Aktualności

fot. Danuta Naugolnyk

Marcin Gaczkowski jest tłumaczem literatury ukraińskiej, literaturoznawcą, historykiem i publicystą, jednym z założycieli portalu Rozstaje.art, współpracownikiem kwartalnika „Czas Literatury” i dziennikarzem Polskiego Radia dla Ukrainy. W dzisiejszej rozmowie z cyklu Tłumacze o sobie opowiada o schodach, stromiznach, upadkach i siniakach w karierze tłumacza literackiego, wędrujących kotletach, językowych inspiracjach czerpanych wszędzie, gdzie to tylko możliwe, i o poszukiwaniu języka wojny dla wyrażenia dla wyrażenia miłości, gniewu i nadziei.

Na początek o początkach.

Na początku była naiwna wiara, że można przetłumaczyć, czyli zrobić tak, jak było. Przez tę wiarę wszystko się stało. Później zaczęły się schody, stromizny, upadki i siniaki.

Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?

Staram się pracować za dnia, ale olśnienia nachodzą mnie bladym świtem po zarwanej nocce.

Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?

Gdzie popadnie. Chętnie w ruchu, dobre osiągi mam w pociągach. Finalnie ląduję z przekładem pod kocykiem, z głową na podusi.

Słownik elektroniczny czy papierowy?

Po pierwsze polszczyzna. Interesuje mnie wszystko, co dokumentuje jej rozwój i regres od „Gorze szą nam stało!” do „Oi oi oi baka!”. Zatem nie tylko słowniki, lecz również teksty – na papierze i komputerze.

Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?

Jestem zwierz biblioteczny, żeruję w czytelniach miast i wsi, które akurat zamieszkuję.
Od kilku lat rzeczywiście preferuję BN.
Ale informacje o języku często kradnę: na ulicy, w tramwaju, w kolejce. Podsłuchuję, notuję, chowam za pazuchę i uciekam.

Kiedy się zablokujesz, to…?

Idę na trzydziestokilometrowy spacer. 

Redaktor to…?

Idealny? Zwierciadło kroczące po równoległym gościńcu. Zmierzamy innymi ścieżkami w jedną stronę. Spotkamy się przed metą.

Od kogo uczysz się przekładu?

Od wszystkich ludzi piszących i czytających. Od Ciebie też.

Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?

Popełniam małe orzeszki.

Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?

Żółwik Danyłko, piesek Wołochatyk, mamutek Baran i manekinka Oksana. Nie wnikajcie.

Co robisz z egzemplarzami autorskimi?

Zamykam pod kluczem. Kiedy nadejdą lata chude, wystawię te książki na Allegro po 3,50 PLN za sztukę.

Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?

Próbowałem żłopać wino, chrupać chipsy i wciągać odmóżdżające seriale. Ale po piętnastu minutach sięgałem po kajecik i notowałem dialogi.
Dla relaksu czytuję więc źle napisane/zredagowane książki oraz głupawe recenzje. To pomaga złapać dystans.

Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?

Zdarzyło się, że soczyste de volaille w zagadkowych okolicznościach zniknęły ze stołu rodzinki, która w tłumaczonej przeze mnie powieści zasiadła do niedzielnego obiadu. Zostały im tylko ziemniaki i mizeria. Co z kotletami? Są, znalazły się – w opowiadaniu, pracowałem nad nim równolegle. Mięsko zwyczajnie przeskoczyło. Pożarły je zresztą dziki.   

Ważne dla ciebie książki?

Niewiarygodne przygody Marka Piegusa Edmunda Niziurskiego, Podróż za jeden uśmiech Adama Bahdaja, Mały Bizon Arkadego Fiedlera, Kubuś Puchatek Ireny Tuwim.

Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?

Miasto Waleriana Pidmohylnego. Chciałem pokazać polskim czytelniczkom i czytelniczkom klasykę, która nie nuży, opowieść nie z tej epoki, lecz uniwersalną, język stylizowany, ale bez przegięć. I bohatera – irytującego, nieznośnego, zadziwiająco bliskiego. Co jeszcze? Miasto, czyli Kijów – w Polsce wciąż nieodkryty.

Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?

Teksty traktujące o współczesnej Ukrainie. Pisarki i pisarze próbują opowiedzieć o wielkiej zmianie, bólu utraty, radości ocalenia i odnalezienia. Ubierają w słowa miłość, nadzieję i niezmierny gniew. Szukają języka wojny. Ja też próbuję.