W czerwcowej odsłonie naszego cyklu Tłumacze o sobie zapraszamy do lektury wywiadu z Filipem Łobodzińskim, autorem licznych przekładów utworów poetyckich, prozy, tekstów piosenek i literatury faktu z języków angielskiego, hiszpańskiego, katalońskiego i francuskiego, laureatem Nagrody Instytutu Cervantesa w Warszawie w 2005 roku za najlepszy przekład literacki i nominowanym do Nagrody Literackiej Gdynia za przekład w 2019 roku. Filip Łobodziński jest polskim głosem takich twórców jak m.in. Arturo Pérez-Reverte, Mario Vargas Llosa, Salvador Espriu, Pablo Neruda, Bob McCabe, Bob Dylan, Patti Smith, John Lennon czy Nick Cave. W dzisiejszej rozmowie opowiada o poetycko-muzycznych początkach, o uskrzydlającej sile tekstów, które trafiają na jego warsztat, oraz o dobrej energii, jaką dają wieści o tym, że „akcesoria piosenkowe”, jakie stworzył do takich filmów jak Król Lew czy Toy Story, wciąż są lubiane i śpiewane przez dzieci.
Na początek o początkach.
Zaczęło się od samodzielnych prób przekładania piosenek, które lubiłem śpiewać w oryginałach. Pierwsze dwie czy trzy próby były karczemnie złe, przegadane, przydeptane zbytnią poetycznością, co zapewne wiązało się z brakiem wzorca albo z fałszywym wzorcem, byłem licealistą i zaczytywałem się we wzniosłej poezji, zaś piosenki, na których łamałem zęby, nawet nie spały obok wzniosłości. Czy Georges Brassens może być uznany za człowieka patosu? Albo Bob Dylan? Ale na pewno istotne było dla mnie, by te piosenki dawały się zaśpiewać po polsku na oryginalną melodię, więc rygory narzucałem sobie sam.
Potem przez długie lata szlifowałem ten rodzaj pracy translatorskiej, a za przekład prozy wziąłem się dekadę później – i była to francuska książka socjologiczna Kościół katolicki a totalitaryzm Patricka Michela. Ukazała się sześć lat po oddaniu przekładu i już wtedy czułem, że wolałbym ją przełożyć raz jeszcze, bo zdążyłem znów trochę dojrzeć jako tłumacz. Później dogadałem się z wydawnictwem Britannica, że przełożę dla nich grubą biografię Jimiego Hendrixa. Przekład zrobiłem, ale wydawnictwo chyba upadło, w każdym razie mam gotowy plik, zachowuję go na kolejnych komputerach jak ogień olimpijski. Ale na pewno musiałbym do tego przekładu wrócić, to było ponad trzydzieści lat temu.
Aż w 1997 roku mój majster od przekładu Carlos Marrodán zaproponował, żebym przełożył powieść. Uważałem, że nie dam rady – ale dałem, Klub Dumas ukazał się w 1998 roku i do dziś jest czytany.
Noc czy dzień? Jaki masz system pracy?
Zdecydowanie dzień. Co nie było łatwe, gdy pracowałem jeszcze etatowo w miejscach niemających raczej wiele wspólnego z literaturą. Ale ponieważ najczęściej musiałem stawić się codziennie w pracy rano, jedyną opcją dla snu była noc, a na przekłady – popołudnie.
Kanapa czy biurko? Gdzie tłumaczysz?
Biurko. Na leżąco zaczynam myśleć o bolącym kręgosłupie, niebieskich migdałach… Poza tym biurko – a od niedawna wielgachny stół we własnej bibliotece! – daje możliwość postawienia obok herbaty, książek pomocniczych i różnych takich.
Poza tym z pozycji siedzącej łatwiej wstać i zrobić przemarsz zdrowotny po domu albo i dokądś dalej. Z leżaka trudniej.
Słownik elektroniczny czy papierowy?
Ostatnio najczęściej elektroniczny, ale zachowuję sporo różnych słowników papierowych, zwłaszcza środowiskowych albo branżowych, bo te internetowe często szwankują pod tym względem. Na przykład nie spotkałem jeszcze słownika germaníi, czyli hiszpańskiego dialektu XVII-wiecznego świata przestępczego, bardziej pojemnego niż ten książkowy na mojej półce. A niektóre słowniki po prostu przyjemnie się czyta – słowniki wulgaryzmów Camilo Josego Celi, słownik francuskiego argot czy słownik Juba to Jive to bardzo fajne lektury.
Wikipedia czy Narodowa? Skąd czerpiesz informacje?
Zewsząd, skąd się da. Wszystko zależy od zapotrzebowania. Wikipedia wbrew pozorom miewa strony dobrze zredagowane, więc nie dyskwalifikuję jej wyłącznie za to, że jest dziełem zbiorowym.
Kiedy się zablokujesz, to…?
Szkoła perypatetyczna bardzo bywa owocna. Robię też szybką burzę mózgów domowych. Albo burzę jednego mózgu, aż coś wleci do łba.
Redaktor to…?
Błogosławieństwo. Bywają oczywiście wypadki dyskusyjne. Miałem kiedyś do czynienia z redaktorką, która sama chyba bardzo dobrze przekładała, ale u innych miała tendencje do „prasowania”, do wygładzania chropowatości, do homogenizowania języka.
Ale parę osób muszę wymienić z nazwisk. Marzenna Adamczyk, późniejsza ambasadorka Polski w Madrycie, redagowała jeden z moich pierwszych przekładów i powiedziała mi wtedy: „Im trudniejszy tekst, tym wyżej lecisz. Gdy trafiasz na proste fragmenty, opuszczasz gardę i tłumaczysz byle jak, a przy trudnych błyszczysz. Więc nie ufaj tym prostym”.
Monika Ziółek nie tylko redagowała moje przekłady cyklu o kapitanie Alatriste, ale też okazała się kopalnią wiedzy na temat staropolszczyzny i z pewnością także jej zasługą była nagroda Instytutu Cervantesa za przekład drugiego tomu cyklu w 2005 roku.
I Joanna Mueller, wybitna poetka i arcydzielna redaktorka, która redagowała wszystkie moje książki robione dla Biura Literackiego – piosenki Boba Dylana, Patti Smith i Nicka Cave’a, wariackie prozy Dylana i Johna Lennona – oraz dla Kosmosu Kosmosu, w tym niezwykle trudną Historię Opal Opal Whiteley i także moją własną książkę autorską. Ogromnie dużo jej zawdzięczam.
Od kogo uczysz się przekładu?
Od innych tłumaczek i tłumaczy, od własnego słuchu, od polskich tekstów literackich. Jedyny problem polega na tym, że każdy kolejny przekład w pewnym sensie zeruje moje dotychczasowe doświadczenie i zaczynam od nowa. Tekst jest jak żywa istota i żadne wcześniejsze sztuczki i wytrychy tu nie zadziałają.
Yerba mate czy spirytus? Co daje Ci energię do pracy?
Energię daje mi tekst – i czasem też ją odbiera, gdy grzęźnie w sobie znanych opłotkach. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że przekładam wyłącznie to, co mi się podoba, bo nigdy nie pracowałem jako tłumacz w pełnym czasie pracy, zawsze zarabiałem gdzie indziej, a przekład był (mało) intratnym hobby. Przy literaturze nonfik pomaga też muzyka – i wcale nie musi być typowo ambientowa. Przy poezji, piosenkach czy prozie tzw. pięknej lepsza jest cisza, bo sam sobie powtarzam w duchu przekładane frazy. W ogóle niemal każdą książkę przed przesłaniem wydawcy czytam w całości na głos, na półgłos, muszę ją usłyszeć, muszę wiedzieć, czy brzmi. W końcu literatura ma swoje źródła, za przeproszeniem, oralne.
Co jeszcze? Herbatka.
Kot czy gekon? Jakie istoty cię w niej wspierają?
Kiedyś jeden z moich kotów (czarny) przeszedł przez klawiaturę podczas pracy i na ekranie zobaczyłem „666”, a że był to Klub Dumas, gdzie wątek satanistyczny odgrywa istotną rolę, poczułem, że jestem na dobrej drodze.
Ale zasadniczo najlepiej mi się pisze, gdy najbliższa żywa istota znajduje się co najwyżej w sąsiednim pomieszczeniu albo dalej. W ogóle jestem raczej Zosia-Samosia i staram się nie absorbować innych swoimi zmaganiami.
Najbardziej wspiera mnie stan psychofizyczny – są teksty, w których konieczne jest uzyskanie swoistego transu. Polega to na wypracowaniu języka, w którym piszę. Przy Tarantuli Dylana, Przestworzonych rzeczach Lennona czy Historii Opal to było nieodzowne. Przy czym raz złapany trans powraca, gdy tylko wchodzę w tekst po przerwie. Uważam to za luksus. Dlatego na przykład Tarantulę, która zapowiadała się na blisko rok żmudnej pracy, zrobiłem w ciągu trzech miesięcy (nie licząc późniejszych rozkoszy przy pracach redakcyjnych). I trans powracał codziennie, gdy ponownie siadałem do pracy.
Co robisz z egzemplarzami autorskimi?
Rozdaję. Czasem są to niechciane prezenty, bo wmuszam je komuś, kto może wcale nie marzył, ale najczęściej staram się celować. Bywa tak, że daję komuś, kto może rozpropagować rzecz niszową gdzieś dalej. Chętnie daję też na aukcje dobroczynne. Parę razy zaopatrzyłem też biblioteki publiczne w małych ośrodkach. Ale są książki, których egzemplarzy autorskich nie mam już dawno, a są i takie, których jest w domu sporo, bo mają wąską grupę docelową.
Co robisz dla relaksu, czyli Twoje zasady tłumackiego BHP?
Zmieniam tryb funkcjonowania. Spacer, praca fizyczna, muzykowanie. Ale z reguły życie samo mi uniemożliwia zbyt długą pracę nad przekładem, jest tyle różnych spraw do ogarnięcia… Niektóre urzędowe, inne domowe.
Lubię też zmieniać rejestr przekładanego tekstu. Po nonfiku chętnie sięgam po poezję/piosenkę. Sięgałbym też po prozę, ale mało było w ostatnich latach takich propozycji.
Twoja najciekawsza tłumaczeniowa anegdota?
We wspominanym już tu parokrotnie Klubie Dumas była mowa o czymś, co zinterpretowałem jako upijanie się winem z pewnym Czarnogórcem imieniem/nazwiskiem Vranac. Dopiero gdy książka się ukazała, mój znający bałkańskie realia kumpel obśmiał mnie i wyjaśnił, że Vranac to czarnogórskie wino, czyli chodziło o upijanie się czarnogórskim Vranacem. Udało mi się rzecz poprawić w pierwszym dodruku.
Inna, tym razem pozytywna historia – ciepło mi się robi, gdy słyszę, jak nawet dzisiejsze dzieci śpiewają moje przekłady piosenek z kreskówek w rodzaju Kacze opowieści, Król Lew czy Toy Story. Wyposażyłem wielu ludziom dzieciństwo w poręczne akcesoria piosenkowe.
Ważne dla ciebie książki?
Każda po kolei. Czytanie jest dla mnie ważne. Może – bo nie wiem, czego dotyczy pytanie, czy książek przeczytanym, czy przełożonych – najważniejszą, pochłoniętą już w dzieciństwie, była książeczka KOŃ i KOT Janusza Stannego, bo podświadomie uzmysłowiła mi potęgę słowa i pisowni. I że językiem pisanym można przemeblować całą rzeczywistość. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdy mi ją czytano, trzylatkowi bez pojęcia, ale ziarno zasiane wówczas daje owoce do dziś, a ten sam egzemplarz KONIA i KOTA mam do dziś i hołubię.
Z tych przełożonych – jest ich parę z różnych powodów. Klub Dumas, bo był pierwszą powieścią i pozwolił mi uwierzyć, że się do tego fachu nadaję. Duszny kraj – bo tę antologię tekstów Dylana zrobiłem samodzielnie, z własnej potrzeby, a ona stała się punktem wyjścia do fascynującego przedsięwzięcia muzycznego, które wciąż żyje, czyli zespołu dylan.pl. Historia Opal – bo o przełożeniu tej opowieści sześcioletniej autystycznej dziewczynki z Oregonu, obdarzonej niebywałą wyobraźnią i empatią, marzyłem od trzydziestu lat, aż Kosmos Kosmos zechciał zaryzykować razem ze mną. Skóra byka – tą samodzielnie również ułożoną antologią wierszy Salvadora Espriu sam sobie udowodniłem, że potrafię tłumaczyć z katalońskiego także rzeczy trudne, nie tylko piosenki.
Gdyby wszyscy mieli przeczytać Twój jeden przekład – to który?
O każdym myślę ciepło, bo coś w nich zostawiłem. Ale bardzo żałuję, że w swoim czasie wydawca nie dołożył starań, by wypromować powieść w moim przekładzie, którą wyjątkowo sam zaproponowałem. I właściwie totalnie przepadła. A ma świetny pomysł: to historia fikcyjna, ale dziejąca się w środowisku niemieckich fizyków pierwszej połowy zeszłego wieku, a główny bohater, amerykański oficer z wykształceniem ścisłym, ma za zadanie wykryć, który z nich był tajnym doradcą Hitlera w programie atomowym Trzeciej Rzeszy. Powieść napisał Meksykanin Jorge Volpi, a jej tytuł to Na tropie Klingsora. Jest bardzo niepospolitą prozą. Jak zresztą cała twórczość Volpiego. I to bym chciał wcisnąć wszystkim, bo swego czasu nie sięgnął po nią niemal nikt.
Co teraz tłumaczysz, przetłumaczyłeś albo właśnie ukazało się w Twoim przekładzie?
Kończę przekładać grubą książkę o muzyce elektronicznej dla wydawnictwa Kosmos Kosmos, coś głównie dla fanów, ale napisaną na tyle fachowo i rzetelnie, że także wyznawcy innych odmian muzyki wielu rzeczy ciekawych się z niej dowiedzą. A równolegle – w ramach płodozmianu – zacząłem już przekład powieści francuskiej (pierwszej w życiu, dotąd z francuskiego przekładałem tylko rzeczy socjologiczne albo piosenki) dla ArtRage. To krótka powieść Mathiasa Énarda o (fikcyjnym) zleceniu na zaprojektowanie mostu przez Złoty Róg, jakie Michał Anioł otrzymał od sułtana Bajazyda II. Pisze się dobrze, może będzie się też dobrze czytać?
Autorzy fotografii: Janek Pietrzak i Adam Włóczkowski

