejście do tekstu. Chyba tak…

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Rano woda i mielony, odtłuszczony len, dobry na gardziołko i brzuszek. Potem czasem rooibos – czerwonokrzew, napar z południowoafrykańskiego endemicznego krzewu. Żadnego alkoholu i żadnych modnych popitek!

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Kiedy mieliśmy w domu sunię, alaskańską malamucicę, kładła się czasem obok biurka. To był niezwykle miły, mądry i czuły pies… Ale ja potrzebuję koncentracji, nie rozproszenia.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Cieszą mnie. Stawiam na półkę, choć coraz częściej dla zachowania miejsca kładę na półkach w stos. Część rozdaję jako prezenty dla rodziny i przyjaciół.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Pracuję na uczelni, wykładam, badam, jeżdżę między Wrocławiem a Poznaniem. To mnie w naturalny sposób odrywa od przekładu. Potem wracam z ochotą.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Chyba stwierdzenie, że początek oryginału Procedury Harry’ego Mulischa, gdzie użył obszernego cytatu z Sefer Jecira, różni się od polskiego tłumaczenia tej żydowskiej księgi o stworzeniu świata. W polskiej wersji był dodatkowy akapicik. Holenderska fundacja i wydawca Mulischa nie wiedzieli, co począć z moim meldunkiem, że coś tutaj nie jest halo, no bo przecież Mulisch wielkim pisarzem był. W końcu dali mi jego telefon i umówili rozmowę. Zadzwoniłem i wyjaśniłem najdelikatniej i najkulturalniej, jak mogłem, kwestię i mój problem translatorski. Autor zachował się z klasą, mówiąc, że skoro taki kształt ma polska wersja Sefer Jecira, to muszę ten akapicik uwzględnić. Powiem szczerze, nigdy nie badałem już potem, czy to był błąd holenderskiego tłumacza tego mistycznego tekstu, może polskiego, a może samego Mulischa. Miałem jego zgodę na jedyne w tej sytuacji działanie, zatem polski tekst różni się w tym miejscu od niderlandzkiego oryginału.

Ważne dla ciebie książki?

Te przekładane przeze mnie. Nie, to nie tłumackie ego przemawia przeze mnie. Ja po prostu te książki poznałem od podszewki, przenicowałem, byłem ich chirurgiem, ginekologiem, urologiem, stomatologiem… wiem, co w nich działa i to świetnie, znam też słabsze miejsca… Takiego stopnia poznania obcej książki, przekładanej przecież na własną, nie zastąpi żadna lektura, ani nawet własne „pisanki”. To głęboki wgląd w tekst. Najgłębszy. 

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Trudne pytanie. Chyba któryś z najnowszych: Buddenbrooków Manna lub Siedem dni u Silbersteinów Leroux.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

W tym roku ukazały się obie wymienione wyżej utwory: grube tomiszcze Thomasa Manna z 1901 roku – jego powieść noblowska, i późniejsza, bo z 1962 roku, powieść zdecydowanie mniejszych rozmiarów autorstwa Etienne’a Leroux, który zrewolucjonizował południowoafrykańską tradycję tzw. powieści farmerskiej. Niedawno podpisałem też umowę na hybrydyczną książkę Antona de Koma z 1934 roku My niewolnicy Surinamu.

Fot. Anna Rezulak